poniedziałek, 29 listopada 2010

Winter is Coming!



Dochodza mnie sluchy, ze w Polsce trwa atak zimy. 
W zwiazku z tym publikowanie ponizszych zdjec moze zakrawac na sadyzm, lecz bede bezlitosna!

         Z poczatkiem nowego tygodnia wreszcie sie zmobilizowalam i zabralam na Todai fotoaparat. W oczekiwaniu az machina administracyjna przemieli kolejna porcje papiurow, zdolalam przygotowac dla Was krotka prezentacje pod haslem: ‘Dlaczego japonski listopad jest BARDZIEJ?”... Powyzej zdjecie, z widokiem z glownej bramy kampusowej na wieze zegarowa. 


A tu to samo w przeciwna manke


Budynek Literatury 3 - na najwyzszym pietrze Literatura Wspolczesna, to jest: ja. Jako bonus: babcia, ktora wytrwale probowala mnie rozjechac


Widok ‘spod spodnicy’ mojego budynku

Nauki spoleczne i dziennikarstwo. To spokojniejszy kat kampusu, wiec bardzo go lubie. Tedy zwykle zmierzam na kurs jezykowy



Akamon, czyli Czerwona Brama - z daleka...


...i z bliska!
Ladnie, prawda? Bardzo zachecam: prosze przyjezdzac!
A z okazji Cotygodniowego Kacika Telewizyjnego zachecam rowniez do wspolekscytacji z okazji najbardziej mozliwie ‘zimowej’ produkcji telewizyjnej evahr!


          Wstyd przyznac, ale niniejszym chcialabym zarekomendowac serie, ktora jeszcze pol roku poczeka na premiere. Normalnie brzydza mie takie praktyki, staram sie przed poleceniem komukowiek czegokolwiek, rzetelniej wyrobic sobie opinie (yeah, right...), lecz tym razem zbyt wiele cudownych okolicznosci zlozylo sie w jednym miejscu, bym mogla powstrzymac wlasny entuzjazm! Panie i Panowie: Game of Thrones oraz trzy powody by od kwietnia je ogladac:
          Po pierwsze: serial GoT produkuje HBO, stacja do ktorej mam spory kredyt zaufania. Teraz dochodzi do niego jeszcze pewna doza respektu, ze dyrektorzy  wylozyli pieniadze na temat tak bardzo nietelewizyjny.
          Po drugie: No wlasnie - temat. Ta historia to.. hmm.. (nie bojmy sie tego slowa!) FANTASY. Fakt, faktem: nietypowe (mnie do przeczytania pierwszej z serii ksiazek, na ktorej opierac sie bedzie GoT, zachecil bezwstydny napis na okladce: “Fantasy for hip people!”). Nie da sie jednak ukryc: choc smokow, czarow oraz magicznych ludkow jest tu jak na lekarstwo, to jednak cala kraina, gdzie umieszczono akcje, jej historia oraz glowni gracze polityczni pozostaja wyssani z palca George’a R.R. Martina. W skrocie mamy tu bowiem opowiesc o wymyslonej wojnie o wladze, prowadzonej przez wymyslone postaci w wymyslonym krolestwie. Na skraju wymyslonej, majacej trwac dziesieciolecia zimy. Po prostu bujda na resorach!
           Po trzecie: obsada i ludzie stojacy za projektem: Fundamentem (again: nie bojmy sie tego slowa!) genialnosci powiesci Martina stanowi swietna konstrukcja okolo dwoch tuzinow glownych bohaterow. Dlatego z takim entuzjazmem sledzilam donosy o pierwszych, (zaskakujaco dobrze przemyslanych) angazach aktorskich. U Martina zarowno kobiety jak i mezczyzni sa pelnokrwisci, skomplikowani, skonfliktowani oraz poplatani w stopniu iscie szekspirowskim. Nie ma tu szczegolnie pozytywnych wzorcow osobowych, a nawet jesli sie pojawiaja, maja tendencje do szybkiej smierci. W ogole trup sciele sie gesto i bez zwazania na ‘donioslosc’ postaci. Proza Martina czasem przeraza swoja logicznoscia: samotny, dzielny woj, otoczony przez wrogow zostaje najczesciej w zupelnie-nie-fantasy-stylu przerobiony na szaszlyk. Wesela zamieniaja sie w rzezie, dobrzy ojczulkowie traca glowy a mlodzi, piekni ksiazeta sa okaleczani, maltretowani i mordowani na peczki! Jak tu sie nie ekscytowac? Zaprawde: Winter is Coming! - zapamietajcie to haslo oraz tytul Game of Thrones
Highlight:  Hm, trudno to dzisiaj ocenic, ale stawiam na Petera Dinklage’a i Nikolaja Closter-Waldau, ktorzy beda mieli okazje sportretowac dwoch skrajnie rozniacych sie od siebie braci - jedno z moich ulubionych rodzenstw w historii popkultury!
A lot like: Hopefully: Rome. W przypadku kleski: Saga o Ludziach Lodu plus Makbet
Dla kogo: Wszystkich, ktorzy przecierpieli przynajmniej jedna partie planszowki GoT ze mna. Nareszcie bedziecie wiedziec o co chodzi w calym fluffie!!! A serio: dla wszystkich - Licze ze uda sie zrobic z tego bardzo popularna serie, ktora zmieni historie telewizji i potrwa pelne osiem sezonow!

niedziela, 28 listopada 2010

Weekend update



Karaoke heals, science kills!


         Dzien dobry. Moj stan zdrowia wkroczyl w rejon irracjonalny - prawdopodobnie nawet Gregory H. mialby problem ze zdiagnozowaniem mnie...( OMG, maybe it’s lupus...!!!) Piatek, nieomal ozdrowiala i rozochocona brakiem flegmy w zatokach, spedzilam na imprezie urodzinowej Pomocnego Amerykanina. Zaczelismy w hiszpanskiej restauracji (w ktorej kuchnia byla wspaniala, lecz zolci kelnerzy nosili niewiadomo dlaczego falszywe iberyjskie imiona...) a skonczylismy w salonie karakoe na Shibui...


Ponizej, ze specjalna dedykacja dla dwoch osob, ktore jeszcze go nie znaja, trzy slowa o japonskim karaoke. 

          Japonskie karaoke zazwyczaj odbywa sie nie w barze (chociaz taka opcja tez bywa z rzadka praktykowana), lecz w gronie przyjaciol, w przytulnym, wynajetym pokoiku - jednym z bazyliona dostepnych po przybyciu do dowolnego karaokowego przybytku. ‘Karaoke-kabine’ oplacamy na godziny, a w jej wyposazeniu znajduja sie: kanapa, system naglasniajacy, telewizor, dwa mikrofony oraz tomiszcze wielkosci ksiazki telefonicznej, zawierajace kazda mozliwa piosenka na ziemi. Aha - jest jeszcze jeden kluczowy element - telefon w scianie, dzieki ktoremu mozna dodzwonic sie do ‘recepcji’ oraz zazadac stamtad dowolnych napitkow lub pozywienia (z naciskiem na to pierwsze)... Bardzo pomyslowe, prawda? Trzeba  sie tylko wystrzegac wyjsc z lokalesami, alibowiem oni sprawe traktuja stnowczo zbyt powaznie, to jest faktycznie UMIEJA spiewac piosenki (a na pewno jeden popisowy numer - tak zwane o-hako). 



Typowy ‘pilot’ do karaokowego telewizora

         Radocha, radocha, ale darcie gardla do wczesnosobotnich godzin porannych nie bylo takim do konca swietnym pomyslem, skoro nastepnego dnia mialam referowac na konferencji... Szczesliwie konferencja byla interdyscyplinarna, wiec nikt (poza jednym panem specjalizujacym sie w polowie traulerowym...WTF?) nie zadawal mi zbyt podchwytliwych pytan. W kazdym razie na zlocie todajowych doktorantow i post-dokow bylo nadspodziewanie.... ‘fajnie’! Takze ze wzgledu na  obledny obiad w hinduskiej knajpie (tym razem z prawdziwa hinduska obsluga a nie z Japonczykami przebranymi za hindusow)!.. No co? Najpierw pozywienie, potem nadbudowa!
         Niestety, po tak intelektualnye owocnym dniu, dzisiaj rano smarkalam wszystkimi kolorami teczy. Z pewna niesmialoscia udalam sie na niedzielne, starojaponskie tance. W sali cwiczen zainstalowano jedna z cudnych japonskich klimatyzacji, dzieki ktorym jest albo goraco jak w piekle, albo zimno jak w psiarni - bez zadej opcji posredniej. Zdelklarowalam sie wiec jako zadzumiona i cala probe przesiedzialam na lawce rezerwowych, razem z Cesarzem Bobo. Cesarz Bobo chyba nalezal do ktorejs z kursantek (prawdopodobnie tej, ktorej najbardziej dokuczal i usilowal urwac rekawy od yukaty...). Coz, zolte dzieci w wieku przedszkolnym sa slodkie. Z jednym zastrzezeniem: absolutnie wszystko im wolno, co u niektorych powoduje krancowe zdziczenie. Nie mozna gnojom niczego zakazac, biora sobie co chca, namietnie kopia i maltretuja mamy oraz generalnie zachowuja sie jak male belzebubiatka.... No, ale potem ida do japonskiej szkoly, gdzie czekaja na nich cierpienia tutejszego systemu edukacji, wiec jak sadze wszystko sie jakos tam wyrownuje....
Czytam: S. Tanaka - Japan’s Orient. Rendering Pasts into History. Hehe, jakze piekne jest uczucie, kiedy w taniej jatce ksiazkowej trafi sie na cos, co idealnie nadaje sie do bibliografii!
Slucham: DIary of Dreams - Haus der Stille
Dokonania: Brak
Fun Fact: Moja ulubiona pociagowa kampania spoleczna:


How awesome is that?

czwartek, 25 listopada 2010

Dziecko w Klozecie (Closet Child i trzy inne przystanki na Harajuku)



Japonia! Kraina, gdzie spelniaja sie modowe sny.. I KOSZMARY!!!
        Dokladnie trzy tygodnie minely, odkad z Jednoreka Finka ostatni raz nawiedzilysmy Harajuku, rezerwat rozowych lolit, zoltych pseudopankow i poliestrowych gotow. Wtedy mialysmy tylko czas przejsc sie wzdluz ulicy Takeshita i zajrzec do La Foret, pietrowca wypelnionego butikami japonskich projektantow. Wszystko bylo drogie, przesadzone i malo pociagajace... Nie pojmuje jak to mozliwe, ze na swiecie najwieksi japonscy designerzy slyna z prostoty, a lokalnie nie moga sie powstrzymac, zeby gdzies nie dodac falbanki, a na falbance koronki, a na koronce kokardki A NA KOKARDCE DIAMENCIKA!
        Niemniej gdzies posrod tych sklepow dla doroslych ksiezniczek, milosnikow visual-kei, j-rocka oraz  innego talatajstwa ukrywal sie co najmniej jeden butik ze starymi, uzywanymi kolekcjami Vivienne Westwood. A nic tak nie pomaga na chorobe, jak wyprawa na zakupy. Plus: uwazam, ze moim obowiazkiem jest nadwyzke pieniedzy ze stypendium wpompowac na powrot w japonska gospodarke, a nie wywozic ja do domu, (jak namietnie czynia Chinczycy)... W kazdym razie stalo sie: dzisiaj drugi raz starlysmy sie z Finka z Harajuku.
        Tym razem przed ekspedycja przeprowadzilysmy rozeznanie za pomoca Google Street View, co znaczaco ulatwilo nam nawigacje. W zwiazku z tem , na podstawie naszej dzisiejszej wyprawy, chcialabym zasugerowac wszystkim, ktorzy kiedykolwiek beda w Tokio MAJZILLOWA TRASE WYCIECZKOWA PO HARAJUKU I OKOLICACH

Przystanek 1: Closet Child - sklep z uzywanymi ubraniami gothic-lolita, punk i gothic (a przynajmniej tym, co w tym kraju za punk i gothic uchodzi. Glownie szkocka krata z cwiekami oraz kokardkami w przypadku punka, oraz czarna guma z kokardkami w przypadku gotyku). 
        Jesli rzeczywiscie interesujecie sie tego typu odzieza to... IDZCIE SIE LECZYC!!! ekhm.. to znaczy jesli interesujecie sie tego typu odzieza, na pewno zachwyceni bedziecie Closet Child. Wszystkie ubrania sa w swietnym stanie a kosztuja mniej wiecej 1/3 tego, co musielibyscie wydac na wersje nieuzywana takiej na przyklad kreacji Victorian Maiden... Co oczywiscie wcale nie znaczy, ze ubrania w CC sa tanie - ich ceny oscyluja wokol 10000 jenow.


Wewnatrz niestety nie mozna robic zdjec, jest tam jednak bardzo rozowo i..gesto. Tu odcinek z butami.
        Tych, ktorym bardziej przypada do gustu europejski model second-handowy polecam jednak inne miejsce...

Hala Kinji - nasz przystanek numer dwa. Dokladnie na przeciwko La Foret.
        Ten sklep to gratka dla naprawde zacietych vintage’owych mysliwych. Wyglada niespecjalnie, ciuchow sa tony, na pierwszy rzut oka nie baudzo atrakcyjnych (za to bardzo tanich)...

Nie dajcie sie jednak zwiesc! Byl i Mark Jacobs i Comme des Garcons. Nawet jesli rozmiar nie do konca pasuje, poczucie spelnienia po odnalezieniu takiej perelki jest wielkie! Na pocieszenie zawsze mozna wybrac sobie cos z kosza “za 200 jenow”, gdzie zywot koncza chyba wszystkie harajukowe ubrania.
        Kiedy juz czlowiek rozgrzeje zakupowy entuzjazm pozostaje tylko jedno miejsce do odwiedzenia:

Need I even say anything?
         Zolci maja szkodliwa obsesje na punkcie Vivienne. Ona sama wypowiadala sie pare razy nie do konca przyjaznie o swoich psychopatycznych japonskich fanach... niemniej jednak to wlasnie dzieki japonskiej fiksacji na punkcie Brytyjki powstaja miejsca takie jak ten butik. Gotowy wchlonac kazda ilosc pieniedzy, bo jest tu wszystko: od najnowszych akcesoriow po perelki z kolekcji od lat 70tych. Czesc w gablotach, chociaz i ich zawartosc mozna nabyc, jesli nasz portfel jest dostatecznie wypchany... Ale stanowczo najpiekniejsze jest to, ze znajduja sie tez rzeczy na kieszen studenta!
        (Tu wtret historyczny: mialam kiedys obsesje na punkcie butow, ktore Vivienne zaprojektowala w kolaboracji z Melissa - krolowa plastikowego (!) obuwia. To bylo doprawdy ciezkie zakochanie, kilka miesiecy je odchorowalam... A tu wchodze do sklepu, patrze i widze: dokladnie te buty w dokladnie tym kolorze, ktory mi sie najbardziej podobal. Drzaca dlonia sprawdzam rozmiar. TAK, TO ZNAK Z NIEBIOS. Ja te buty musze miec!)



My precioussssss... 6800 jenow!
         Aha! Na zakonczenie dnia na Harajuku polecam jeszcze wizyte w Sweets Paradise. - knajpce przy wyjsciu z Takeshity, gdzie placi sie za wstep i mozna wpychac w siebie dowolne ilosci ciast, ciasteczek, kremowek, tortow, galaretek etc.

Na przegryzke jest tez curry, kanapki i kawa, ale kto by sie tam przejmowal!


OCZYWISCIE, ZE MAJA CZEKOLADOWA FONTANNE!!!
        Po tej monstrualnej bombie kalorycznej pozostaje tylko potoczyc sie na stacje i opuscic magiczny, slodziutki swiat Harajuku...
Czytam: Swoj referat na konferencje Turkow.  
Slucham: Diorama - Truth and Movement. To takie Hit me baby one more time w wersji dark-electro
Dokonania: I GOT DA SHOEZ!!!
Fun Fact: Z Finka przysieglysmy sobie tym razem nie zbaczac do Topshopu ani Forever 21. Zajrzalysmy jednak do lokalnego H&M, sprawdzic, jak sprzedaje sie hamowa kolekcja Lavina (taz sama, o ktora jak slysze zabijano sie w Zlych Tarasach). Ha! Na Harajuku szmatki wisialy smetnie na wieszakach w pustawej sali. Wyglada na to, ze Japonki nie daly sobie wcisnac kitu i (w przeciwnosci do Polek oraz polowy globu) spostrzegly, ze wiekszosc z sukienek jest z naprawde tandetnego materialu. Do tego zle pozszywanego. Shame on you H&M!
PS. Zeby nie bylo, zem taka odporna na urok loli-stylu..



...faktem jest, ze zawsze marzylam o okraglej torbie w ksztalcie pudla na kapelusze!


.. a rekawiczki naprawde byly mi potrzebne - poprzednie juz sie przecieraja! Kokardki to taki bonus na pamiatke z Harajuku

środa, 24 listopada 2010

Sicko


*kaszl, kaszl*

        No i doigralam sie. Za oknem piekne slonce, ponad pietnascie stopni, a jam chora. Obawiam sie, ze zaczelo sie od nocnej wyprawy do Rikugienu. Coz, w kazdym razie chwilowo siedze w domu pod koldra i lekam sie. Lekam sie isc do kampusowego lekarza. Japonczycy maja bowiem dobrze ugruntowana reputacje beztroskiego zapisywania antybiotykow (najlepiej w kroplowce) na KAZDE schorzenie. Tak wiec do piatku posiedze jeszcze w domu i sprawdze jak sie sprawa rozwinie. URZADZAM W SWOICH PLUCACH BIOLABORATORIUM.


Kuruje sie medycyna tradycyjna, czyli kupuje w akademikowym automacie nieskonczone ilosci 紅茶花伝, to jest tzw. Royal Milk Tea, produktu CocaCola Company dostepnego tylko w Japonii. To doslownie prawdziwa herbata z prawdziwym mlekiem, cukrem i (chyba) miodem. W automacie mozna ja dostac goraca. Mniam.


Jako, ze automat jest na parterze, a ja kursuje do niego czesto, napotykam przerozne przejawy wesolego zycia akademikowego... Na przyklad takie komunikaty.
PS. Parze moich znajomych przytrafila sie bardzo mila rzecz. Bedzie im potrzebne to:


Aniu i Kubo, gratulacje!

wtorek, 23 listopada 2010

Rikugien by night (六義園ライトアップ)



Ciemno wszedzie, tloczno wszedzie - dzis o Rikugenie bedzie!

        Kochani! Jesli ze zrozumieniem czytacie bloga, to pewnie pamietacie, ze dzis Zolty Kraj ochodzi swieto Pracy/Zniw. Wszyscy maja wolne i winni pochylic sie nad ciezka (?) dola japonskiego rolnika. Ja sama od rana pochylam sie nad wlasnym szczesciem, dzieki ktoremu dzien ustawowo skazujacy ludzi na nierobstwo wypadl w tym roku akurat w Straszny Wtorek, chroniac mnie od kontaktu z Sensei Zaba i z Senseiem Loczkiem. 
        Wstyd jednak byloby spedzic moj caly, oplacany przez japonskiego podatnika dzien gulgoczac z radosci - dlatego tez juz w zeszlym tygodniu, dopisalam sie do listy chetnych na wycieczke stowarzyszenia zagranicznych studentow Todaiu. Za cel wycieczki obrano park Rikugien, a tak zwanym smaczkiem mialo byc to, ze wybralismy sie do niego noca, obserwowac szeroko reklamowana iluminacje.



O taka wlasnie.
       Rzeczony park to dosc znane miejsce, gdzies w trzeciej, czwartej dziesiatce najbardziej popularnych turystycznych miejsc w Tokio. Powody tej popularnosci sa dwa: po pierwsze Rikugien powstal na przelomie XVgo i XVIgo stulecia, jest zatem dosc wiekowy, a po drugie: na wyspie w jego srodku znajduje sie przepiekny japonski ogrod. Wszystko to, (oraz prawdopodobnie jeszcze cudnej urody liscie czerwieniejacego w listopadzie japonskiego klonu) moglibysmy podziwiac dzisiaj... GDYBYSMY NA NASZA EKSPEDYCJE* WYBRALI SIE W DZIEN A NIE W SRODKU NOCY!!!


A tak, do wyboru mielismy albo podswietlone jak w tandetnym domu strachow blekitne mgly...


Alibo zupelna ciemnosc na sciezkach pomiedzy latarniami
        Na dodatek jesienna ‘iluminacja’ trwa tylko dwa tygodnie, wiec Japonczycy rzucili sie na rzadka mozliwosc zobaczenia (a raczej nie zobaczenia ze wzgledu na mala ilosc latarni) parku w nocy... W klebiacym sie w ciemnosciach tlumie wszyscy partycypujacy w naszej wycieczce natychmiast sie pogubili, a kilka osob (w tym naturalnie ja) spedzilo wiekszosc przeznaczonych na kontemplacje dwoch godzin usilujac odnalezc droge do wyjscia


Na szczescie po drodze przytrafil mi sie pan sprzedajacy pyszne, cieple dango. Mniam. 



Gdzie ja tam i Finka!  Finowie to dzielny narod, nawet z kulek ryzu na patyku potrafia zrobic bron!
        W kazdym razie, jesli bedziecie w Tokio, odwiedzcie Rikugien. BYLE NIE W NOCY.
Czytam: Nagai Akira - Team Medical Dragon, t.8. Wsiaklam na dobre w te serie, szykuje sie blognotka na jej temat!
Slucham: Mortiis - Monolith.. jak to jest, ze metalowe malpiszony maja czasem przeblysk geniuszu i publikuja swietne elektroniczne albumy, ktorych sie potem wypieraja? (Vide: Mortiis - The Smell of Rain, Moonspell - Sin/Pecado, Paradise Lost - Host)
Dokonania: Przyszly wyniki moich badan medycznych z Todaiu. No abnormalities. Plus nareszcie ktos policzyl mi moje BMI, nigdy nie potrafilam tego sama zrobic...
Fun Fact: Maleje. Z 169 cm zmniejszylam sie do 168,9. Czyzbym dostosowywala sie do japonskiego otoczenia?
*/ Kielu, czy ja jestem podrozniczym Krzysztofem Ibiszem?

poniedziałek, 22 listopada 2010

Monday Night Live Ginko


Aaaaargh!!! My eyes! My eyeeeees!!!
        U poczatkow bloga wspominalam chyba, ze oficjalna roslina (sic!) Mitaki ustanowiono w zamierzchlych czasach milorzab (Ginkgo biloba). Tak sie sklada, ze jest to tez flagowe drzewo Uniwersytetu Tokijskiego. W zwiazku z tem, nie tylko listek rosliny znajduje sie w logo uczelni, ale przede wszystkim CALY KAMPUS ZAROSNIETY JEST TYM DZIADOSTWEM!!! 
        Przez ostatni miesiac glownym pozytkiem z lokalnego milorzebnego lasu byl specyficzny smrodek, wydzielany przez opadajace na ziemie, gnijace owoce. Podjudzona owym smrodkiem codziennie zadawalam sobie fiolozoficzne pytanie PO CO NAM TE DRZEWSKA??? Dzisiaj, kiedy po weekendzie przestapilam prog glownej bramy Hongo wreszcie pojelam.... W przeciagu dwoch dni WSZYSTKIE milorzebowe liscie przepoczwarzyly sie z zielono-niesmialo zoltaczkowych w nieprawdopodobnie, niewiarygodnie psychodelicznie zolte. Zolte jak Lodz Podwodna. Zolte jak pandemia zoltaczki. Zolte jak chemicznie barwiona lemoniadka. PO PROSTU FUCK-OFF ZOLTE. 
        Nigdy czegos takiego nie widzialam. W drugiej polowie tygodnia, kiedy wyjrzy jakies porzadniejsze sloneczko sprobuje cale zjawisko sfotografowac, bo widok jest iscie oszalamiajacy.
        A poki co dla wzrokowcow: logo Todaiu oraz zgnita, smierdzaca, milorzabkowa czeresienka. Ogladajac je, zastanowcie sie, co ma wspolnego Sinead O’Connor draca zdjecie papieza z Blues Brothers.

I co.. nie wiecie? 


hm... a czy mowi Wam cos okrzyk: LIVE FROM NEW YORK CITY IT’S SATURDAY NIGHT LIVE!!!

  Disclaimer: W/w Blues Brothers zadebiutowali w programie o nazwie Saturday Night Live, na dlugo przed swoim filmem. W tymze samym programie panna O’Connor dokonala na zywo slynnego  do dzisiaj zdemolowania fotografii Jana Pawla II...  Dlatego tez w poniedzialkowym kaciku telewizyjnym tym razem wyjatkowo nie serial, tylko wlasnie SNL: Cykliczny Program Nadawany Na Zywo!


        Najpierw jednak krotka medytacja: Otoz, naprawde nie mam pojecia dlaczego w Polsce brakuje dobrych programow satyrycznych. Nie ma tradycji stand-upu, bezlitosnego (lecz jakze oczyszczajacego!) wysmiewania biezacej rzeczywistosci politycznej czy kulturalnej. Dodam tylko, ze chodzi mi o wyszydzanie po tzw. ‘calosci’, a nie wedlug jakiegos jednego ideologicznego klucza (vide: Szklo kontaktowe). Ostatnia proba takiej dzialalnosci byla bodajze Ale Plama (1998-2004). Od tamtej pory ze swieca szukac w naszym kraju porzadnego politycznego, telewizyjnego dowcipu. Ba, porzadnego telewizyjnego dowcipu w ogole. Jesli jednak chcielibyscie nasycic swoj glod tego rodzaju tresci programem zagranicznym nie ma lepszej sugestii niz Saturday Night Live.
       SNL to nadawany od 1975 roku (!) na zywo (z udzialem publicznosci) nocny program satyryczny. Struktura kazdego z ponad 700 dotychczas nadanych odcinkow jest podobna. Zaproszona gwiazda wyglasza otwierajacy program monolog, a nastepnie wystepuje ze stala ekpia aktorow SNL w szeregu skeczy. Pomiedzy skecze wplecione sa  dwie lub trzy piosenki goscia muzycznego. Znakomite w tym pomysle jest to, ze NBC, nadawca SNL, zdolalo jak to sie wdziecznie  mowi: naraz miec ciastko i zjesc ciastko. Z jednej strony co tydzien przyciaga proznego amerykanskiego widza nowymi nazwiskami zaproszonych celebrytow, a z drugiej strony wysmiewa tych celebrytow, opierajac wiekszosc skeczy na parodiowaniu ich dotychczasowych osiagniec sceniczno-ekranowych (jedne z jasniejszych przykladow to Natalie Portman albo Justin Timberlake... )
        W kazdym razie : jesli macie choc szczatkowe pojecie o tym, co sie dzieje w Stanach, zamiast krasc z internetu kolejne odcinki House MD zerknijcie na Saturday Night Live. Plus: te filmiki z youtube, ktore macie zapisane w ulubionych, a ktore zaczynaja sie od planszy “An SNL Digital Short” - to wszystko fragmenty z programu. 
Highlight:  Seth Meyers z Weekend Update  swoim cotygodniowym segmentem, ktory zawsze trzyma swietny poziom. ZWLASZCZA KIEDY AUTOR ZAPRASZA NIEJAKIEGO STEFONA
A lot like: Komiczny Odcinek Cykliczny, Ale Plama, Wyobrazam sobie tez, ze gdyby program Szymona Majewskiego byl smieszny, zamiast zalosny to byloby takie nasze SNL
Dla kogo: ludzi zainteresowanych amerykanska polityka i popkultura, milosnikow stand-upow Eddiego Izzarda, Margaret Cho albo Robina Williamsa (jesli nie wiecie, ze Robin Williams jest artysta stand-upowym,  natychmiast uaktualnijcie swa wiedze!)

PS. A tu moj ulubiony skecz z tego tygodnia. Kto kiedykolwiek lecial do lub z USA swietnie wie o co chodzi.

sobota, 20 listopada 2010

Ashikaga Wine Fest!



Exhibit A: Dluga Noga na japonskich Bachanaliach
         Japonczycy, w przeciwnosci do Polakow, nie zagubili ducha tradycji dozynkowej. W okresie jesiennym, zwlaszcza wokol 23-go listopada (ktory jest tu wolny, jako ‘dzien pracy’, a raczej ‘podziekowania za udana prace na polach i lasach’) odbywa sie mnostwo festynow, bazarow oraz wszelkiego rodzaju eventow, poswieconych jednej z bardziej fundamentalnych rzeczy w tutejszej kulturze, czyli (swiezo zebranemu) POZYWIENIU. Jako, ze weekend pogodynka oglosila pieknem i ja postanowilam dolaczyc do wesolej celebracji plodnosci zyznej gleby japonskiej.
         Stosowna temu okolicznosc wynalazl dla mnie Amerykanin z intensywnego kursu jezykowego (ten sam, ktory nie tak dawno pomogl mi rozbroic automat do platnosci amazonowych). Skubany, kojarzyl, ze trzeci weekend listopada to przeciez takze weekend beaujolais nouveau. Oczywiste stalo sie zatem, iz najlepszym miejscem, w ktore moglismy jechac, sa japonskie winiarnie (tak, tak - maja je tu). Oznaczalo to co prawda pobudke bladym switem, oraz skomplikowana wyprawe w gory, (najpierw koleja, potem specjalnym eventowym autobusem, wreszcie podejscie z buta do wlasciwej plantacji), lecz stanowczo bylo warto!


Chociaz z daleka wzgorza winiarni Coco, naszego celu, wygladaly, jak oboz uchodzcow ewakuowanych po blizej niezidentyfikowanej klesce zywiolowej...
       W miare jak sie zblizalismy oczom naszym ukazywaly sie prawdziwe cuda!


To Japonia, wiec kazdy pracownik winiarni czynnie partycypuje w jej swiecie. Nawet jesli oznacza to wdzianie na swe osiemdziesiecioletnie, zolte cialo kostiumu kupidynka.
       Jesli chodzi o wspoltowarzyszy mej ekskursji: poza Pomocnym Amerykaninem przylaczyla sie do nas takze jego japonska dziewczyna oraz dwa mile nerdy. JAK TO JEST ZE GDZIE SIE NIE WYBIORE NATYCHMIAST POJAWIAJA SIE NERDY? Am I some kind of a weird nerd-magnet?


Rosjanin, nerd numer jeden. Uwieczniony podczas otwierania pierwszej tego dnia butelki winia (ta jeszcze byla darmowa, dolaczona do biletu wstepu, razem ze stosownym otwieraczem i kielonkiem). Dwa ciekawe fakty o Rosjaninie: Ma na imie Iwan, co dodaje mu od razu 100 punktow do rosyjskosci, oraz pracuje dla pewnego niewielkiego, skromnego studia developerskiego. O TEGO 

Objuczeni butelkami, wspielismy sie na winne zbocze z ktorego roztaczal sie urokliwy widok - urokliwy, zwlaszcza, gdy ogladany z perspektywy pelnego kieliszka. Na scenie w oddali gral mily uchu jazzik (to jest muzyka przypominajaca zarzynanie prosiaka), swiecilo sloneczko - po prostu bajka!


Nie samym winem czlowiek zyje, po paru godzinach musielismy spelzc na dol na siku oraz stosowna dawke tzw. mnięsa. Tu Pomocny Amerykanin meczy sie z japonska specjalnoscia: kielbasa NA KOSCI. Jak wyjasnila nam obecna wsrod nas przedstawicielka Skosnych: najpierw produkuje sie kielbasa a POTEM nadziewa ja na kosc. Po co? Tego nikt nie wie.



Dzika Majzilla w starciu z Meksykanskim Kuciakiem!


Nazarci i napici powzielismy typowo pijacki plan wspiecia sie na szczyt gory, na ktorej polozona byla winiarnia. Troche to trwalo, lecz na szczescie mielismy ze soba napoje energetyzujace!


Na gorze czekaly nas wartosciowe nagrody. WIELKA DMUCHANA BUTLA WINA (tu czczona przez Rosjanina i nerda numer dwa: Amerykanskiego zyda Wygladajacego Jak Bill Gates Za Mlodu) ....


...oraz piekny widok na cala winnice w swietle zachodzacego slonca!


Ucieszona dziewczyna Pomocnego Amerykanina: najlepszy sort Japonczyka: wietrzona (po wyjezdzie zagranicznym), mowiaca zrozumiala angielszczyzna i wreszcie: pozbawiona akcesoriow z Hello Kitty. Gatunek rzadki, acz cenny!


A to juz ostatnie zachowane zdjecie naszej bohaterskiej druzyny, tuz przed zachodem slonca i ostatecznym zachodem naszej wzglednej trzezwosci...
         Coz, planowalismy wrocic kolo 17tej, zaraz po zmroku... Niestety po drodze przydarzyla nam sie kolejka do autokaru, bedaca swietna okazja do obalenia jeszcze paru butelek. Potem pamietam, ze bylismy w taksowce. Potem w onsenie, z ktorego wyploszylismy wszystkich lokalesow. Potem w spoznionym 50 minut pociagu na Shinjuku (ktory byc moze jest tylko wytworem mojej pijackiej wyobrazni, bo przeciez NIEMOZLIWE ZEBY W JAPONII JAKIKOLWIEK POCIAG BYL 50 MINUT SPOZNIONY!!!). 
        W kazdym razie wbrew pozorom japonskie beaujolais nouveau potraktowalo mnie lagodnie - dzis rano zdolalam bez klopotow wstac na msze. Dopiero pozniej okazalo sie, ze w tym tygodniu Pierwsi Chrzescijanie wyjatkowo organizuja w Mitace LITURGIE DLA DZIECI. Dzieci bylo mnostwo i wrzeszczaly niecnie. Swietna sprawa na kaca. 
Czytam Pisze: Trzy wypracowania, ktore mam jutro oddac.
Slucham: Flowing Tears - For Tonight. Kto nie sluchal takiej muzyki, majac 15 lat niech pierwszy rzuci kamieniem!
Dokonania: Dostalam sie na pierwsza w Japonii konferencje naukowa!
Fun Fact: Konferencja owa, to jakis skonczony met, zorganizowany przez blizej niezidentyfikowana turecka fundacje. Dobrze, ze na razie jestem na takim poziomie naukowym, iz nie ma jeszcze wydarzenia, w ktorym udzial bylby dla mnie obciachem!

czwartek, 18 listopada 2010

Czekajac...



Czyli o tym, jak kolejny raz cudem uniknelam deportacji.. Well, not really.
        Wedlug mojej teorii, kregoslupem japonskiego spoleczenstwa sa Ciecie (kiedys napisze o tym wicej...). Zywa jego krwia jest zas nieustajacy przeplyw dokumentow. Odkad tu jestem, prawie codziennie cos wypelniam, zanosze w rozne miejsca, odbieram, podpisuje alibo archiwizuje... Czuje sie przy tym jak dziecko we mgle, a czasem dopada mnie przerazliwe przeswiadczenie, ze GDZIES JEST JAKIS ARCYWAZNY PAPIER, O KTORYM ZAPOMNIALAM. Na ten przyklad wczoraj: biuro spraw studenckich przyslalo mi maila z ponagleniem do oddania formularza. Nalglowek formularza glosil: “Uzasadnienie rezygnacji ze stypendium”. Daje slowo, jak go zobaczylam w skrzynce mailowej, przeszlam co najmniej trzy zawaly.
       Zatem, choc czwartek to zazwyczaj moj dzien wolny, kiedy spie do pozna oraz ograniczam aktywnosc do niespiesznego przewracania sie z boku na bok, tym razem musialam z rana zwlec sie z lozka i podreptac do Pani Yasudy, by spytac O CO DO CHOLERY CHODZI?!!
       Szczesliwie okazalo sie, ze na dole formularza jest malutkie okienko “Jednak nie chce rezygnowac w tym semestrze ze stypendium” i to je powinnam zaznaczyc. Oraz uzyskac podpis mego profesora-opiekuna. DO JUTRA. No wiec koczowalam caly bozy dzien w budynku literatury, czekajac az moj supervisor skonczy rade wydzialu (dobrze wiedziec, ze rada wydzialu to czarna dziura czasowa takze w Nipponie...FYU: Ta akurat rada trwala piec godzin z lekka gorka...)
        Wyznam tu, iz, kiedy wreszcie uzyskalam upragniona sygnature, zrobilam jej zdjecie komofonem. Przysiegam, nastepnym razem po prostu przekleje owo zdjecie gdzie trzeba, za pomoca swych nieprzecietnych mocy fotoszopowych!!!
Czytam: Naoki Urusawa - Yawara! t. 10. Jedna z bardziej uroczych i zabawnych rzeczy w Japonii. Dzisiaj w pociagu poplakalam sie nad nia ze smiechu.
Slucham: Diorama - Jericho Beach
Dokonania: Dzisiaj zrobilam swoje pierwsze 忘れ物 (wasuremono) - czyli zgubilam cos na uczelni. Jak to zwykle w Japonii, wystarczylo post factum zglosic sie do sekretariatu, a tam juz czekala na mnie odnaleziona i odniesiona przez jakiegos porzadnego tubylca zguba (tym razem telefon...)
Fun Fact

Robin Food, (ロビン·フッド) japonski bohater. Zjada bogatych i oddaje biednym?