niedziela, 31 lipca 2011

Bo najlepszy sposób na dziewczynę/ Zrobić sobie z włosów pelerynę!



...czyli dlaczego każdy włos na głowie Japończyka ma swoje imię
          Od jakiegoś czasu zbieram się do poruszenia na łamach bloga pewnego ważkiego tematu, dotyczącego japońskiej rzeczywistości. Do tej pory jednak brakowało mi zarówno odwagi jak i stosownej okazji. Ponieważ jednak okazja (tudzież inspiracja) zdarzyła się w środę, nie ma ucieczki, muszę zebrać się w sobie i wreszcie napisać notkę o JAPOŃSKICH WŁOSACH.



Jeśli jesteście ciekawi co konkretnie mnie zainspirowało, i shall indulge you. W środę wybrałyśmy się z M. do kina - traf jednak chciał, że nigdy nie dotarłyśmy na seans, albowiem utknęłyśmy w shinjukowej Odakai na dziale perukowym. (Srsly - jeśli chcecie w Tokio kupić niedrogą, niezłej jakości perukę w DOWOLNYM kolorze i kształcie: that’s the place to go). Początkowo sztuczne włosy chciałam nabyć ja (od dawna marzy mi się na głowie coś różowego  na pograniczu Nicky Minaj i Natalie Portman w Closer). Dość jednak rzec, że różowe kosmyki, w połączeniu z mą naturalnie różową mordą, zaowocowały, delikatnie mówiąc, mało atrakcyjnym efektem. Na pocieszenie kupiłyśmy więc M. wielką blond szopę. W sklepie poza nami byli tylko dwaj młodzi Japończycy, wesoło przymierzający WSZYSTKO, co wpadło im w ręce. Powtórzę: dwaj mężczyźni. Z wyglądu zupełnie heteryczni....Scena w Polce trudna do pomyślenia, w Japonii naturalna. I z niej wzięłą się inspiracja do napisania niniejszego artykułu.
          Japońskie włosy fascynują mnie odkąd pierwszy raz dotarłam do Żółtego Kraju. Z szybkiego przeglądania internetsów wywnioskowałam, że najwyraźniej narosło wokoło nich wiele mitów, ale dwa stereotypy są prawdziwe. Jeden: Japończycy, płci obojga, kochają swoje włosy i przykładają do ich stylizacji wiele uwagi (oraz wysiłku). Dwa: Japońskie włosy są generalnie z fryzjerskiego punktu widzenia, cudowne. Mają objętość, są mocne, łatwo je układać i można z nimi zrobić prawie wszystko. 


Na przykład TO!

          Polacy (przynajmniej jak wynika z mojego doświadczenia) generalnie o swoich włosach nie mówią, a Polki na nie narzekają (że a słabe, za rzadkie etc.). Japończycy tymczasem, miast narzekać działają. Fryzura stanowi tu (nomen omen!) koronny element modowej stylizacji. Nie znaczy to oczywiście, że stereotypowe cosplayowe szalone włosy są na japońskiej ulicy standardem.

Wierzcie lub nie, TO jest raczej wyjątek niż reguła.
       Większość Japończyków preferuje układanie fryzury w sposób w miarę naturalny. Prym wiodą przeróżne naśladownictwa zwykłego, azjatyckiego włosa. Nawet w przypadku trwałych loków, zazwyczaj kręci się je od połowy twarzy, zachowując naturalną prostą strukturę przy korzeniu (spójrzcie tylko jak wysilam się, by nadać swemu rantowi pozory fryzjerskiego profesjonalizmu!). 


Yūki Nakama, idolka Małża, znana z telewizji oraz reklamowania nieskończonej ilości lokalnych produktów do pielęgnacji włosów. Dream-come-true Japońskiego fryzjera.
          Zupełnie inszą inszość stanowi farbowanie. Kiedyś zasłyszałam na japonistyce powiedzenie, głoszące, że żeby zobaczyć czarnowłosego Japończyka, trzeba przyjechać do Polski. Nie do końca jest to prawda, ale rzeczywiście bardzo, bardzo wielu lokalesów zmienia w Żółtym Kraju swój naturalny kolor owłosienia. Na tokijskiej ulicy pi razy oko połowa przechodniów (w tym tylko odrobinę więcej kobiet niż mężczyzn) nosi wyraźne znamiona farbowania (a nie liczę tu tych, którzy w jakiś sposób pogłębiają, albo odświeżają naturalny czarny kolor). Stanowczo napopularniejszym odcieniem jest ciemny blond, raczej trudny do opisania


... roboczo nazwijmy go tu ‘kasztanowym’. W każdym razie chodzi właśnie o kolor prezentowany na zdjęciu.
       Bardziej radykalny blond, aż do tlenionego biało-żółtego koloru jest o wiele rzadziej spotykany, bo po prostu nie wygląda tak dobrze.


Wszystko bardziej w jasną stronę niż to, jest już raczej ekstremalne

          I wot cały sekret. Dlatego apeluję: nie wierzcie intersieci, głoszącej, że w Japonii każdy obywatel poniżej 30-go roku życia ma na głowie straszną fioletowo-zieloną szopę. Włosy w Japoni, owszemi są ważniejszym elementem życia niż w Polsce, ale za bardzo się z nimi nie wydziwia. Są ładne i zadbane a ich utrzymanie pochłania olbrzymie ilości pieniędzy.
***
         Przy okazji: jeśli jesteście w Tokio i potrzebne Wam lokalne doznania fryzjerskie, bardzo wiele osób poleca mi salon Akiego Watanabe. Pan stylista wyuczył się zawodu w Stanach i Europie, mówi perfekcyjną angielszczyzną oraz, co najważniejsze, wcale nie jest tak drogi, jak by się można było spodziewać. Jeśli kręcą Was takie rzeczy, dodam też, że w salonie Watanabe na Harajuku czesał się np. Paul Smith (na pewno nie łatwo było wymuskać tę siwą czuprynę!) oraz chłopcy z Massive Attack. 


U samego gildmistrza Watanabe, za około 7,500 jenów można się urządzić na przykład tak. U jego minionów zapełniających salon można to zrobić podobnie, ale nieco taniej.
***
        Na sam koniec zaś, coś niezwiązanego (a jednak troszkę związanego) z tematem. Moje Kinowe Perukowe Top 5. Umieszczam je tu, ponieważ, odkąd obejrzałam Face Off, uważam, że sztuka doklejania sztucznych włosów na potrzeby filmów jest rzecza trudną i monstrualnie niedocenianą. Jeśli jesteście zainteresowani, sprawdźcie, jakie peruki zrobił na mnie największe wrażenie. Zestawienie ułożyłam naturalnie we wzmagającej dramatyczność kolejności tzw. od-dupnej.

Miejsce 5:  Warkoczyki plus gigantyczne zakola Hugo Weavinga we Władcy Pierścieni. To i błyszcząca opaska rodem z Czarodziejki z Księżyca. Zaprawdę trzeba talentu Weavinga, żeby móc z jakąkolwiek dozą godności nosić to-to na głowie.

Miejsce 4: Blond loki Toma Cruise’a w Wywiadzie z wampirem. Bardziej przegiętej fryzury nie byo na ekranie nawet w Priscilli, Królowej Pustyni.

Miejsce 3: tłusta czupryna Ewana McGregora z Velvet Goldmine. Świetna emulacja skołtunionego mopa na głowie Kurta Cobaina. Podobno jedyną rzeczą, która podczas zdjęć do filmu, bardziej  niż peruka, wadziła McGregorowi, była konieczność noszenia o cztery numery za małych odblaskowych spodni. (I już jest jasne, dlaczego Velvet Goldmine było dla mojej młodości bardziej przełomowym obrazem niż Odyseja Kosmiczna 2001)

Miejsce 2: fryzura Harry’ego Lloyda w Game of Thrones. Bo każde zestawienie bez Game of Thrones jest nieważne. A tak na serio: doskonałe są te włosy - bez nich Lloyd jest naprawdę nie do poznania!

Miejsce 1: włosy Johnn’ego Deppa w Piratach z Karaibów. Opaska to oczywiście trochę oszustwo w kunszcie perukoróbstwa, lecz efekt końcowy i tak zasługuje na miejsce pierwsze. Tłuste, obrzydliwe włosy, w których mieszka całe plemie buszmenów....and yet strangely alluring.
Czytam: Hiroya Oku, Gantz, tom 10. Przegryzam się przez to-to błyskawicznie, gdyż autor porzucił dialogi na rzec przemocy, wrzasków i cycków. BARDZO dobrze się czyta (ogląda!). Oto, moi drodzy jest prawdziwe, inteligentne, samoświadome pulp fiction! To, a nie jakiś Sucker Punch (Wcale nie zdziwiłam się, że Oku, podobnie jak Tarantino, u początków kariery pracował w wypożyczalni kaset wideo. Pewną wrażliwość można osiągnąć tylko spędziwszy WIELE godzin na oglądaniu niskobudżetowego kina!)
Słucham: Portishead - the Rip
Dokonania: -
Fun Fact: W Japonii małżeństwa kuzynów są legalne
PS. Ta notka powstała w oparciu o fryzjerskie mody Tokio i styl “ogólnomiejski”. Określa głównie upodobania fryzurowe ludzi z przedziału 20-40 i jest 100% subiektywna oraz nie poparta żadną wiedzą statystyczną, (poza moją osobistą wiedzą organoleptyczną).

wtorek, 26 lipca 2011

Telewacja!



...czyli Szklana Pogoda pod akademikiem
         Wśród ważnych zabytków wyspy Odaiba, czołowe miejsce zajmuje szklano-betonowa, wznosząca się na wysokość 25 pięter siedziba telewizji Fuji. Fuji TV (po tutejszemu フジテレビ) to taki lokalny odpowiednik TVN: prywatna stacja, stojąca głównie produkowanymi własnym sumptem programami rozrywkowymi, serialami oraz serwisami informacyjnymi. Do futurystycznego budynku zaprojektowanego przez śp. Kenzō Tange (bardzo wziętego architekta okołomodernistycznego) załoga Fuji przeniosła się w 1997 roku, przyczyniając się bardzo do rozwoju wyspy Odaiba i przyciągając za sobą rozliczne inwestycje (w tym także, jak podejrzewam, mój akademik).

Tak Fuji TV wygląda od strony Tokio
(zdjęcie za Wikipedią) 
          Czemuż jednak serwuję Wam tu te nuggetsy medialnej wiedzy? Ano temuż, że to właśnie Fuji Terebi okazło się siłą, odpowiedzialną za postawienie pod naszymi balkonami (wspominanej już tu) rzeźby Pana Kupy oraz otaczającego ją kilkuhektarowego parku rozrywki. Stoi to-to nieopodal naszego miejsca zamieszkania już od połowy miesiąca, lecz dopiero wczoraj (po oddaniu wszystkich raportów, dokumentów i papierów) mieliśmy wreszcie czas, by zbliżyć się do zjawiska z należną mu antropologiczną ciekawością. 

Antropologiczne zbliżanie się w toku.
Na pierwszym planie ja, na drugim Pan K., na trzecim akademik.

           Lecz od początku: chociaż studia i część infrastruktury telewizji Fuji można zwiedzać na codzień, tylko raz do roku możliwości owego zwiedzania intensyfikują się znacznie, w postaci Zjednoczonych Stanów Odaiby (大台場合衆国) gigantycznego, trwającego miesiąc z okładem pikniku, podczas którego można zajrzeć za kulisy większości programów, dotknąć znajomych prezenterów (albo przynajmniej ich wykonanych w skali 1:1 posągów), zjeść fujitelewizyjny makaron oraz złapać za pierś odlew ulubionej postaci z fujitelewizyjnego anime. 
         Akcja jest, jako się rzekło, doroczna, lecz tym razem jej realizacja wisiała na włosku (w związku z trzęsieniem, oszczędnością energii i ogólnymi wątpliwościami organizatorów). Z etycznego dylematu czy świętować czy nie, wybrnięto, po pierwsze wznosząc baterię paneli słonecznych, z których zasilane są tegoroczne Zjednoczone Stany Odaiby (100% samowystarczalne energetycznie) oraz po drugie, nadając całości hasło “kibicowania na rzecz Japonii” oraz “wspólnego radowania się ku odbudowie kraju” (to nie żarty, Japonia to potężny soc-land i na takie, brzmiące dla naszych uszu maoistowsko hasła, nikt się tu nie krzywi). 
         Stało się zatem i wybudowano nam pod nosem ten cyrk. Ruszyliśmy więc na zwiedzanie.... Zanim zapytcie - nie, na piknik organizowany w Polsce przez TVN raczej bym się nie wybrała, ale Japonia to nie Polska, japońska telewizja ma (słusznie) opinię dziwnej, a skoro telewizora nie posiadam, to postanowiłam przynajmniej zwiedzić sobie studia, zaopatrzona w antropologiczne szkiełko i oko...


...taka przynajmniej była moja oficjalna wymówka. W praktyce żywiłam utajoną nadzieję, że  gdzieś w rzeczonych studiach odnajdzie się wielka, dmuchana, humpable lalka Kenjiego Sakaguchi (Fuji TV jest producentem Team Medial Dragon, parę razy wspominanej na łamach bloga dramy medycznej, którą bardzo lubię NIE TYLKO ze względu na rzedliwą i godną współczującej miłości bródkę głównego bohatera, granego przez pana Sakaguchi)
          Dołączyliśmy zatem z Misiem do nieprzebranych tłumów (składających się głównie z rodzin z dziećmi oraz randkujących par - czołowych klientów wszystkich parków rozrywki w Żółtym Kraju) w stronę kas, gdzie nabywszy dzienny karnet wstępu (zwany tu malowniczo “paszportem”), wkroczyliśy na teren SZO. Poniżej, specjalnie dla Was wierni Czytelnicy, slajdszoł z tego, co tam widzieliśmy i czego doświadczyliśmy!

Najsampierw powitała nas monstrualna replika żaglowca z anime One Piece, która może by nas podekscytowała, gdyby nie to, że nie za bardzo wiemy, co zacz to anime.
(W ogóle pewnie gdybyśmy mieli JAKĄKOLWIEK znajomość ramówki tutejszej telewizji radość ze zwiedzania byłaby większa, lecz i tak bawiliśmy się przednio)

...może i nie znamy fabuły ani bohaterów wielkiego dzieła, jakim jest niewątpliwie One Piece, ale Miś znalazł sobie pewien punkt zaczepienia.
HE GRABBED HIMSELF A PIECE OF ONE PIECE(!)

...straciwszy czasowo ukochanego na rzecz plastikowych cycków, ja też musiałam znaleźć sobie kogoś do towarzystwa.

Fuji jest sponsorem Mistrzostw Świata w siatkówce, więc można było zrobić sobie zdjęcie z rzadkim okazem - Japończykami, wyższymi od przeciętnej białej małpy.

Plenerowa wioska telewizyjna była pełna dziwów, ale nawet pośród nich były rzeczy, które budziły w nas pierwotny lęk...

...wszystkie one były jednak tylko przygrywką dla obiektów zgromadzonych w muzealnych kazamatach budynku głównego.
Tu kostiumy z jednego z programów


...oraz żelazne majciochy (zaopatrzone jednakowoż w wygodną wyściółkę) z innego!

Kącik dla dzieci, zwany także Kącikiem Amfetaminowym...

...oraz Grzyby w Kosmosie!
To akurat na piętrze poświęconym teleturniejom. Nasz wniosek - Japończycy najbardziej lubią teleturnieje, w których ktoś lub coś bije ich po głowie.

Piętro informacyjne i obowiązkowo japońska wersja Tomasza Lisa


....oraz piętro anime, kryjące odpowiedź na dręczące wszystkich pytanie: Jak wyglądałaby Jon Snow, gdyby grę o Tron realizowali Japończycy!


By zwieńczyć zwiedzanie, wyjechaliśmy windą do Fuji-Kuli (widać ją raczej wyraźnie na zdjęciu całego budynku) i mogliśmy obejrzeć panoramę Daiby z ujmującym widokiem na Tokio. 
Czytam: Właśnie skończyłam A Dance With Dragons. Bardzo było ono wielkie i służyło w mojej interpretacji głównie temu, żeby ustawić wszystkie postaci na pozycjach, w których Martin potrzebuje ich do kolejnej części: Winds of Winter. Plus jestem umiarkowanie zniesmaczonoa olbrzymią ilością tanioszkowatych cliffhangerów. Niemniej to nadal Martin, pisarsko o 10 długości wyprzedzający każde inne fantasy oraz 95% literatury tzw. ‘beletrystycznej’.
Słucham: Laurie Anderson - Love Among the Sailors. Oh, boy - chciałabym kiedyś być świadkiem epickiej, pięciorundowej butwy na głosy między Laurie Anderson a Lisą Gerrard.
Dokonania: WRESZCIE po 9 miesiącach dochodzenia wyśledziłam co rozmagnesowuje moje książeczki bankowe! Nie komofon, nie laptop, wreszcie, nie moja własna aura elektromagnetyczna tylko MALUTKI MAGNES W ZAMKNIĘCIU MOJEGO ORGANIZERA!!!
Fun Fact: -

niedziela, 24 lipca 2011

Trzy Wesela i...?




The Incredible Poo-Hat presents: Poland Tour 2011!
         Mili Parafianie! Z racji braku rzeczy bardziej godnych odnotowania, poświęcę ten wpis, by ostatecznie ogłosić terminarz mojej i Małża sierpniowej podróży do Ojczyzny. Wiem, że w przeciwności do mnie jesteście poważnymi ludźmi, macie absorbującą pracę, niecierpiące zwłoki urlopy oraz przeróżne własne plany. Jednak apeluję do Was, byście w miarę możliwości wysupłali z otchłani swoich jakże przepełnionych terminarzy wolną godzinę lub pięć, kiedy będę akurat w Waszej połowie Polski.
         Planuję zobaczyć Was na nadchodzących Weselach, lecz na pewno nie będzie mi dość! Oczywiście do wszystkich, którzy przyjdą mi do głowy będę się jeszcze odzywać osobiście - mam nadzieję, że uda mi się zorganizować na czas pobytu telefon komórkowy.
        AHA! Zanim pomyślicie by mnie bez litości zignorować....I COME BEARING GIFTS!
        Przylatuję trzeciego sierpnia na Okęcie. Piętnastego przenoszę się z Warszawy do Krakowa, gdzie pozostaję do końca miesiąca (z czego ostatnie cztery dni bez Małżonka, więc jestem otwarta na najbardziej nawet niemoralne propozycje!). Pierwszego października przebywam w stolicy, skąd wśród (własnego) płaczu i zgrzytania zębami wylatuję piętnastego września.
         A teraz najważniejsze pytanie... czy jest ktoś chętny, żeby pójść ze mną Captain America?

***

         Czytam: 


Myhyhyhy!
        Słucham: Rotersand - The Gods Have Gone Insane
        Dokonania/Porażki: Mój wychuchany, wypieszczony esej o Czasie Apokalipsy ledwo dopełzł do A-. To add insult to injury, najwyraźniej najbardziej rewolucyjną naukowo rzeczą, ktorą wyprodukowałam w tym semestrze, był wielokrotnie tu już wspominany tekst o ubrankach w filmach Walta Disneya (A+)... Śmiać się czy płakać?
         Fun Fact: Czy powiedzielibyście, że Japonia wciąga grubo ponad 80% rocznej produkcji kawy wyspy Jawa?

środa, 20 lipca 2011

Gan(t)z gut



czyli KULA HULA!

          Dzień dobry - od wczoraj nęka nas na Daibie tajfun - wiatr wieje, deszcz pada poziomo, a warunki zewnętrzne generalnie nie sprzyjają wyjściu na tzw. “pole”*. Tym bardziej współczujemy naszym sąsiadom T. i L., którzy, w tych niesprzyjających okolicznościach przyrody, musieli rano toczyć walizki na lotnisko... My sami, przezornie zaopatrzyliśmy się w wałówkę i zabarykadowaliśmy w domu, czekając aż klęska żywiołowa minie. Poszukując rozrywki, natrafiliśmy na wiadomość, że 17 lipca wydano na lokalnym rynku dvd z japońskim filmem sajns fikszyn Gantz.  Film obejrzeliśmy i zgodnie uznaliśmy, że godzien jest blognotki.
         Lecz od początku. Gantz przetoczył się przez japońskie kina w styczniu, zdążył już wypączkować sequel Gantz: the Prefect Answer oraz spolaryzować lokalnych nerdów (przynajmniej sądząc po ożywionej dyskusji w intersieciach). Film oparty jest na kultowej (and by ‘kultowej’ I mean 15 MILIONÓW SPRZEDANYCH EGZEMPLARZY) mandze Hiroi Oku. Od razu zaznaczę, że ani ja ani Małż mangi nie czytaliśmy i w przedbiegach wiedzieliśmy o niej tylko tyle, że jest: a/ dla dorosłego czytelnika b/ zawiera absurdalne ilości przemocy oraz c/ wszyscy jej bohaterowie są nie wiadomo dlaczego odziani w czarne lateksy. Nasza nieznajomość materiału źródłowego okazała się błogosławieństwem, bo do filmu podeszliśmy bez żadnych oczekiwań, nadziei i generalnie przekonani, że będzie to jakieś doskonałe na przetrwanie tajfunu badziewie. 


And boy, were we wrong
          Filmowa adaptacja Gantz, wyreżyserowana przez Kenichiego Matsuyamę do scenariusza Yūsuke Watanabe, to ten jenden jedyny wyjątek, potwierdzający wysnutą ostatnio na łamach blogkomci teorię, zwaną Teorią Małego Wolffa (i głoszącą, że niemożliwym jest zrobienie przyzwoitej aktorskiej wersji japońskiego komiksu). Na niekorzyść kinowego Gantza przemawia sporo: począwszy od nieszczególnego budżetu (45mln$), po zaangażowaniu aktorów znanych głównie ze śpiewania albo pozowania do bieliźnianych kalendarzy, a skończywszy na zarysie fabularnym, który (jak przeczytaliśmy w prasowej zajawce) opowiada o (I kid you not) - grupie ludzi, którzy umarli, a teraz biorą udział w nadzorowanej przez tajemniczą CZARNĄ KULĘ grze terenowej, polegającej na ZABIJANIU KOSMITÓW. Seans filmowy zapowiadał się więc jako coś, co dostarczy nam wiele radości, lecz niewiele przeżyć natury artystycznej. 

Uwaga! poniżej spoilery - lecz tylko z pierwszych pięciu minut.
          Gantz otwiera nader zgrabna sekwencja śmierci obu protagonistów. Pierwszy z nich - Kei Kurono (Kazunari Ninomiya)  czeka na metro - wybiera się właśnie na rozmowę o pracę, zakuwając formułki z książeczki przygotowującej do oczarowania pracownika HR. Na peronie Kurono dostrzega przelotnie Masaru Katō (Kenichi Matsuyama), dawnego kolegę z lat szkolnych. Chwilę później, kilka metrów dalej, na tory spada przechodzień. Kurono wraz z tłumem gapiów widzi, że to właśnie jego ziomek Katō zeskakuje poratować nieszczęśnika. Co gorsza, rozglądając się za kimś, kto pomoże mu uratować pechowca, dostrzega Kurono, rozpoznaje go i zwraca się prosto do niego. Kurono przerażony udaje, że nie ma pojęcia o co chodzi. Pani z głośnika informuje, że pociąg nadjeżdża. Masaru wypycha swojego “pacjenta” na poziom peronu, gdzie przejmują go zgromadzeni ludzie. Sam ma jednak problem z wyspindraniem się w bezpieczne miejsce. Dopiero wtedy, kiedy złowroga ciuchcia jest tuż-tuż, Kurono zbiera się na odwagę i podaje swojemu staremu przyjacielowi pomocną dłoń. Niestety nie kończy się to najlepiej - oboje tracą równowagę, spadają i zostają zmieleni na miazgę przez wiecznie efektywne, niegdy nie spóźniające się, klimatyzowane oraz bardzo wygodne tokijskie metro. 
           Dalej wszystko toczy się już zgodnie z określonym w zajawce prasowej założeniem. Koledzy budzą się w tajemniczym pokoju z widokiem na nocne Tokio, w towarzystwie kliku innych “zmarłych” oraz wielkiej czarnej kuli, która wygrywa upiorne melodyjki, wydaje zadania za pomocą tekstów plus dostarcza arsenału broni und kostiumów rodem ze sklepu fetyszystycznego. Bohaterowie stopniowo orientują się w zasadach, jakimi rządzi się dziwna zabawa, w jaką zostali wciągnięci i rozpoczyna sie ostra jazda bez trzymanki, gdzieś na pograniczu Matrixa oraz the Cube.
        O dziwo, widz nadspodziewanie szybko wciąga się w tę pozornie z tyłka wziętą historię. Dlaczego? Ano, z kilku powodów. Po pierwsze, reżyseria jest złotym przykładem ostatnio zaniedbywanej w kinie (zwłaszcza kinie adaptującym jakieś rozbudowane komiksowe/książkowe fabuły) zasady SHOW - DON’T TELL. Nikt u nie spędza czasu opowiadając o regułach świata - wszystko jest pokazane i logicznie powiązane. Począwszy od mechaniki lateksowych kostiumów a skończywszy na charakterystyce postaci. (Rozwlekle) przytoczona powyżej pierwsza scena, stanowi efektywną i efektowną ekspozycja dwójki głównych bohaterów - ich osobowości oraz postawy. Katō ma mocne poczucie moralności, Kurono jest pesywny i wycofany. Czy jednak koniecznie oznacza to, że jeden z panów jest dobry a drugi mniej? Niekoniecznie, zresztą film kilkakrotnie pokomplikuje nam postrzeganie obu bohaterów. Ważne jednak, że poczyni to za pomocą fabuły, a nie gadania o tzw. dupie marynie. 
         Skoro show góruje tu nad tell, to naturalnie ważne, żeby całość wyglądała zgrabnie. I chociaż efekty specjalne nie dorównują Transformersom, film broni się świetnymi, chłodnymi zdjęciami, doskonałymi, komiksowymi (ale nie przerysowanymi) projektami kostiumów/futurystycznego uzbrojenia, rewelacyjnym montażem oraz nadprzeciętnym dźwiękiem (nie ma muzyki, więc łatwiej docenić upiorne efekty audio). Estetycznie jest to konsekwentna wizja, może i nie zupełnie oryginalna (bo zaadaptowana z mangi), lecz zaadaptowana we wspaniały sposób. Stwory z którymi walczą bohaterowie nie mają wiele wspólnego z tradycyjnymi potworami, są odrealnione i absolutnie PRZERAŻAJĄCE. Oraz groźne. Film nie wykręca się od brutalności i stosunkowo szybko pokazuje, że świat CZARNEJ KULI jest śmiertelnie niebezpieczny. 
        Na koniec, słowo pochwały należy się aktorom. Cały zespół broni się dobrze, pozytywnie odstając od standardowego poziomu japońskiego aktorstwa (bliskiego raczej polskiemu aktorstwu telenowelowemu). Oczywiście pomagają autentycznie dobrze napisane role (stworzone zupełnie obok mangowo-animowych stereotypów - lub wręcz wprost wbrew nim, jak w przypadku Kei Kishimoto (Natsuna Watanabe), głównej postaci kobiecej). To właśnie dzięki aktorom możemy zacząć troszczyć się o tę grupę odzianych w czarne lateksy postaci, a ze standardowego exploitation robi się świetny, trzymający w napięciu thriller, umiejętnie korzystający z arsenału science fiction, ale nie opierający swojej siły na quasi-technologicznych fajerwerkach.
         Plus gumowe kostiumy są naprawdę fajne. Za nie same film punktuje u mnie o oczko wyżej.
        Bottomline: Gantz to świetna sprawa. Razem Kamikadze Girls utwierdził mnie w przekonaniu, że jest jeden sposób sprawdzania wartości japońskiej kinematografii. Jeśli główny bohater w ciągu pierwszej sekwencji ulega potencjalnie śmiertelnemu wypadkowi - wróży to bardzo dobrze pozostałej części dzieła. Find it. See it. It’s worth it.

----

*/ All hail the Nieuległa Autonomia Galicyjska i jej Dialekt!

sobota, 16 lipca 2011

In the Midnight Hour...!



...czyli sen nocy letniej.
         Z kronikarskiej skrupulatności (a nie, broń boże, z jakiejś wewnętrznej, nieodpartej oraz wrodzonej mi potrzeby użalania się) zanotuję tylko, że od miesiąca temperatura w cieniu nie spadła poniżej 31 stopni. Małż (oczywiście) nic sobie z tego nie robi, biega po mieszkaniu niczym tropikalna małpa, lecz ja musiałam już zmienić kilka swoich przyzwyczajeń. Na ten przykład, godziny aktywności. W nocy powietrze ochładza się do 25 Celsjuszów, zatem gros życiowej działalności przeniosłam na godziny tzw. pozasłoneczne. Chodzę póżno spać i późno się budzę. Ponieważ, przez powyższe, mój osobisty harmonogram trochę się rozjechał z Misiowym, miałam nareszcie okazję obejrzeć kilka filmów, których konsumpcję Ślubny do tej pory sabotował (dla zainteresowanych: Ślubny sabotuje min. Buried [‘Nie będę oglądał dwie godziny faceta zamkniętego w pudełku!’], Precious [‘Nie będę oglądał smutnych grubasów!’], Mr. Nobody [‘Nie będę oglądał kropka’]).
          Anyhows, nie samymi filmami człowiek żyje, toteż wczoraj przystaliśmy na zaproszenie wystosowane przez M. i postanowiliśmy nawiedzić wspólnie z nią pewną knajpę na Kōenji. Jako, że każda wycieczka na Kōenji to dla mnie rozlczulające trip down the memory lane do moich trzech miesięcy bytności w sąsiedniej Mitace, pomysł wzbudził we mnie zrozumiały entuzjazm. 

Do tego, wyimaginujcie sobie, lokal okazał się swojski. Przy zrobieniu z oczu szparek i oglądaniu krajobrazu przez czwarte piwo, mogłam sobie prawie wyobrazić, że jestem w Krakowie!
         Okoliczności barowe dawały możliwośc wypicia czterech różnych alkoholi z mlekiem oraz, co ważniejsze, zajęcia miejsca pod klimatyzatorem, więc wieczór okazał się ... przyzwoity. Nie ma tu wiele do opisywania, lecz, jako, że za dwa tygodnie wracam do ojczyzny i pewnie odbędę kilka(tysięcy) knajpianych spotkań, pragnę poczynić pewne ogłoszenie:
         Drodzy potencjalni współtowarzysze wyjść! Jak wiecie, jestem miłą i tolerancyjną osobą. Jeśli chcecie wziąść mnie do kanjpy jako swojego wingmana (czy wing-womana), a bardziej niż rozmowa ze mną interesuje Was od początku wyrywanie kogoś w tejże knajpie POWIEDZCIE MI TO WPROST. Nie obrażę się, za to zdążę przygotować mentalnie. Jeśli pozbawicie mnie szansy na owo przygotowanie, grozi mi permanentny szok oraz rozwinięcie się jakiegoś złośliwego tiku nerwowego. I druga rzecz: wzmiankowana wyżej wszechtolerancja ma nie obejmuje telefonicznego fejsbukowania podczas spotkań ze mną, smyrania ajfona co 30 sekund i nieustającego tuitowania (czy co tam młodzież aktualnie robi). Jeśli nudzi Was moje towarzystwo to oszczędźcie go sobie AND GET THE FUCK OUT OF MY FACE! 
         Podsumowując, istnieje cień szansy, że wczoraj nie byłam najmijszym towarzyszem do picia i dawałam wyraz własnemu zniesmaczeniu upadkiem obyczajów związanych z grupowym wyjściem na piwo. Cóż poradzę, tak już mam. Za to podczas powrotu do domu bawiłam się przednio!


W nocnych wyprawach po Tokio, słowem-kluczem jest zawsze shūden (終電, skrót od shūdensha 終電車) oznaczający ostatni pociąg, którym możemy wrócić z miejsca alkoholizacji do miejsca zamieszkania. Przegapienie shūdena oznacza koczowanie do rana w oczekiwaniu na shihatsudensha czyli pierwszy poranny pociąg dnia kolejnego. Dlatego, w okolicach północy, na wielu centralnych dworcach odbywają się spektakularne biegi przez płotki (oraz zamroczonych alkoholem tokijczyków) w celu dogonienia odjężdżającego lada moment shūdena.


W nocy percepcja się znacznie wyostrza - na daibowej stacji Tōkyō Teleport odkryliśmy z Miśkiem te monstra...

...a może to nie my je odkryliśmy tylko one po prostu wyszły dopiero po zmroku? 


Już na Daibie, prawie pod domem, po raz kolejny próbuję dodzwonić się na komórkę do Lady Gagi, lecz flądra nie odbiera!


Czytam: Od trzech dni nic. Groza. Prowadzę wyniszczający post literacki w oczekiwaniu na Dance with Dragons.
Słucham: Robots in Disguise - Turn it Up
Dokonania: Ponieważ nasza pracownia ze wzgędu na wielkie zaokiennienie zamienia się przez większość doby w szklarnię, moja działalność szwalniza nieco zamarła.




Mam jednak na tapecie pewien projekt. I nie, nie jest to kostium do Arkham City ani nowego filmu z Batmanem, tylko jeździecka kurtka z okolic 1890. Obecna kolorytstyka wynika z faktu, że to wersja próbna, ekologicznie uszyta z resztek wszystkich materiałów, które byłam w stanie znaleźć.
Fun Fact: 



W sobotę, podczas zakupów natrafiliśmy w centrum handlowym (będącym dla nas nieskończonym źródłem kulturowych odkryć) na przedstawienie dla dzieci o brzoskwinio-kappie oraz musze przebranej za truskawkę. Most awesome!

czwartek, 14 lipca 2011

Para w gwizdek



Jak TO wyglądałoby w 3d? (Hint: POTWORNIE), czyli rzecz o pewnym filmie
        Ponieważ w ciągu ostatniego tygodnia sporo pomocy w zwalczaniu boga Biurwona dostarczyła mi M., moja była współlokatorka z Warszawy (obecnie zamieszkała nieopodal Shibui), postanowiłam odwdzięczyć się dziewczynie, biorąc ją wczoraj do kina. 
         Tak się miło złożyło, że w lokalnej filmodajni akurat przypadał ostatni tydzień wyświetlania Paradise Kiss, ekranizacji nader sympatycznej mangi, którą niegdyś, w zamierzchłych czasach wczesnostudenckich M. mi pożyczyła, zatem za cel obrałyśmy ten właśnie film, a całe wyjście nabrało nostalgicznego wydźwięku...


...bez obaw, oto następuje wtręt informacyjny, dla tych, którzy w tematyce tej konkretnej magi (lub mangi w ogóle) nie są zorientowani
         Paradise Kiss (w japlishu Paradaisu Kissu - パラダイス·キッス), skracane w Żółtym kraju do nieobciążającego tubylczej zdolności zapamiętywania obcych słówek ParaKissu, to manga autorstwa Ai Yazawy, jednej z bardziej prominentnych rysowniczek nurtu shōjo, czyli rzeczy skierowanych do dziewcząt w (przynajmniej mentalnym) wieku okołonastoletnim. ParaKissu jest materiałem szytym na miarę takiego właśnie, dorastającego odbiorcy. Opowiada o Yukari, ambitnej i pilnej uczennicy, spędzającej wieczory i ranki na zakuwaniu do egzaminów wstępnych na studia (UWAGA: w Japonii taka bohaterka nie jest wcale aż tak oderwaną od rzeczywistości marą). Pewnego dnia, życie Yukari zostaje postawione na głowie, kiedy na ulicy wyłapuje ją z tłumu uczeń poblickiego, krawieckiego liceum. Porwana do piwnicznego atelier dziewczyna okazuje się idealną kandydatką na modelkę, która zaprezentuje na końcoworocznym pokazie projekty bazującej w rzeczonej piwnicy grupy modowych zapaleńców, ukrywających się pod marką Paradise Kiss.
       Brzmi jak totalny rzyg? No ba! Lecz nie dajcie się zwieść! Wbrew pozorom manga Yazawy nie jest projekcją nastoletnich marzeń o mitycznym modo-świecie ale wcale sensowną opowieścią o odnajdywaniu siebie i dojrzewaniu, do tego zakończoną w nader niebanalny (i nietypowy) sposób. Dodatkowo, pięciotomowa historia nigdy do końca nie traktuje się poważnie. Bohaterowie są celowo przerysowani, zazwyczaj do poziomu egotycznych maniaków (choć po prawdzie niby są projektantami mody, więc może rzeczywistość przedstawiona nie rozmija się tak bardzo z rzeczywistością rzeczywistą...). Ton całości jest sarkastyczny, także wobec nastoletnich obaw i niepewności (‘-Ojojoj, jestem taka gruba.... -TO TRZEBA BYŁO TYLE NIE ŻREĆ’... nawiasem mówiąc polski przekład Oli Watanuki jest bardzo sympatyczny). Yazawa nie stroni w fabule od złośliwości, seksu i szeroko pojętych angstów, a jej wizja problemów nękających młodzież wydaje się mieć więcej współnego z rzeczywistością niż przeciętna manga dla dziewcząt. Najbardziej jednak, (może obok na przykład wielu, wielu otwartych aluzji do Velvet Goldmine oraz sado-maso) radujący mnie aspekt PK to jego uiłowanie mody. Yazawa miała w życiu epizod krawiecki i widać to w jej podejściu do tematu. Uwaga przykładana do detalu, znajomość procesu powstawania ubrań, obsługi maszyny do szycia etc. tworzy ważne tło gruntujące i spinające całość. Oczywiście, patrząc na większość kreacji w jakie odziewają się bohatwerowie nietrudno zgadnąć dlaczego Yazawa nigdy uczelni modowej zdołała skończyć.... chociaż trzeba oddać sprawiedliwość faktowi, że większość z krawieckich koszmarków, narysowana w czerni i bieli (i zestawiona z urokliwym sposobem rysowania postaci) zaskakująco dobrze się broni. Pod warunkiem, że nie będziemy nawet mgliście wyobrażać sobie, że te ubrania mogłyby w jakikolwiek sposób istnieć w rzeczywistości...


And here, jak to mówił Bard, lies the rub...
(lub słowami mojego pół-brata P: ‘...i tu się zgina dziób pingwina!’)
          Wersja pełnometrażowa ParadiseKiss rozpoczyna się montażem, jako żywo wyjętym z Sex and the City. Tokio (na czele z Odaibą!) całkiem zręcznie udaje w nim Nowy Jork. Shinjō Takehiko, reżyser postawiony na czele produkcji, najwyraźniej dostał podobną, jak stojący za filmowym SatC Michael Patrick King misję: wydoić franczyzę do cna. Po sparklującym i błyszczącym bling-bling otwarciu przechodzi więc sprawnie do metodycznego odtwarzania kolejnych wydarzeń z komiksu (może z pominięciem niektórych świństewek, bo film nie ma ograniczeń wiekowych). Poprzebierani aktorzy posłusznie pałętają się po ekranie odgrywając fabularne scenki. I niby wszystko jest pięknie i sympatycznie, a jednak coś nie gra. Państwo pytają co? Trudno to dookreślić, lecz proszę łaskawie wysłuchać mojej teori.
           Jeśli zagłębimy się trochę bardziej niż po kostki w oryginalny Paradise Kiss, dojdziemy do wniosku, że cały jego komiksowy, przerysowany świat mody oraz wykonywane w nim wielkie gesty i odgrywane persony to tylko specyficzna forma kreacji własnej rzeczywistości, którą młodzi, niedostosowani do świata ludzie u progu dojrzałości tworzą sobie, niczym przetrwalnikowy kokon (w tym kontekście wszechobecne wizerunki motyli przestają być ozdobnikiem a ujawniają się jako ciut sensowniejszy symbol). Istotą stworzonej przez Yazawę (a pośrednio konstruowanej przez jej bohaterów) rzeczywistości jest jej nietrwałość i tymczasowość. Tymczasem film fabularny usiłuje nam wmówić, że ten odrealniony świat z pięknymi ciuszkami (piękność jest zresztą dyskusyjna, o czym będzie za chwilę), manicurami i makijażami to właśnie najprawdziwsza prawda - jakaś wyższa forma życia w społeczeństwie, do której nasi bohaterowie muszą się tylko PRZEBIĆ, by szczęśliwie pozostać tam aż po grób. Taka filozofia niestety konsekwentnie uniemożliwia zakończenie narracji w pierwotny słodko-gorzki sposób. W związku z tym trzeci akt filmowego Para Kissu odrywa się od komiksowego pierwowzoru i stanowi wolną improwizację, prowadzącą do nieuniknionego happy endu. Krawieckie atelier przestaje być miejscem, gdzie bohaterowie zdobyli niezbędne życiowe doświadczenia i które opuścili... Przeciwnie - cały świat przemienia się w jego nadmuchaną, napompowaną sterydami wersję. Widzowi glut znudzenia leci z nosa.
         Tym większy żal budzi we mnie fakt, że, jak ukazano powyżej, ekpia nie bała się grzebać w fabule mangi, lecz jak ognia unikała jakiegokolwiek odejścia od niej w warstwie estetycznej. Każdy głupek wie, że ubrania narysowane w 2d (do tego w czerni i bieli) będą z dużą dozą prawdopodobieństwa prezentować się zupełnie inaczej uszyte z autentycznych materiałów  i nałożone na aktorów o realistycznej anatomii. Czemu więc nie podejść do kostiumów kreatywnie? Nie przeinterpretować tego, co zrobiła Yazawa, zaadaptowawszy jej styl (polegający głównie na tym, że IM WIĘCEJ TYM LEPIEJ!!!) na potrzeby innego medium? Ale nie. Nie tym razem. Nie będę się zbyt pastwić, napiszę tylko, że większość projektów wygląda, jakby ktoś odział modelki w kilka warstw firan oraz obrusów, piętrowo udprapowanych oraz obowiązkowo uatrakcyjnionych kwiatkami, bratkami oraz stokrotkami.


Tzw. ‘show-stopper’ czyli finałowa kreacja z ostatniego pokazu Paradise Kiss. Chyba nic nie muszę dodawać. Aktorka utopiła się w falbankach i kokardkach. 

Bottomline: to zły film, odradzam dotykanie go kijem z 10 metrów, oraz zbliżanie się do niego w jakiejkolwiek formie. W celach zdrowotnych polecam przeczytanie mangi. To dobra manga jest - znam nawet kilku chłopców, którym się podobała.
***

Aha! ParaKiss dorobił się kilka lat temu całkiem przyzwoitej wersji animowanej, wyprodukowanej (a jakże!) przez studio Madhouse (bardzo porządną firmę, odpowiedzialną między innymi za filmy Satoshiego Kona. Design postaci wysmarował Nobuteru Yūki, którego kreska jest zawsze miła memu oku, a odrealnione napisy końcowe wysmażył Hiroyuki Imaishi, pod muzykę Franz Ferdinand (a było to w zamierzchłych czasach, gdy jeszcze nikt nie wiedział co to za zespół)... zresztą, co ja będę pisać - w nowym, lepszym, cyfrowym świecie możecie sobie zobaczyć to wszystko sami
Czytam: porzuciłam na chwilę Saida na rzecz Distant Mirror: The Calamitous 14th Century Barbary Tuchman. Nie moja wina, że potrzeba mi było czegoś bardziej niż Culture and Imperialism mięsistego (oraz średniowiecznego!)
Słucham: Fading Colours - In this Garden of Mine
Dokonania:
Fun Facts: Dzisiaj będą dwa. Po pierwsze, w japońskich kinach, podobnie jak w polskich, także trwa kampania anty-piracka. Główny jej oręż stanowi TEN filmik - ostatnio mój ulubiony element seansów. Fakt numer dwa, to japoński zwyczaj, według którego niema niczego złego, w zakupieniu do filmu nie tylko popcornu ale i puszki piwa, którą bez skrępowania możemy wnieść na salę.