czwartek, 16 grudnia 2010

Zzzzzip!


Mrozna Kraino, here I come!

          Walizki zapiete, smieci wyrzucone, Finka pozegnana. Napompowalam tez oponki w Rozowym Ostrym, zeby za bardzo nie sflaczaly przez dwa tygodnie postoju. Krotko rzeklszy: wszystko gotowe do wyjazdu. Niniejszym dziekuje Wam Szanowni za tegoroczne strzeliste akty czytelnictwa - wczoraj blog zaliczyl klikniecie numer 5000! Mam nadzieje, ze uda mi sie z Wami wszystkimi spotkac w Polsce... Tymczasem Dluga Noga ulega oficjalnemu zawieszeniu do 07.01.2011. Juz w nowym roku: ekskluzywny coverage nominacji do Zlotych Globusow, wiecej o przejawach japonskiej popkultury, poszukiwanie lokum na Odaibie i (miejmy nadzieje) wiele, wiele innych! A poki co: Wesolych Swiat!



Yahs!

środa, 15 grudnia 2010

Spank Me, Mister Grog! - Konsumpcyjny Spacerownik po Kōenji


Specjalnie dla Was, Najszacowniejsi Czytelnicy: mala ojczyzna japonskiego punku. Plus kucyki Pony!
         Powoli zbieram manatki, oprozniam lodowke i szykuje sie do wylotu. Pozegnalam sie z wpolkursantami, znajomymi Polakami oraz Mimoza. Dzis pozostalo mi zatem tylko powiedziec ‘sayōnara’ mojemu najlepszemu japonskiemu przyjacielowi - Kōenji. Z tej okazji, (oraz dla zainaugurowania cyklu, w ktorym bede zachwalac rozne dziwaczne miejsca w Tokio, zachecac byscie mnie tu odwiedzili) chcialabym zaprezentowac Wam Unikalna Dlugonoga Trasa Wycieczkowa Wokol Dworca Kōenji!

***

          Kōenji to najdalej wysunieta w strone Mitaki (czyli ogolniej mowiac wglab ladu) dzielnica Tokio. Dobrze skomunikowana z Shinjuku, rozpoczela kariere jako typowy rewir ‘sypialniany’, lecz jakims cudem udalo sie jej uniknac boomu budowlanego z lat 80tych. Dzieki temu w lokalnym krajobrazie nadal dominuja niewysokie budynki, male domki oraz pycie sklepiki. Byc moze wlasnie dzieki takiemu staromodnemu charakterowi, okolica jest teraz osrodkiem handlu uzywanymi dobrami oraz centrum tokijskiego ruchu retrofili. Mozna tu kupic stare plyty, ubrania vintage, albo posluchac rockowego kncertu w jednym z bazyliona klubikow. To tutaj podobno narodzil sie japonski punk (w sensie: gatunek muzyczny, a nie nieznosnie pretensjonalny trend modowy, zwiazany ze skorzanymi paskami, butami z cwiekami i spodniczkami w krate etc.)... Wiele wiecej wiedziec nie trzeba - zapraszam zatem na fotostory!


Po dotarciu linia Chūō na stacje kolejowa Kōenji, nalerzy namierzyc poludnie i w gaszczu uliczek odnalezc pasaz handlowy PAL - jesli zobaczycie po swojej lewej lewitujacy makaron soba, jestescie na wlasciwym tropie! (ON SIE RUSZA!!!)


Rzeczony makaron oznacza, iz na pewno  znajdujecie sie po wlasciwej stronie torow i mozecie razno ruszac naprzod. Zwracajcie uwage na okna okolicznych budynkow, zwlaszcza na wysokosci  pierwszego pietra (w Japonii w sklepy czesto polozone sa nad poziomem ulicy i trzeba nielada sprytu, zeby w ogole je wypatrzec, a co dopiero zlokalizowac ich wejscia!). Tymczasem wlasnie w za taka, pierwszopietrowa witryna czyha nasz przystanek numer jeden: Spank!


Mam w sercu specjalny kat dla tego sklepu - to pierwsze miejsce, ktore odwiedzilam na Kōenji. Moja uwage zwrocil banner w ksztalcie MONSTRUALNEGO ROZOWEGO KOTA. (Niech szanowana wycieczka zwroci uwage, ze okreslenie 2F oznacza w Japonii pierwsze pietro)
          Podazajac za rozowym kotem wspinamy sie waskimi schodami w gore...


..i magicznie przenosimy w kraine majtkowego rozu, Barbie oraz disco!


Wlascicielka sklepu Spank! z podziwu godna wytrwaloscia kolekcjonuje wszystko co zwiazane z blyszczaca dyskotekowa odmiana lat osiemdziesiatych - od obuwia...



...po koszulki z Madonna oraz Vanilla Icem! Sa tez oldschoolowe czterokolowe wrotki! (OCZYWISCIE, ZE MOZNA TU  ZAOPATRZYC SIE W PORTKI MCHAMMERA!)
          Jesli nie padniemy na twarz porazeni tak cudnym pokazem, mozemy wrocic na dol i podreptac kilkanascie metrow dalej, do charakterystycznego zielonego fragmentu sciany


To Grog Grog! Me najulubiensze miejsce w calej okolicy, bijace reszte na glowe stosunkiem jakosc:cena!


Czegoz tu nie ma? Ceny wiszacych wokol cudow wahaja sie od od dwoch do pietnastu tysiecy jenow 


A tu, droga wycieczko tak zwana Sciana Placzu, gdzie podobni mi milosnicy kapeluszy lamentuja nad swym niewielkim budzetem!


Wychadzac z Groga warto zwrocic uwage na druga strone ulicy. Miesci sie tam siedziba konkurencji: sklep Small Change. Dwa pietra (jedno damskie i jedno meskie) starannie wyselekcjonowanych vintage’owych ubran und akcesoriow.


Jesli chodzi o mnie nikogo nie faworyzuje: w Grogu kupuje sukienki a w Small Change’u dodatki do nich... Coz, SC trudno sie oprzec: maja tam SCIANE BUTOW (na szczescie dla mojego portfela w wiekszosci za malych na wielkie, biale nogi)...

....z szufllad zas doslownie wysypuja sie paski i bizuteria


A te kapelusze! Prosze nie zapominac o kapeluszach!
          Z duza doza prawdopodobienstwa wizyta w dwoch powyzszych sklepach skonczy sie ruinacja, a w dalsza droge ruszymy ze zwieszonym nosem...


Naprawde warto jednak przejsc jeszcze kawalek - przynajmniej do malutkiego i slodkiego jak ciasteczko Vielle du Temple. Na zewnatrz zawsze stoi wieszak z przecenami, ktory wodzi na pokuszenie nawet mocno pustawe portfele!


Dokladnie drzwi w drzwi z Templem znajduje sie zas Tatouage. Tu klimat jest jak na moje gusta troche zbyt a la Domek na Prerii...


... niemniej jednak rotacje towaru maja najwieksza na calej ulicy, a nadzieja, ze wsrod falbanek i sweterkow uda sie znalezc cos fajnego nigdy nie umiera.
          Cztery wymienione sklepy to me ulubione miejsca zakupow odziezowych, lecz w okolicy znajduje sie istne zatrzesienie podobnych butikow. Tak naprawde najlepiej puscic sie na zywiol!


Kiedy dotrzemy do kawiarni Noble znaczy to, ze konczy sie handlowa czesc ulicy. Zanim zawrocimy trzeba koniecznie wejsc do srodka na legendarne ROZANE CAPPUCINO (mozna wziac na wynos). Przy okazji: Japonia to chyba jedyne miejsce gdzie mozna sie chwalic napisem na sklepie gloszacym ‘since 1999’!)
         Wracajac, skupiamy wzrok na odwrotnej niz poprzednio stronie ulicy, ablowiem tam czekaja nas nowe atrakcje - tym razem pozaodziezowe:


PRZERAZAJACY salon tatuazu, ktory budzi we nie niezdrowa fascynacje - kiedys musze tam wniknac! 


Lokalny oddzial franczyzowanej sieci ksiegarni Village Vanguard. Nazwa ‘ksiegarnia’ jest tu mylaca, bo akurat ksiazki sa w tym miejscu najmniej interesujace. Jest to jednak swietne miejsce, by zaoparzyc sie we wszelkie ‘japonskie dziwactwa’ (ktorych niezmiennie domagaja sie znajomi w Polsce, podjudzeni zdjeciami w internecie, przedstawiajacymi przerozne lokalne wynalazki). Niestety chwilowo nie moge podac zadnych przykladow cudow, do nabycia w srodku, bo wiekszosc z nich przywoze ze soba do ojczyzny w roli prezentow swiatecznych!

Inna lokalna franczyza to oddzial Zocalo - tokijskiego projektanta rzucajacej sie w oczy bizuterii. Jest mnostwo rzeczy inspirowanych Indiami i Meksykiem a kolczyki mozna kupowac na sztuki, zamiast na pary!


Wreszcie last but not least (i przepraszam za zdjecie, ale za kazdym razem kiedy jestem w okolicy z aparatem to dranstwo jest zamkniete - musialam wiec wygrzebac obrazek z otchlani internetu) Akimbo: LUKSUSOWY BUTIK Z UBRANKAMI DLA PSOW. Hilarious!


A dla najbardziej wytrwalych zakupowiczow nagroda: Olbrzymi stek w restauracji Devil’s Kitchen - tuz przed przejsciem na dworzec!
I co, jak Wam sie podoba Kōenji?
Czytam: Naoki Urusawa - Yawara!, t.12 Nie. Moge. Przestac.
Slucham: White Lies - Nothing to Give - smece sobie wyjazdowo.
Dokonania: Brak.
Fun Fact: Na mitackim dworcu odbywa sie wlasnie akcja ‘Wish Tree’:


Jedna sciane przearanzowano na wielki wieszak dla swiatecznych kartek z prosbami do Mikolaja czy innego Gwiazdora.


A tu moje, nieco samolubne zyczenie!

wtorek, 14 grudnia 2010

Zryj Zelki!


Moj najnowszo-ulubiony japonski napoj:
Chu-hi o smaku tak zwanego ‘Szardone z Babelkami’ -
ani to Chardonnay, ani z babelkami, lecz coz:
Gdy dopadna Cie smuteczki/
pij Kirina, wprost z puszeczki!
          Dzien dobry. Bardzo cieszy mnie, iz nareszcie moge wykorzystac bloga tak, jak czyni to wiekszosc populacji, czyli do bezprzykladnego narzekania. Bede narzekac na Chinczykow, (chociaz po prawdzie jest to zakamuflowane narzekanie na wlasne lenistwo....) Anyhows: PODLI CHINCZYCY!!! Jesli na tescie jezykowym jest do zdobycia 100 punktow, przecietny Chinczyk zdobywa 98,5, mocno zawyzajac srednia grupy intensywnych kursantow. W ten sposob ja laduje pod srednia. Nie lubie byc pod srednia. Jesli jestes pod srednia, przestaje sie liczyc ile masz punktow BO JESTES POD SREDNIA. Krotko mowiac: TRZEBA BYLO CZYTAC CZYTANKI, MAJZILLO!!!
         Jak wiadomo madry Polak po szkodzie, zatem, w zwiazku z tym, ze dzisiaj Zaba postanowila zadac nam przedswiateczny coup de grâce, za pomoca srodsemestralnego egzaminu z lektury, postanowilam przekuc piatkowa porazke we wtorkowy sukces. Mocno zmotywowana nazarlam sie wczoraj wieczor  zelkow, opilam Red Bulla i zarywajac pol nocy wkulam na pamiec nieszczesne zabowe teksty. Z duma melduje, iz dzisiaj zadne wyjatki gramatyczne, krzywe znaki czy poplatane zlozenia nie byly mi straszne! Ha!
W nagrode zaraz zalacze sobie bohatera dzisiejszego Kacika Telewizyjnego


          Powszechnie wiadomo, iz kazdy namietny serialowicz ma jakies swoje guilty pleasure. Ja zazwyczaj pilnuje sie, zeby to byl tylko jeden tyltul na raz (chwilowo miejsce wstydliwej przyjemnosci w mojej ramowce zajmuje reboot Nikity, stworzony przez nieslawna telewizje CW - jeszcze o nim napisze...) ALE czasem moje opanowanie nalogu peka i wpadam w dziki bindz. Bindz wiaze sie z ogladaniem calego sezonu pewnego konkretnego programu w jeden dzien. Najgorsze jest zas to, ze ten program to nawet nie serial. To (o zgrozo!) REALITY SHOW. Czyli telewizyjne dno dna, najgorsze mozliwe barachlo. Niemniej jednak smiem twierdzic, ze jeden przedstawiciel owego podlego gatunku wyroznia sie pozytywnie. Mowie o Project Runway (czy tez w wersji brytyjskiej Project Catwalk) - to jest formacie ekranowego pojedynku projektantow mody (sic!). 


Mozecie nie byc milosnikami tworzenia ubran ale nawet wtedy powinniscie docenic, jesli nie tresc to forme programu. Dzieki niej nawet moj niespecjalnie rozmilowany w modzie Maz z napieciem ogladal pierwszy sezon Project Catwalk!
         Celem programu jest wylonienie zwyciezcy sposrod 12 pretendentow. Od kandydatow wymagane sa w ogolnym ujeciu: umiejetnosc szycia, znajomosc materialow oraz duzy potencjal w tak zwanym kreatywnym mysleniu. Jako ze to telewizja to naturalnie im dziwniejsi aspiranci, tym lepiej dla ogladalnosci. 
         Drugim poza doborem uczestnikow kluczem do sukcesu Project Runway sa prowadzacy. W zaleznosci od kraju zazwyczaj jest to lokalna top modelka (w perwotnej wersji gospodarzem programu byla Heidi Klum) - najczesciej z poprzedniej generacji, kiedy modelki mialy jeszcze szczatki wlasnego charakteru. To ona zleca uczestnikom zadania i oglasza im decyzje jury. Drugim gospodarzem, oraz osoba z definicji trzymajaca strone kandydatow, jest zawsze jakis lokalny guru mody, sluzacy kandytatom rada oraz kasliwymi uwagami, co do ich projektow. Poza wymieniona dwojka mamy w Project Runway jeszcze jury, oceniajace co tydzien dokonania uczestnikow. Kluczowy wydaje sie tu fakt, ze w kazdej z wersji (a ogladalam do tej pory brytyjska, australijska i amerykanska) czlonkowie jury chociaz bardzo charakterni, jakos nie sprawiaja wrazenia, jakby usilnie chcieli przycmic kandydatow (co jest regula w naszych rodzimych reality show)
        Wreszcie ostatni i najwazniejszy fragment ukladanki Project Runway: wyzwania dla uczestnikow. Tu pomyslowosc tworcow jest nieograniczona. Byly odcinki w ktorych aspirujacy projektanci musieli w ciagu 48 godzin stworzyc (zmontowac?) suknie slubna z materialow znalezionych i kupionych w sklepie budowlanym, takie, gdzie mieli zaprojektowac suknie na czerwony dywan dla Kelly Osbourne (tlustawej corki Ozzy’ego), w programie szyto kreacje z kwiatow, kolekcje z zastawy stolowej czy warzyw oraz generalnie ubrania kazdej mozliwej substancji... a co ciekawe w trakcie takich wyzwan naprawde powstawaly rzeczy niesamowite! Finalowa trojka projektantow to zawsze ludzie superzdolni, ktorzy udowodnili, ze modowo sa w stanie poradzic sobie ze wszystkim!
        Bottomline: porzadny program, bardzo emocjonujacy (rewelacyjnie zmontowany), pelen wspanialych pomyslow realizacyjnych, a co najwazniejsze oparty nie na obsmarowywaniu sie uczestnikow nawzajem (albo procesie eliminacji przez esemesy widzow) lecz na autentycznych zdolnosciach kandydatow. Polecam (uwaga, pozera ogromne ilosci czasu!)
Highlight: Mezczyzni w szpilkach. To taka moja slabosc, ze uwazam, ze meska lydka na obcasie wyglada bardzo dobrze, a ten program to jeden z niewielu w telewizji, gdzie mozna gladac facetow w takim obuwiu!
A lot like: Hm... Top Madl (przynajmmniej to jak je siebie wyobrazam) meets Ugly Betty
Dla kogo: Zainteresowanych moda oraz tych, ktorzy nie wierza w istnienie przyzwoitych riality szolow - niech przekonaja sie, ze istnieje wyjatek potwierdzajacy regule!
PS. Dzisiaj dowiedzialam sie, ze miedzynarodowy piktogram wyjascia awaryjnego to produkt japonski!


Zaprojektowal go na poczatku lat 80tych Yukio Ota!

niedziela, 12 grudnia 2010

Druga strona Tokio (東京の裏側)



Wedrowcze! Przekrocz Teczowy Most, wsiadz na Czarna Mewe, a obiecuje Ci: trafisz do Krainy Czarow!
          Mieszkajac w pieknej Mitace, czyli 20 kilometrow w glab ladu, latwo zapomniec, ze Tokio wlasciwie lezy nad morzem. Powiem wiecej: z punktu widzenia mojego akademika wyprawa nad miejska zatoke to tak jak wyprawa na Marsa. Do tej pory nie mialam powodu (ani checi) tarabanic sie w tamta strone, lecz w sobote nareszcie pojawila sie odpowiednia pokusa - zamieszkali blizej oceanu znajomi, urzadzali u siebie w domu wigilijny sped. Poza wzgledami towarzyskimi, do podjecia ekskursji motywowal mnie tez cel badawczy: T. z L. (to jest wlasnie owi znajomi) mieszkaja w miedzynarodowym akademiku studenckim na Odaibie - czyli moim oraz mego meza potencjalnym schronieniu od przyszlego semestru. O rodzinnych pokojach Akademika Odaiba kraza na Todaju przerozne niestworzone historie, wiec w szczytnym zamiarze ich zweryfikowania, zaopatrzylam sie we flaszke oraz soczek (w ramach wkupnego) i ruszylam w strone morza. 


Sama Odaiba (お台場) to sztuczna wyspa, stworzona (poczatkowo jako kilka malych wysepek) juz w polowie XIXgo wieku. Swoj obecny wyglad zawdziecza bombastycznemu planowi rozwoju urbanistycznego Tokio, zatwierdzonemu tuz przed japonskim kryzysem lat 90tych
         Gdy w drodze na rzeczona Odaibe dociera sie do Shinagawy, (to jest pierwszej dzielnicy Tokio, wybudowanej na odebranej morzu ziemi) i wypelza tam z metra, mozna odniesc mylne wrazenie, ze trafilismy do zupelnie innego miasta. Krajobrazy diametralnie roznia sie od tych znanych z epilepsjogennego Shinjuku albo wiecznie zaloczonej Shibui. Wokol jest bardzo przestrzennie i jakos tak... kosmopolitycznie. Dzielnica biurowo-rozrywkowo-mieszkaniowa ze szkla i stali zaczyna sie jeszcze na ladzie...


...Ale plynnie rozciaga sie takze na Odaibe wlasciwa, polaczana z brzegiem mostem, zwanym Mostem Teczowym - レインボーブリッジ (sic!)
         Zeby podziwiac wszystkie te piekne okolicznosci przyrody najlepiej wsiasc do kolejki miejskiej Yurikamome (‘Czarnoglowa Mewa’) - pierwszego w Tokio stuprocentowo bezzalogowego srodka transportu. 


Absolutnie nie rozumiem dlaczego przejazdzka ta linia nie znajduje sie w programie standardowych, przewodnikowych wycieczkek po Tokio. Straszliwe niedopatrzenie! ‘Mewa’ jest jak kolejka w parku rozrywki (zreszta mozna nia dostac sie az do Tokyo Disneylandu) - mknie po betonowym torze, na wysokosci 15-50 metrow, a do tego oferuje stanowczo najlepsze panoramy Tokio, dostepne z poziomu okologruntowego!
          Mnie, kiedy patrzylam przez okno pociagu oczy autentycznie lzawily z rozczulenia na widok wielkich przestrzeni! (Przestrzenie te sa zreszta wykorzystywane nader tworczo - to wlasnie na Odaibie stala rekonstrukcja WIELKIEGO ROBOTA Z FILMU GUNDAM!!! 



Co ciekawe, wrazenie agorafobii nie opuscilo mnie nawet po dotarciu do mieszkania znajomych - TOZ TO 80 METROW KWADRATOWYCH (Co w przelozeniu na polska przestrzen domowa odpowiada chyba okolo 400 m!). W tle zdjecia T., gospodarz (jak zwykle elegancki i dobrze wychowany) z tajemnicza plastikowa torba miedzy nogami!



Ja i inni zaproszeni zostalismy uraczeni iscie wigilijna wieczerza! Gosci bylo tylu, iz musielismy rotacyjnie zmieniac sie przy stole!



T. i L. sa juz troche w Tokio i powoli zaczeli obrastac w tak zwany ‘stuff’. Posiadaja na przyklad pluszowa maskotke polskiego zubra, - z ktora to prowadzilam dluge i owocne rozmowy


Wsrod imprezowych gadzetow mielismy rowniez IPada oraz male dziecko. Zawsze rozbraja mnie to, jak kilkuletni czlowiek moze zdemontowac kazde przyjecie. Wszystkie kobiety natychmiast zaczynaja sie do niego umizgiwac, a mezczyzni zabawiac... Moj potomek bedzie na czas wieczornych spedow zamykany w sasiednim pokoju, dzwiekowo izolowanym materacem, postawionym przy drzwiach, mark my words!


Tokijscy Polacy maja egzotyczny zwyczaj grania w kalambury... na czas! Czyz to nie przedziwny pomysl?
        Coz, jakkolwiek milo bylo spedzac na Odaibie czas to odleglosc, dzielaca mnie od mitackiej ‘wsi spokojnej, wsi wesolej’ zmusila mnie, zeby szybciej niz bym chciala opuscic piekna wyspe.


Trzeba przyznac, ze w drodze powrotnej zmechanizowana ‘Mewa’, w polaczeniu z pustymi o tej porze peronami sprawiala bardzo upiorne wrazenie!


Puste odaibowe PRZESTRZENIE. 
          Dwie godziny pozniej (coz, ZNOWU wsiadlam w linie Yamanote nie w tym kierunku, w ktorym powinnam...) bylam juz daleko od morza, na dworcu w Mitace. Idac zatloczona (nawet po polnocy) glowna ulica, (w weekendy zamieniana na deptak) stwierdzilam, ze Mega-Tokio Mega-Tokiem, ale przeciez Mitackie Przedmiescie takze ma swoj niepowtarzalny urok!
Czytam: Naoki Urusawa - Yawara! t. 11 - po nieudanych eksperymentach z mlodziezowa popkultura powrocilam do bardziej tradycyjnych lektur.
Dokonania: Dzisiaj na kursie tanca pierwszy raz samodzielnie zawiazalam sobie pas obi. Smiem twierdzic, ze powstala wymietolona, pokrzywiona kokarda dobrze oddaje moj styl sceniczny.
Fun Fact: Poza Odaiba w Zatoce Tokijskiej sa takze inne sztuczne wyspy. Na przyklad Wyspa Snow (夢の島), skonstruowana w latach 60tych ze... smieci.

piątek, 10 grudnia 2010

Reisefieber

Kochane dzieci, jesli macie przed soba egzamin z japonskiego, warto sie do niego przygotowac wkuwajac na pamiec ksiazkowe czytanki. Albo robiac zakupy.
         Dzien dobry. Bardzo przepraszam te kilka osob, ktore odwiedzaja bloga w biurze, w godzinach porannych, poszukujac codziennej dawki rozrywki. I live to serve you, ale przez kilka ostatnich dni padlam ofiara goraczki okolowyjazdowej, na ktora nalozylo sie takze nerwowe oczekiwanie na srodsemestralny test z jezyka - stad brak aktualizacji. Szczesliwie przykre doznania egzaminacyjne, (zwiazane glownie z tym, ze nadal w sytualcjach krytycznych myla mi sie czasowniki 借りる i 貸す) juz za mna i moge zaczac odliczac dni do wylotu w kierunku ojczyzny!
         W ramach przygotowania do tegoz, nieuniknione okazaly sie pewne formalnosci. Po pierwsze: musialam uzyskac zezwolenie na wyjazd z, oraz ponowny wiazd do kraju. Na szczescie poza mna na swiateczny powrot do domu zdecydowal sie takze Pomocny Amerykanin, dzieki czemu mialam towarzystwo w wyprawie na Shinagawe w poszukiwaniu stosownego urzedu.


Urzad, jak widac na zalaczonym obrazku jest polozony nad wyraz stosownie - tuz kolo wielkiej przetworni smiecia.
         Planowalismy z Amerykaninem wniknac do biura imigrantow tuz przed zamknieciem (w nadziei na unikniecie tlumu gaijinow), lecz niestety - tlum i tak napotkalismy, a zeby zdazyc musielismy wziac taksowke. Fail. Coz, skwaszeni odczekalismy swoje, oplacilismy znaczki skarbowe (ciekawostka: mozna je kupic w kazdym konbini, w zwiazku z czym urzedy pozbawione sa kas i kasjerow) i za rownowartosc 200 zlotych wklejono nam w paszporty odpowiednie karteczki. Voila! Odtad wolno nam podrozowac dokad oraz ile razy chcemy! (Hmm.. chyba pora zaczac sprawdzac te oferty lotow do Kambodzy...) 
        Skoro wiedzialam juz ze z lotniska mnie nie cofna, pozostawalo tylko upewnic sie, ze na owo lotnisko dotre. Poniewaz (podobnie jak moj Tesc) jestem absolutnym lotniskowym tchorzem (tak zwanym ‘Samolotowym Czikenem’) potrzeba mi bylo srodka transportu, ktory na miejsce dowiezie mnie przynajmniej trzy godziny przed odlotem. Jako, ze od czasu nieslawnej przygody z machina Loppi moje opanowanie automatonow w konbini znacznie wzroslo, postanowilam sprawdzic ich kolejna funkcjonalnosc: drukowanie biletow. Z duma melduje, ze po dokonaniu internetowej rezerwacji oraz uskutecznieniu dzikiego klikania kilkunastu klawiszy, Loppi wyplulo dla mie rachuneczek, ktory w kasie wymienilam na  kolorowy, pachnacy bilet do uzytku w lotniskowym limousine-busie. Teraz pozostaje tylko zatroszczyc sie o taksowke na Kichijōji o siodmej rano w piatek. Bede musiala ja zamowic przez telefon. JAK JA NIENAWIDZE TELEFONOWAC PO JAPONSKU!!!


Ach, swiateczne, japonskie drobiazgi! Jesli byliscie dostatecznie grzeczni Wasz swiateczny prezent bedzie owiniety wlasnie taka wstazeczka!
         We czwartek z kolei (niewatpliwie w ramach nauki do egaminu jezykowego)zaplanowalam wybrac sie na Kōenji po prezenty. Umowilam sie w tym celu z Jednoreka Finka, ktora zaspala, wiec w jej roli u mego zakupowego boku wystapil znajomy Japonczyk. (Moze to i lepiej, bo wyjasnil mi jedna z bardziej zawilych kwestii gramatycznych, ktorej znajomosc bardzo przydala mi sie na dzisiejszym tescie). W kazdym razie: jedzenie przez ostatni tydzien taniego makaronu oplacilo sie - nabylam epicka ilosc prezentow (z czego przyznaje ze wstydem jakies 40% dla siebie samej) - z wycieczki wyniknie zas fajna trasa turystyczna po Kōenji, ktora zapostuje, jak tylko dorobie pare brakujacych zdjec. 


Niepokojace staja sie tylko sygnaly, ze chyba zaczyna przeniakac mnie lokalny duch wszechslodkosci. Kupilam sobie sukienke w laczke (!) z guzikami w ksztalcie swinek i domkow (THE HORROR!!!)
         Przeklety test srodsemestralny poszedl mi srednio. Z drugiej strony byl to jeden z tych azjatyckich testow, do ktorych zdania niezbedne jest tylko wkucie na pamiec wszystkich czytanek i uzupelnienie ich podczas egzaminu z pamieci. ODMAWIAM PRZYGOTOWYWANIA SIE DO TEGO RODZAJU TESTOW. Zadam zeby Japonia wreszcie odrobila zadanie z nauczania jezykow obcych!


Z drugiej strony nie poszlo mi tez az tak dramatycznie. Moja moc lingwistyczna wyraznie zwiekszyl nowy kapelusz spod znaku Ania-z-Zielonego-Wzgorza-spotyka-Ciocie-Klocie-z-Pana-Tik-Taka. 
Futrzany kolnierz to element obowiazkowy mej pidzamy, odkad temperatura na zewnatrz spadla do 10C (w Japonii oznacza to tez 10C wewnatrz budynkow) 
Czytam: Samobiczuje sie Nana Ai Yazawy (koncowka listy mang poleconych przez Koreanke, niech ja diabli!). Bluergh - to ma byc feminzm?
Slucham: Laurie Anderson - Slip Away. Muzyka Laurie Anderson - to jest feminizm. O.
Dokonania: Po dwoch miesiacach pobytu w Japonii kupilam swoj pierwszy garnek. Dotad bylam bardzo dumna, ze wzorem Carrie Broadshaw uzywam pokojowej kuchenki jako dodatkowego stojaka na buty, ale miarka sie przebrala - przeciez musze w czyms podgrzewac herbatke z mlekiem!
Fun Fact: Mit o Japonii jako kraju wspanialego obuwia to niestety faktycznie mit. Oczywiscie zdarzaja sie wyjatki, lecz wiekszosc firm produkuje buty w trzech rozmiarach: S, M i L (ja nie zartuje!!!), co druga Zolta Kobieta klapie na ulicy w wyraznie za duzych szpilkach, a szczytem wyrafinowania modowego sa potworne platformy przypominajace raczej czarcie kopyta niz buty. 

wtorek, 7 grudnia 2010

Straszny Wtorek - edycja ze zgniatarka (i zombie!)



Plus milijon do nerdowatosci dla tych, ktorzy rozpoznaja lokacje na zdjeciu!
         Ach, jakze wesoly poranek mialam dzisiaj. Cos sie przytkalo na linii kolejowej, laczacej ma wies z centrum i w rezultacie pociagi docieraly do Mitaki z okolo dziesieciominutowym opoznieniem... Coz, dziki tlum skondensowany na peronie to dla mnie nie pierwszyzna - toz samo dzieje sie na Tarchominie, kiedy na przyklad dwa kolejne E8 nie dotra rano na petle. W Japonii opoznienia komunikacyjne wygladaja jak sie okazuje identycznie - wyjawszy moze fakt, ze zamiast innych bialasow czlowieka otaczaja zolte karzelki. Karzelki te, maja takze ciekawa technike wpychania sie do pozornie pelnego wagonu - robia to za pomoca TYLKA. Anyhows, tylkiem czy przodkiem - zolte zolzy wykonuja swa robote bardzo efektywnie: dzisiaj sprasowali mnie nader skutecznie: zmiazdzylam swoj nowonabyty toczek (a la Angelina Jolie w Changeling!) ALE przynajmniej mialam ku temu chrzescijanski powod - probowalam nie zabic swoja masa malutkiego, bardzo slodkiego japonskiego buisnessmana, ktory wygladal jak dziecko w garniturze!
         Poza tym Straszny Wtorek minal raczej typowo. Zaba probowala nas zabic nuda(ONA CALY CZAS GADA. Zabo, ja, zeby zapamietac slowko potrzebuje sama je powtorzyc, najlepiej pare razy i w kontekscie - tak juz dziala ten moj zacofany bialy mozg - Niczego nie naucze sie slepiac 90 minut w czytanke o ergonomicznym projektowaniu uchwytow do kamer video i sluchajac jak z predkoscia karabinu maszynowego wyrzucasz z siebie kolejne dygresje!). Loczek zas zdolal po raz kolejny zatrzymac czas, wiezac nas w chromatycznym limbo... Slowem, klasyka, do ktorej zdazylam sie juz przyzwyczaic.
Czytam: Ōba Tsugumi, Death Note, t.1 - rozochocona Iryū poprosilam znajoma Koreanke, zeby polecila mi inne popkulturowe mangowe hity. Death Note to hit na poziomie ultra, tytul nawet mnie znany. Tak wiec czytam to-to. Na ten moment jestem w polowie pierwszego tomu i mam tylko jedna refleksje: CO ZA SPEKTAKULARNE GOWNO!!!
Slucham: Arcade Fire - Wake Up. Smierdzace, pretensjonalne indie. Lecz nic nie poradze: odkad uslyszalam ich w Saturday Night Live nie moge sie uwolnic!
Dokonania: Nie zapadlam jeszcze na szalejacy wokol wirus grypy zaladkowej. Wesoly Brazylijczyk nie mial tyle szczescia - wczoraj wzywal do domu ambulans!
Fun Fact: Japonska telewizja pociagowa nieustannie wyswietla aktualizowane na zywo raporty ze stanu wszytskich linii kolejowych, w jakikolwiek sposob spowinowaconych z linia, ktora aktualnie jedziemy. Wiadomo na przyklad, ze pociag lini takiej a takiej z Shinjuku opozniony jest o dwie minuty, bo wieje wiatr. Awesome!
PS. Aha! Jesli mysleliscie, ze zrezygnuje z cotygodniowego kacika serialowego, byliscie w bledzie: on dopadnie Was, nawet jesli uczyni to z opoznieniem...


....Kacik serialowy jest bowiem JAK ZOMBIE! Zatem (niejako naturalnie) dzis dwa slowa o Walking Dead - postapokaliptycznym zombie-show, ktore w niedziele szczesliwie dotarlo do konca swojego pierwszego sezonu. 
        Najsampierw: WD jest chyba jedynym dotychczas tytulem w Kaciku, ktorego nie moge z czystym sumieniem polecic. Primo: nie lubie chodzacych trupow. Nie kupuje calego tego zombie-entuzjazmu, uwazam, ze jest jeszcze gorszy niz wampiro-entuzjazm (ten przynajmniej ma zrozumialy i sympatyczny porno kontekst). Secundo: nie mam pojecia dlaczego AMC wzielo sie akurat za taka tematyke, do tego bazujac na komiksie - jakkolwiek popularny by on nie byl. Jednak skoro juz decyzja takowa w kierownictwie stacji zapadla, zacisnelam zeby i obejrzalam pilota - AMC ma u mnie bowiem podobny kredyt zaufania, jak HBO - ich nowe produkcje interesuja mnie z automatu, niezaleznie od tego jakie mam wobec nich watpliwosci... 
        I zaprawde dobra to strategia, bo musze przyznac, ze pierwszy odcinek WD byl doskonaly - powalil mnie przepiekna oprawa wizualna (nie tego sie spodziewalam po zombie-apokalipsie), od wspanialego intra, do ostatniej sceny. Faktycznie dawno nie widzialam tak wysmakowanego estetycznie pilota. Fabulki streszczac nie bede - jesli widzieliscie jedna zombie-apokalipse, widzieliscie je wszystkie. Tutaj istotne jest tylko to, ze bohaterow poznajemy PO katastrofie, kiedy cywilizacja juz upadla, a ostatnie niedobitki zywych paletaja sie w ruinach miast, nawiedzanych przez hordy umarlych. To punkt wyjscia, lecz pierwszy odcinek dawal nadzieje na pokazanie sytuacji z innej niz zazwyczaj perspektywy - przez pryzmat relacji miedzyludzkich, kondycji czlowieka w ekstremalnych okolicznosciach psychologicznych oraz przyrodniczych etc... Niestety - po szesciu tygodniach nie bardzo cokolwiek w tej materii widac. Serial okazal sie po prostu przyzwoitmy produktem - dosc zgrabnie napisanym (chociaz nie wychodzacym poza apokaliptyczne stereotypy), SWIETNIE zagranym oraz nakreconym - co sprawia, ze calosc robi chyba lepsze wrazenie niz powinna... 
Bottomline? Na tle smetnego, jesiennego krajobrazu serialowego Walking Dead wybija sie pozytywnie... tylko strasznie przykro, ze tak piekny poczatek jakos sie rozmamlal... Chociaz czy na pewno? Najlepiej ocencie sami - w koncu to tylko 6 godzin zycia!
Highlight: Andrew Lincoln. Mam naturalne zamilowanie do aktorow/postaci drugiego planu ale tutaj bez dwoch zdan wlasnie glowna rola jest najlepiej obsadzona. Lincoln przypomina fizycznie Viggo Mortensena, ma tez podobny talent do balansowania miedzy niedopowiedzeniem, a stuprocentowo wiarygodna ekspresja ekstremalnych emocji.
A lot like: Jericho (tylko lepsze), Lost (tylko inteligentniejsze)
Dla kogo: Milosnikow zombie, fanow Fallouta alibo Drogi McCarthy’ego

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Lekarzu, wyjdz z szafy!



Czasem slucham opowiesci Pomocnego Amerykanina o systemie ubezpieczen zdrowotnych Stanach, albo przygladam sie temu, jak opieka medyczna wyglada w Japonii i nagle nasze polskie, smierdzace NFZ-y oraz bankrutujace szpitale nabieraja niespodziewanego uroku...
         Ech, moj organizm jakos nie moze sie przyzwyczaic do lokalnych mikrobow. Co zwalcze katarek, to pojawia sie bol gardla. Co przemecze bol gardla, wyskakuje mi ogolne rozbicie i bol glowy. Niby nic powaznego, ale chetnie wreszcie wrocilabym do pelnej funkcjonalnosci... Tymczasem, na wypadek gdyby (tfu, tfu odpukac!) jednak przydarzylo mi sie przed wylotem do ojczyzny jakowes powazniejsze chorobsko, postanowilam wybadac medyczne zaplecze Todaja. 
          Zaplecze owo niczym jak sie okazuje nie rozni sie od zaplecza UW. W piwnicy, ktora wyglada, jakby byla miejscem eksperymentow szalonego (acz biednego) doktora Frankensteina, trzeba odnalezc wlasciwe okienko, wypelnic wlasna karte pacjenta (AAAA!! PODAWALAM SWOJE DANE DO SYSTEMU MEDYCZNEGO TRZY RAZY!!! WYNIKI POLROCZNYCH TESTOW ZDROWOTNYCH WYSLALI MI MAILEM, A KARTE PACJENTA MAM WYPELNIAC SAMA?? DO CZEGO SA TE WSZYSTKIE KOMPUTERYYYY???) i juz mozna czekac az Pan Doktor nas przyjmie. A w zasadzie nawet czekac nie trzeba (choc moze to kwestia tego, ze przybylam do centrum medycznego kwadrans przed zamknieciem i w poczekalni nie bylo zywej duszy). Pielegniarki przepuszczaja nas przez swoja baze, (bedaca swoistym barbakanem, broniacym lekarzy przed pacjentami) poczym razno wkraczamy do szafy, w ktorej przyjmuje internista. Uwaga - okreslenie ‘szafa’ nie jest tu metafora! - moj Dottore faktycznie mial gabinet w pomieszczeniu, w ktorym (ledwie) miescilo sie krzeslo oraz pol biurka. W pierwszym momencie myslalam, ze w zwiazku z tym, ze Dottore zajmuje juz krzeslo, ja powinnam usiasc mu podczas badania na kolanach, lecz na szczescie objawil sie taborecik. Spaczawszy na taboreciku wyjasnilam, ze w zasadzie przyszlam w odwiedziny, a potrzebuje tylko skierowania na okresowe badania krwi.... Slyszac to pan lekarz.... wyciagnal wielka ksiege (!), w ktorej zaczal wyszukiwac moje objawy oraz leki (sprawdzal dran, czy nie probuje naciagnac japonskiego NFZu!) - niepomny, ze w kacie szafy ma komputer. Trzeba jednak przyznac, ze kartkowanie tomiszcza okazalo sie skuteczne, albowiem zlokalizowalismy dokladnie to lekarstwo, ktore biore. Potem juz poszlo sprawnie i szybciutko: przekazano mnie do Pacjent-Pinballa, to jest systemu w ktorym pacjenta odbija sie od okienka do okienka w celu pobrania wlasciwych pieczatek, zaswiadczen i oswiadczen, niezbednych do wykonania badania krwi. Pacjent-Pinball w ogole mnie nie przeraza, bo jest blizniaczo podobny do Student-Pinballa, ktorego doswiadczam za kazdym razem, kiedy chce cos zalatwic w biurze studenckim. 
         W kazdym razie doswiadczenie kontaktu z Todajowa opieka medyczna nie bylo az tak stresujace, jak sie obawialam. Badania sa chyba mocno refundowane - za pobranie i analize zaplacilam mniej niz w Polsce. Pielegniarka wklula sie w moja biala zyle nader latwo (za co wznosze dzieki do nieba, wspominajac niektore meki, jakim poddawaly mnie panie w lokalnym, tarchominskim centrum pobran)...

Jedyne, czego sie obawiam, to to ze spedzilam duzo czasu wsrod zoltych zarazkow - mam nadzieje, ze nic we mnie nie wniknelo... Hm - moze powinnam wreszcie zaopatrzyc sie w jedna z legendarnych, japonskich maseczek nagebnych...!

***
Tymczasem, skoro juz przy tematach medycznych jestesmy, pozwolcie, ze (zgodnie z wyartykulowana  niegdys grozba) przedstawie Wam moj ulubiony (pseudo)medyczny element japonskiej popkultury:


Iryū czyli 医龍 czyli ni mniej ni wiecej tylko MEDYCZNY SMOK (sic!), znany rowniez jako Team Medical Dragon
        Pierwszy raz mange te odnalazl moj niezastapiony maz, podczas swojego pobytu w Japonii. Oboje bylismy zafascynowani faktem, ze ktos opublikowal komiks o tym, jaki to japonski system hospitalizacji jest ZLY. Wyobrazacie sobie cos takiego w Polsce?
        Fabulka snuje sie wokol genialnego kardiochirurga Ryūtarō Asady (tytulowego “medycznego smoka”), wyrzutka i outsidera, nieprzystosowanego do zycia ani w spoleczenstwie, ani w japonskim szpitalu. Tenze Asada zostaje wydobyty z zawodowego niebytu przez Akire Katō, ambitna pania doktor. Katō planuje zdobycie profesury/przejecie wladzy w lokalnym uniwersyteckim szpitalu, a jej sposobem osiagniecia celu ma byc publikacja pracy na temat pewnego rzadkiego typu operacji, do ktorej poza genialnym chirurgiem Asada, potrzebny jest caly zespol wyjatkowych lekarzy: od anstezjologa po pielegniarki. Dlatego tez, walczac z systemem, okolicznosciami oraz podlym charakterem Asady, Katō rozpoczyna proces rekrutacji do swojego dream-teamu przeroznych  wyrzutkow oraz ofiar japonskiego NFZ... Od tej pory akcja odbywa sie na dwoch poziomach: w salach operacyjnych, gdzie maja miejsce nieprawdopodobnie wymyslne procedury medyczne (operacja na niemowleciu z odwroconym ukladem organow? prosze bardzo!), oraz w pokojach konferencyjnych, gdzie z kolei trwa walka o utrzymanie pozycji Katō, ktora szybko dostaje sie na celownik wszystkich innych lekarzy w szpitalu. W miare rozwoju historii pojawiaja sie coraz to nowi wrogowie oraz sojusznicy, tempo jest dobre a postacie na tyle przemyslnie skonstruowane, ze czytelnik automatycznie im kibicuje.


Do tego na okladkach mozna sie natknac na prawdziwe perelki japonsko-angielskiego. “Only to care the disease/ not to care the sick./ They don’t notice the fact that/ <<Leading part of the scene of/ medical treatment is a practice>>/  The <<Ikyoku Kouzasei>> of/ a university hospital made/ many doctors of this sort/ Still, they produce these doctors”. WSPANIALE!
        Uwazam, ze trzeba miec szacunek do dobrej popkulturalnej papki, a Iryū stanowczo nalezy do tej kategorii. Dodatkowo, o ile wiekszosc mang wyglada potwornie, tutaj obcujemy z dynamiczna i dosc szczegolowa kreska Nagisawy Tarō, ktora sprawdza sie naprawde swietnie - w twarzach bohaterow jest na tyle detali, zeby pokazac emocje, a waga przykladana do rysowania przeroznego rodzaju sprzetu medycznego (oraz wnetrznosci!) robi wrazenie. Oczywiscie jak przystalo na japonska pop-produkcje wszystko jest takze (zbyt) mocno dramatyczne: doktorzy chodza po korytarzach w targanych wiatrem kitlach, swiatlo odbija sie pieknie w ostrzach narzedzi chirurgicznych...


... nogi pan lekarek stanowia 3/4 ich wysokosci....
         ...ale ostatecznie wszystko to ma sens i jest twardo trzymane w garsci przez Akire Nagai,  zdolnego scenarzyste (niestety juz zmarlego), ktory sam mial doswiadczenie w dziennikarstwie medycznym, co natychmiast widac (do tego seria ma takze zewnetrznego medycznego konsultanta Yoshinume Mie) 


Nie dziwota, ze Team Medical Dragon doczeklalo sie takze adaptacji telewizyjnej - oficjalnie jedynego japonskiego serialu, jaki udalo mi sie doogladac do konca. Prawdopodobnie powodem tego, jest to, ze tworcy zdolali odnalezc w Japonii az dwoch przystojnych aktorow (zadanie graniczace z niemozliwoscia!) i zaangazowac ich obu (NIEWIARYGODNE!!!)
Bottomline: Jesli juz musicie czytac japonskie mangi, czytajcie Team Medical Dragon! Zwlaszcza Wy, japonisci - nauczycie sie wielu przydatnych slowek (超音波メス = skalpel ultradzwiekowy!) 
Czytam: Wiecej Team Medical Dragon, niz jest to zdrowe. W przerwach troche reportazy (chwilowo nie mam serca meczyc politycznych komentarzy do wyborow samorzadowych) Duzy Format ostatnio zawyzyl swoj (i tak bardzo dobry) poziom. Na przyklad to,  Wyciskajaca lzy historia w tekscie, ktory absolutnie wyciskaczem lez nie jest. Piekne. 
Slucham: Robots in Disguise - Turn it Up. Grr... jestem wsciekla, ze przegapie polska czesc trasy koncertowej tych pan. Ich producentem jest Chrs Corner (i nie trudno sie tego domyslic, bo ich muzyka brzmi dokladnie jak to, co robil Corner, zanim zajal sie bardziej tym jak wyglada, niz tym, co gra).
Dokonania: Wreszcie wdalo mi sie zloklalizowac + nabyc droga kupna wklady do automatycznego olowka. Japonia czesto zadziwia mnie tym, jak trudne moga tu byc najprostsze z pozoru rzeczy!
Fun Fact: W weekend bylismy z nerdami na Harrym Potterze (no, co? to jedyny film, ktorego premiera tutaj nie jest opozniona 10 miesiecy w stosunku do reszty swiata!). Dawno czytalam te ksiazki ale chyba ANI RON ANI HARRY NIE POWINNI BYC AZ TAK NAPAKOWANI O_O. Mam wrazenie, ze przez te kilka lat, ktore minelo od premiery pierwszego filmu, aktorzy rozrosli sie troche ponad przewidywania ekipy!