środa, 29 czerwca 2011

Obrałem Dziemniaka!*


Widok z naszej pracowni, wieczorową porą. 
‘....and I can see Mt. Fuji from my house!’
      Japoński rok akademicki trwa dłużej niż Polski. Ergo (nawet przy skróconym semestrze letnim), zajęcia NADAL się nie skończyły. Nie zważając na to, moje wytresowane 18 (!!!) latami edukacji ciało odmawia przyjęcia do wiadomości, iż przełom lipca i czerwca nie jest czasem wakacyjnym. Przysypiam na zajęciach Żaby (prikaz nieużywania klimatyzacji nie pomaga), półprzytomna oglądam u Wilsona Podróż do Indii  i generalnie każdego ranka coraz trudniej mi zwlec własny rozłożysty zad z łóżka. Plusy zaistniałej sytuacji są dwa: po pierwsze, przy lekturze tekstów japońskich, tropikalne temperatury pozwalają osiągnąć stan quasi-zenistycznego transu (co znacząco zwiększa moje osiągi czytelnicze), a po drugie: W Japonii, podczas gorącego pracowitego lata można natknąć się na różnorodne atrakcje!
         

...zacznijmy od tych kulinarnych. Żółtym specjałem na gorące dni jest tzw. Hiyashi don. Zimny makaron, który po ugotowaniu wkłada się na kilkanaście sekund do gara z lodem. Na taką podkładkę można nałożyć wszystko: sałatę, mnięsko, warzywa, glony lub jajco holenderskie z majonezem. Super sprawa!

....dodatkowo, jednym z ważniejszych turystycznie stołecznych miejsc w okresie czerwiec-wrzeseń staje się  Ebisu - i zlokalizowany tamże browar. Oraz otaczające go knajpy, w których można pożreć porządną bawarską, podpiwną KIEŁBASĘ. Mniam, I tell you, MNIAM!

Odziani w letnie garnitury sararimani uciekają z odciętych od klimatyzacji biur i spotyka się ich na przykład w metrze, gdzie w ferworze walki kucają, załatwiając niecierpiące zwłoki transakcje!

Last but not least: panie Japonki schładzają się najczęściej dzierżąc dumnie chroniący przed słońcem parasol. Japończycy płci brzydkiej wolą mieć przy sobie podręczny, nasiąknięty zimną wodą ręczniczek.... Na obrazku mój własny Małż próbuje połączyć jedno z drugim
***
        Generalnie, na współ w zespół z lokalesami chłodzimy się jak możemy. Ale czasem całe chłodzenie bierze (za preproszeniem Państwa) w dupę.... (watch out for an incoming rant....)


...bo na ten przykład oglądam premierę czwartego sezonu True Blood i mam wrażenie, że moje włosy zaczynają się palić. Czymże jest  ten śmierdzący, niedorzeczny kopiec smrodliwego badziewia?!  
Pomyśleć, źe poniedziałkowe wieczory upływały mi przez ostatnie 10 tygodni pod znakiem ekscytującego Game of Thrones do spółki z  zmrażającym The Killing. Od tego tygodnia zastępują je Falling Skies (albowiem Małż nie przepuści niczemu, co zawiera UFOLUDY) oraz... no, na pewno nie True Blood, które najwyraźniej zupełnie już zmutowało w osobiste poletko projekcji fan-fiction... AAARGH!!! 
Zresztą, co będę ględzić, lepiej zaposiłkuję się Kapitanem P.

Seriously, Alan Ball?  I mean, SERIOUSLY?!  
Czy ktokolwiek ze scenarzystów pamięta jeszcze że ten serial narodził się jako cięta, campowa satyra?
------
*/ “Dziemniaka” obrał oczywiście Geoffrey Rush we wspaniałym klipie promującym Festiwal Filmowy w Melbourne, który pewnie już widzieliście. Na cześć wielkopomnej roli Mojego Ulubionego Poza Hugo Weavingiem Australijskiego Aktora kupiliśmy, obraliśmy i wreszcie pożaliśmy paczkę ziemniorów. Ziemniory pachniały tęsknotą za Ojczyzną.
Czytam: Evan Wright Generation Kill. Ledwie trzy lata zajęło mi dotarcie do reportażu na którym oparto jeden z moich ulubionych miniseriali. Reportaż jest doskonały. Niczym nieślubne dziecko Paragrafu 22 i Czasu Apokalipsy. Do tego poczęte w Iraku.
Słucham: Faderhead - The Protagonist. I seriously need some new stuff to listen to.
Dokonania: Szyję coś nieprawdopodobnie fajnego, lecz jeszcze nie moge ujawnić co to!
Fun Fact: Uniwersytet Tokijski z japońską skrupulatnością bada co semestr WSZYSTKICH swoich studentów. W tym roku, w związku z oszczędnością prądu, darowano nam pobieranie próbek krwii i moczu (mogłam była więc od rana nie nawadniać się jak obłąkana...), poprzestając na zmierzeniu ile dokładnie urośliśmy i zgrubliśmy w ciągu oststnich sześciu miesięcy oraz NA PRZEPUSZCZENIU NAS WSZYSTKICH PRZEZ RENTGEN KLATKI PIERSIOWEJ. Jakbym po Fukushimie potrzebowała jeszcze więcej napromieniowania...

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Interludium


Oto co, w letnim okresie (nomen omen?) ogórowym, widzę codziennie o poranku w metrze...
 TAJMENICZY CZŁOWIEK-PENIS ATAKUJE TOKIO!!!
...
Japonio, dlaczego mi to robisz?

        Brak mi słów, by napisać cokolwiek więcej.
Czytam: Valerie Steele Fetish: Fashion, Sex and Power. Bardzo poważne wydawnictwo, firmowane logiem Oxford University Press....I tak chcichotałam niczym podlotek, kiedy amazon.com uznał za stosowne zapytać mnie, czy jestem świadoma, że to książka tylko dla czytelników pełnoletnich.
Słucham: Helalyn Flowers - E-race Generation
Dokonania: Porażki: Tak więc Żaba urządziła nam w zeszłym tygodniu zawody w pisaniu haiku do dostarczonych zdjęć. Z dumą oświadczam, że trzy moje starannie przemyślane i misternie skomponowane utwory otrzymały w klasowym głosowaniu do kupy jeden głos. Perły przed wieprze, powiadam!
Fun Interesting Fact: Ponieważ ostatnio jestem niezdrowo wkręcona w Disneya, uprzejmie zwracam Waszą uwagę na najnowszą kampanię reklamową Walt Disney World ze zdjęciami Annie Leibovitz...


Cała sesja oraz kilka interesujących ujęć z procesu jej produkcji tutaj

środa, 22 czerwca 2011

Sayōnara, Mr. Kon...




Po ostatniej, nieznośnej tyradzie na temat Sucker Puncha planowałam parę krótszych, bardziej rozrywkowych wpisów (związanych mi.n. z atakiem legendarnego Człowieka-Penisa na Tokio). Niestety, będziecie musieli na nie trochę poczekać, bo właśnie dotarła do mnie pewna przykra wiadomość.
        Dzisiaj, kiedy (z okazji wypłaty stypendium) udaliśmy się z Darosławem do todajowej księgarni, w oczy rzucił mi się album poświęcony Satoshiemu Konowi - mojemu ulubionemu reżyserowi anime*. Niestety, dopiero po chwili zorientowałam się, że rzeczone wydawnictwo jest wydawnictwem pośmiertnym. 
         Jak się okazuje, pan Kon zmarł kilka miesięcy temu na skutek powikłań związanych ze zbyt póżno wykrytym rakiem trzustki. Pozostawił po sobie zaledwie cztery filmy pełnometrażowe, jeden serial i jeden króciótki short. Wszystko wspaniale napisane, bezbłędnie wyreżyserowane i pięknie animowane charakterystyczną, realistyczną i niesamowicie szczegółową kreską. 


plakat Perfect Blue - kinowego debiutu Satoshiego
         Obdarzony artystyczną i plastyczna wyobraźnią, sytuującą go gdzieś między Philipem K. Dickiem a Terrym Gilliamem, Kon celował w tworzeniu obrazów przemawiających prosto do podświadomości. Każda scena, za którą był odpowiedzialny jest jednocześnie piękna i przerażająca. Sny, wyobraźnia, omamy, wizje oraz wszelkie symulakra były w rękach tego pana plasteliną, formowaną tak, żeby ukazać prawdy o rzeczywistości. 


...do inspiracji pracą Kona otwarcie przyznają się między innymi Chris Nolan (zwłaszcza w Incepcji) i Darren Aronofski. Tu list kondolencyjny od tego drugiego. Dopiero, kiedy go przeczytałam dotarło do mnie, jak wiele Black Swana jest zaczerpnięte wprost z Perfect Blue

Trailer Papriki, ostatniego skończonego filmu Satoshiego
        Jeśli jeszcze nie widzieliście żadnego z dzieł Kona, koniecznie to naprawcie. Dla początkujących kinomanów Tokyo Godfathers albo Millenium Actress. Dla ambitniejszych: Millenium Actress (ale z innej strony), Perfect Blue, Paranoia Agent oraz Paprika. (Dwa ostatnie są na pewno dostępne w Polsce na dvd). 


Ja mogę tylko napisać: Do zobaczenia Panie Kon. Mam naiwną nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy (jest kilka scen w Paranoia Agent, które musi mi Pan wyjaśnić...)


---
*/  Od razu wyznam, iż w mym wąskim oraz ograniczonym poglądzie na świat japońskiej animacji, Kon, do spółki z Yoshiakim Kawajirim, to jedyne postacie, usprawiedliwiające owego świata istnienie.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Na pohybel mizoginom!


Dziś w Dzienniku Długiej Nogi materiał Most Exclusive:
Wywiad ze światowej renomy projektantem odzieży - Majusem!!!
(uwaga! spodziewajcie się epickiego, niezredagowanego ranciora)
- Panie Majusie, dziękujemy, że znalazł pan dla nas czas.
- MAŁO. Mało czasu. Czekają zadania od Żaby oraz prace semestralne!
- Rozumiem. Będę się więc streszczać. Pana najnowsza kolekcja, zatytułowana prowokacyjnie “Co uszyłam w sobotę”, jest odczytywana jako manifest feminizmu. Jak to możliwe, skoro składa się ona z pantalonów w słoniki oraz gorsetu, odwiecznego narzędzia kobiecej opresji?


    Kopytko do przodu: check!
    (What do you mean “Nie tak”?)
    - CHYBA MOJEJ OPRESJI!! Proszę spróbować kiedyś wszyć 25 metrów sznurka w jedno skąpe ubranko. Żyjemy w erze post-feminizmu, nie musimy już palić staników a kobiece wyzwolenie można wyrażać przez buty na obcasie i czerwoną szminkę! Moje gorsety to zbroje przeciwko szowinizmowi.
    - Hm, niech będzie. Spróbuję więc z innej strony: ostatnio na japońskie ekrany wszedł (ze sporym wobec reszty świata opóźnieniem) film Sucker Punch - odważna zabawa z konwencją  podmiotowego traktowania kobiet. W filmie niemało jest gorsetów...
    - (na to pytanie pan Majus odpowiedział tylko coraz głośnieszym sapaniem przez nos)
    - Panie Majusie... czy wszystko w porządku?



      Sucker Punch - Incepcja z cyckiem, względnie bardzo brzydki teledysk do bardzo złej piosenki heavy-metalowej.

      - JAK JA NIENAWIDZĘ TEGO FILMU!!! ŻĄDAM ŻEBY SPALIĆ WSZYSTKIE JEGO KOPIE!!! ŻĄDAM ŻEBY ZAKAZAĆ SZKODLIWEGO OBIEKTYWIZOWANIA KOBIET, WZAMCNIANIA STEREOTYPÓW I NADYMANIA FETYSZY!!!
      - Jak to? Przecież to właśnie film antystereotypowy, w inteligentny sposób przetwarzający mem “wojowniczej licealistki ze strzelbą”... Chyba umknęła Panu cała jego intelektualno-campowa warstwa!
      - PROSZĘ MIĘ TU BEZCZELNIE NIE IMPUTOWAĆ ŻE JA CZEGOŚ NIE ZROZUMIAŁAM!!!! Ja bardzo lubię Zacka Snydera, Watchmen to jeden z moich ulubionych filmów, ale tutaj reżyserski pomysł pastiszu okazał się koszmarnie wyegzekwowany i absolutnie nieskuteczny. Sucker Punch jest o wiele bardziej niecny niż wszystkie obrazy, prosto z mostu oświadczające, że są miękką pornografią!
      - Ależ nie - to właśnie wcale nie pornografia, lecz samoświadoma burleska...
       - RZADKA KUPA A NIE BURLESKA!!! Burleska wymaga chociaż szczątkowej samoświadomości artystki, chociaż przelotnego ironicznego spojrzenia... a tu mam w roli bohaterki panienkę, która posiada jedną minę: wielkie otwarte oczy i na wpół rozwarte usta, najwyraźniej czekające biernie aż wpadnie w nie jakiś wolnolatający kutas!!!
      - Panie Majusie - przypominam, że naszą audycję oglądają również dzieci...
      - DZIECI DO PIECA!!! Film ma dwa, dosłownie dwa przebłyski w których, jakże światła, idea reżysera doszła do głosu - kiedy rzekomo bardzo poważna scena lobotomii zamienia się w szkolny teatrzyk oraz kiedy nauczycielka komentuje, że taniec jednej z bohaterek (zobrazowany jako bombastyczna wizja animepodobnej walki z wielkim samurajo-gigantem) to prymitywne odwoływanie się do najniższych instynktów widza. Te dwie sceny, razem wzięte trwają jakieś 90 sekund. Odpowiada im grubo ponad 60 minut idiotycznych, wtórnych, pozbawionych wszelkiej dramaturgii scen batalistycznych. PO CO MI TO?! KAŻDA NASTĘPNA SCENA TO ŻYWCEM KOPIA POPRZEDNIEJ!!! MAŁO TEGO, WIDZIAŁAM JE JUŻ W FILMIE KILL BILL, ZREALIZOWANE Z OKOŁO MILIJARD RAZY LEPSZYM TEMPEM!!!
      - Proszę się uspokoić! Sam Bob Chipman przyznaje, że w finał Sucker Punch, kiedy to historia nagle przybiera tragiczny obrót, stanowi dotkliwe splunięcie w oko widza, który przyszedł pooglądać wyginające się nastolatki z mieczami.
      - NIE BĘDĘ SIĘ USPOKAJAĆ!!! Co? Gdzie? Jaki tragiczny obrót?! Że ja się niby mam przejmować losem tych dmuchanych lalek, tych fetyszystycznych projekcji bez właściwości, bez charakteru i bez żadnego rozwoju?! Co mi tu pani będzie truć?!?! Przez dwie godziny filmu i nieskończone ilości fluffu dla fanboyów gówno się dowiedziałam o postaciach, więc gówno mnie obchodzą rzekome tragedie, które je spotykają!!!
      - Widzę, że temat ten budzi w panu bardzo silne emocje... Jak w takim razie wyglądałaby idealna fabuła feministyczna według Majusa?
      - Ja, kochana pani redaktor, bardzo lubię, kiedy dziewczynka po prostu ratuje chłopca.

        Po lewej: Mulan właśnie wydobyła Shanga ze śnieżnej lawiny i przerzuciła go przez koński grzbiet. (zdarzyło się to dzisiaj na zajęciach u profesora Wilsona) 
        Po lewej: pani Shepard zarzuca sobie na plecy 80+ kilogramów żywej wagi porucznika Alenko. (zdarzyło się kiedy parę lat temu grałam w Mass Effect)
        Czytam: Bonnie H. Ambrose The Little Corset Book - a Workbook on Period Underwear.
        Słucham: Emilie Autumn - Shalott. JEDYNA piosenka Emily, która na żywo brzmi dobrze.
        Dokonania: Pantalony są praaaaawie skończone! Aha - pantalony nie mają pasować do gorsetu. To dwie osobne rzeczy.
        Fun fact:


         Obrazek z niedzieli z naszych lokalnych delikatesów. Świeże kraby z Rosji! Małż już prawie był dotknął, kiedy krabąszcz nagle poruszył żuwaczką!!! (tak, tak,wiem, że mają jak byk napisane, że są żywe, ale i tak byliśmy przerażeni...)

        piątek, 17 czerwca 2011

        Ksero-laski plus obrazki



        Smacznego życzy Makoto Aida*, pan, parający się zawodowo tworzeniem anty-ksero-lasek.
                 Tak, tak, mnie też mocno żenuje, że ostatnio co druga notka na blogu odnosi się do pogody (zamiast powiedzmy do Heideggera). Ale cóż poradzić, kiedy w Japonii związek między warunkami atmosferycznymi a życiem jest bliższy niż w Polsce. Zwłaszcza w czerwcu. Wyjście z domu bez parasola nie wchodzi w rachubę. Jeśli człowiek zmoknie to NIE WYSCHNIE DO SIERPNIA. Na ten przykład: we czwartek udałam się na spacer w bucikach peep-toe. Teraz boję się, że nogi mi zgniją. Yuck. 
                 Anyhows, wysoka wilgotność powietrza rzuca się także na mózg. W moim przypadku, spowodowała nawrót brzydkiego zwyczaju rysowania tak zwanych ‘ksero-lasek’... Już spieszę z wyjaśnieniem: ‘ksero-laski’, w okresie późnopodstawówkowym oraz okołolicealnym, ciasno wypełniały marginesy moich zeszytów do wszystkich przedmiotów. Były do siebie nader podobne (stąd nazwa), płaskie i nieszczególnej artystycznej urody. Niemniej jednak, to za pomocą ksero-lasek najłatwiej było rozładować lekcyjną nudę - ich kreślenie w ogóle nie wymagało zaangażowania wyższych funkcji myślowych. Wraz z początkiem życia uniwersyteckiego ksero-laski zniknęły z mego życia, zastąpione przez (powiedzmy) pilne notatki oraz złośliwe karykaturki, smarowane do spółki z Tomaszem Sz. oraz Magdaleną W... Niestety! (WTEM! NAGLE!), ostatnio w parnych, dusznych oraz wilgotnych (bo energooszczędnie nieklimatyzowanych) salach wykładowych, przyłapuję się raz po raz na regresji do stanu namnażacza ksero-lasek. Co to może oznaczać? Prawdopodobnie nic. Albo nic dobrego. W każdym razie postanowiłam podzielić się z Wami tą autoobserwacją.


        Ksero-laski wyglądają mniej więcej tak.
        Mogą występować we wszystkich kolorach i rodzajach. 
        Ta miała w założeniu wyglądać jak pewna postać z Gry o Tron (albowiem, chociaż serial się jeszcze nie skończył, kolejna książka wychodzi za miesiąc ja i tak odczuwam już syndrom odstawienia)
                Aha, odkąd piszę mniej, w zamian zamieszczając więcej zdjęć, znacząco wzrosło mi czytelnictwo blogaska. Będę więc kontynuować ten trend. Zwłaszcza jeśli dalsza część wakacji okaże się tak fascynująca jak ich początek. Alors, garść obrazków na dziś:

        Japończycy bardzo lubią nosić koszulki z napisami w jenzyku lenguidż (zresztą Polacy też nie są wolni od tego zamiłowania). Zazwyczaj na koszulkach owych kwitną rozkosznie nieporadne, cudownie nielogiczne zdania, których “nosiciel” najpewniej nie rozumie. Nie zawsze jednak. Są ludzie, którzy ubierają na siebie hasła z (przynajmniej gramatycznym) sensem. 
        Swoją drogą, ciekawam ilu mężczyzn nad Wisłą wdziałoby T-shirt z oświadczeniem, że “żądlą jak pszczółka”. 

        Tradycyjna, japońska suknia ślubna składa się z około 20 kilogramów jedwabiu (plus dodatkowe pięć na nakrycie głowy).
        Dlatego bardzo podoba mi się ten projekt, redukujący “japońskość” do wszycia w materiał zwykłej sukni pasa obi. 

        Tokijskie metro jest regularnie areną przeróżnych kampanii zachęcających do ‘poprawnego’ zachowania (np. nie rozmawiania przez komofon, lub, NIE DAJ BOŻE, robienia makijażu podczas jazdy). Najnowsza odsłona reklam społecznych uderza w psie tony oraz dobrze wpisuje się w porę deszczową. Napis głosi: “Widziałem człowieka, który robił TAK” i ma w założeniu zniechęcić do strzepywania na współpasażerów wody z mokrego parasola.
        Wreszcie, last but not least: 


        Znalazła to-to w Tokio moja była współlokatorka M. 
        Nie wiem czy towar jest rodzimy czy importowany, lecz i tak jestem zachwycona.
        Kupię sobie i będę dorysowywać na potęgę!


        -----------

        */ Makoto Aida to japoński artysta z gatunku bulwersujących. Znany jest ze szczególnego zamiłowania do łączenia makabry z krytyką japońskiej obsesji słodkości. W swoich pracach (symbolicznie!!!) zmaltretował nieskończone ilości uśmiechniętych, żółtych dziewczynek w mundurkach. Najbardziej znany jest chyba jako autor tego malunku:


        ...zatutułowanego dość opisowo ‘Harakiri schoolgirls’
        Czytam: tvtropes.org. Raz na dwa miesiące wpadam w ciąg “trołpsowy” i spędzam dwie doby klikając z jednego toposu na drugi.
        Słucham: Lacuna Coil - Swamped. Odgrzebałam ten utwór po tym jak przez w/w tvtropes dotarłam do Vampire the Masquerade: Bloodlines. Rzeczona piosenka (przynajmniej w moich zamglonych wspomnieniach) bardzo udatnie pasowała tam do napisów końcowych. Więc włączyłam sobie na tubce oficjalny teledysk (wcześniej nie widziałam), ułożyłam się wygodnie w fotelu...  patrzę.... A TAM JAKAŚ DODA ŚPIEWA O_O...
        Dokonania Klęski: Coś poknociłam z miarą na pantalony. Albo to, albo zad mam mocno niewymarowy.
        Fun Fact: Codziennie w podziemiach stacji Ginza pokonuję dość długi korytarz, dzielący jedną linię metra od drugiej. Korytarz najwyraźniej świetnie nadaje się do wszelkiego rodzaju ćwiczeń. Ostatnio widziałam tam pokaźną grupkę konduktorów, uwijających się wokół wielkiego, tekturowego znaku z napisem “pożar”.
        PS.

        Bonusowy element w żaden sposób niezwiązany z Nipponem:
        Ku czci publikacji kolejnego odcinka kultowego komiksu Wilq chciałabym zaprezentować ten oto przejaw kreatywnego geniuszu.
        Śpiochy z podobieństwem Najważniejszego Superbohatera z Opola są moim zdaniem znacznie lepszym przejawem polityki prorodzinnej niż jakieś tam becikowe: na sam ich widok mam ochotę się rozmnożyć!
        (Nawiasem mówiąc nie wiem czy Janek W. czyta tego bloga, ale proszę mu przekazać, że jeśli będzie tak miły, by kolejny odcinek przygód Wilq’a przekazać nam w podobny jak poprzednim razem sposób, zasłuży na ekstra wielki słoik ziemii z Fukushimy.)

        środa, 15 czerwca 2011

        Kalibaniątko


        ...tak wygląda Kaliban w Burzy Julie Taymor. A Prospero jest w tej adaptacji Prosperą. Graną przez Helen Mirren. 
        HOW ON EARTH HAVE I NOT SEEN THIS MOVIE YET?!

                 Długo szukałam dobrej metafory tego, kim czuję się w Japonii. ‘Biała Świnia’ nie oddaje do końca wszystkich, jakże mnogich, implikacji bycia gaijinem w Tokio (po pierwsze z brzegu: brakuje w tym epitecie lęku, jaki budzę pośród żółtej populacji). W każdym razie - szukałam i szukałam aż wreszcie znalazłam: JESTEM LOKALNYM KALIBANEM.
                  Krótko mówiąc, chyba wkraczam w najbardziej frustrujący okres szoku kulturowego. Trzymajcie za mnie kciuki, bym w najbliższym czasie nie zamordowała Żaby, Mimozy ani żadnego przygodnie spotkanego Japończyka (który nieodmiennie potraktuje mnie jak tajemniczego pół-zwierzęcego buszmena).
                  Tymczasem, bez ładu i składu, garść obrazków z życia wziętych: 

                 
        Mój aktualny projekt krawiecki. Chyba ostatni gorset który na jakiś czas zmontuję (Albowiem przyszła PORA NA PANTALONY!!!)
        Wątki kalibanowskie przejawiają się w nim głównie w doborze kolorów. Pewna znana mi Katia określiłaby je może mianem ‘trajbalowych’. Inna znana mi Katja napisałaby, że  odnalazłam w sobie "earing-forty-desperate-craftster-mom".


        Powerstyle wins. FATALITY!!!
        (Pora deszczowa trwa. Na szczęście Japonia jest jednym z najlepszych na świecie miejsc, do poszukiwania profesjonalnych, wodoodpornych kosmetyków. Proszę spojrzeć chociażby na ten ajlajner, przeznaczony, o zgrozo, do profesjonalnego wykorzystania przez PŁYWAKÓW...)

        Japończycy nawet ogrodnictwo potrafią sprowadzić do faszyzmu. Od kilku dni nieznani panowie w hełmach maltretują drzewo przed moim budynkiem na Todaju. Ostatnio wykopali dookoła niego fosę i bez litości szlachtują wszystkie korzenie, które wymykają się za ten (nader wąski) perymetr.

        ***
        Czytam: Kristina Harris Authentic Victorian Fashion Patterns.
        Słucham: Funker Vogt - Red Queen. Smutni Niemcy przybędą i posiądą Ziemię! 
        Dokonania: 

        Od poniedziałku można już w AjTjunsach kupić iAdmirala - aplikację Małżonka, której oprawa graficzna jest efektem mojej niewolniczej, nieodpłatnej pracy. Jeśli jesteście posiadaczami telefonu z jabłkiem, koniecznie sprawdźcie, co zacz!

        Fun Fact: Japonki są zrośnięte z rajtami. Ani temperatura 30C ani wilgotność rzędu 90% nie przeszkadzają im we wdziewaniu grubaśnych, czarnych pończoch.
        PS. Wreszcie, w związku z najlepszym jak do tej pory odcinkiem, obligatory Game of Thrones shoutout!


        Małż czasem mnie zaskakuje swoją małżową logiką. Mówi na przykład: ‘Uważam, że skoro Jamie jest takim świetnym szermierzem, powinni mu uciąć rękę’.

        piątek, 10 czerwca 2011

        Psychodeliczne pikle!


        ...znaleźliśmy je w pobliskich delikatesach, wraz z innymi produktami szeroko znanej firmy Krakus.
                 Co za podły tydzień. Nieszczęścia zaczęły się, gdy Żaba przypomniała sobie, iż ten semestr na Todaju będzie krótszy (w związku z oszczędnością potrzęsieniową), a przecież ONA MA NAM JESZCZE DO ZADANIA TYLE CIEKAWYCH RZECZY. Tak więc, od zeszłego piątku (przez łzy) piszę na kolanie wypracowania, raporty, streszczenia, haiku, przemowy i co tam jeszcze.
                 Samopoczucia nie poprawia mi zalew roboty tłumaczeniowej (w okolicach wakacji Znana Firma Fotograficzna zamierza zalać polski rynek aparatami i wszystkie one pilnie potrzebują korekt w polskich instrukcjach)... Cóż, za poprawianie przekładów ktoś mi przynajmniej płaci, na co, w związku z koszmarnymi cenami biletów do Ojczyzny, nie zamierzam się uskarżać...
                  Anyhows, choć cierpię pod uciskiem prac uczelnianych oraz zarobkowych: skoro ostatnio obiecałam napisać o epokowej imprezie sportowej z okołoakademikowego parkingu, niniejszym piszę.


        W sobotę objawiło się nam bowiem po sąsiedzku Tokyo Drift D1 Grand Prix!. Najstarsza driftowa impreza na świecie!
                 Przygotowania do eventu męczyły nas już od połowy poprzedzającego tygodnia, odkąd to robitnicy zaczęli montaż trybun. Dodatkowo, akademikowy sklep konbini zredukował metraż o połowę, przeznaczając resztę przestrzeni na magazynowanie zapasów (jakby przymierzał się do, nieprzymiarzając, najazdu Hunów). Wreszcie, w korytarzu naszego budynku pojawiło się lojalne ostrzeżenie, że czeka nas GŁOŚNY weekend. W piątek rano udało mi się jeszcze z poziomu kolejki Yurikamome podejrzeć przedzawodowe treningi, ale w okolicach popołudnia obsługa imprezy zaczęła obklejanie CAŁEJ STACJI KOLEJOWEJ folią, by uniemożliwić komukolwiek, kto nie nabył wartego 10000 jenów biletu, nielegalne podglądanie konkursu.


        Jeśli jesteście mocarnymi gearhedami (albo jeśli bardzo się Wam nudzi), oto filmik, który nakręciłam (bardzo) ukrytą kamerą podczas treningów. Jeśli nic nie mówi Wam określenie ‘drift’, ta wizualizacja powinna rozjaśnić Wam co nieco.
                 Jak widać na załączonych multimediach, drift-wyścigi, to takie wyścigi, w których przez 80% czasu jeździ się bokiem. Jak Małż wyczytał w wikipedii podczas jazdy bokiem kluczowe jest także to, by koła naszego pojazdu ustawione były w przeciwną, wobec kierunku jego poruszania się, stronę. Inaczej bowiem wychodzi nam zwykły poślizg, a nie porządny, rasowy Tokijski Drift (tm). Cóż, człowiek (a zwłaszcza biała świnia) uczy się całe życie!
        ***
                  Aha, ostatnio pisałam też o tym, że zamarła moja działalność szwalnicza. Owszem, zamarła istotnie, ale nie zanim zdołałam zakończyć Piękną Pokojówkę. Patrzcie zatem i podziwiajcie:
        DISCLAIMER: Ponieważ czuję się lekko zażenowana umieszczaniem swoich zdjęć w bieliźnie w internecie, postanowiłam oderotyzować je przez twarzowe zestawienie z Pantalonami W Pingwinki. Pomyślałam także o (jakże sprytnym) zasłonieniu własnej, czerwonej mordy.


        Najpierw oryginalna Pokojówka z kolekcji Symingtona. Wygląda o tak.
         Moja wersja, poza podmienionymi kolorami, brakiem watowania i innym buskiem nie różni się od oryginału (przynajmniej nie miała się różnić!). 
        Tak prezentuje się w szczególe... 


        ...a tak w ogóle.
        (hm.. zastanawiam się czy te wystające majciochy już klasyfikują mnie na poorlydressed.com)


        ...z tyłu...


        ...i z przodu!
                 Przy szyciu miałam wiele radochy, ale kolejny projekt zamierzam dla odmiany zrobić bez metalowego szkieletu - nie stać mnie na kolejne 4 metry fiszbin, a poza tym pora wreszcie poznać techniki watowania!
        Słucham: Laurie Anderson - Pieces and Parts. Laurie wciąga Björk nosem.
        Czytam: Uwierzycie, że nadal Orientalism?
        Dokonania: Spełniło się jedno z moich marzeń - zostałam żoną Wynalazcy! Samsung zamierza zarejstrować patent mojego Małża w Korei i Stanach.
        Fun Fact: Japonia to jednak orwellowski kraj. Ostatnio niechcący nacisnęłam na maszynie biletowej nie ten guzik co trzeba i automat wypluł mi wykaz wszystkich bramek metra, przez które przechodziłam w ciągu ostatniego miesiąca. Brr...
        PS. Wolffie, jak podobał Ci się odcinek Game of Thrones napisany przez samego Brodatego Trolla?


        Also, THIS. Jeden z tych obrazków, przy których człowiek najpierw ma poczucie samozadowolenia, że zrozumiał o co w nich chodzi, a chwilę potem z zawstydzeniem stwierdza, że oznacza to tylko, iż jest PRZEPOTWORNYM NERDEM.

        niedziela, 5 czerwca 2011

        W Świebodzinie Chrząszcz Brzmi w Trzcinie



        .... czyli króciótko o tym, jak utrwalam szkodliwe stereotypy na temat naszej ojczyzny.
                   Wybaczcie karygodny brak aktualizacji, ale mam taki zawał roboty, że nawet maszyna do szycia porasta od kilku dni kurzem. Treściwą notkę obiecuję w środę (znajdziecie w niej, między innymi, relację ze światowej rangi imprezy sportowej oraz kluczową informację, czym się różni 'tokijski drift' od 'tokijskiego poślizgu'.
                   Na ten moment podzielę się z Wami tylko przebłyskiem geniuszu, który pozwolił wybrnąć mi z problemu, jaki to reprezentatywny dla Polski przedmiot zaprezentuję we wtorek na kursie językowym. Ponieważ nie mam pod ręką niczego odpowiedniego, a zdjęcie ciupagi albo kosy na sztorc jakoś mnie nie kusiło, postanowiłam w duchu chasła ‘THINK BIG’ wybrać coś w innej skali. Pora, by Japończycy dowiedzieli się wreszcie, czym jest POSĄG JEZUSA ZE ŚWIEBODZINA!

        środa, 1 czerwca 2011

        Na niepogodę: PONYO!


        czyli, za co płaci mi japoński podatnik.
               Dzień dobry. Jak profetycznie przepowiedziałyśmy kiedyś z Kajusem, w Czekając na Mary (naszym przełomowym, licealnym filmie supereksperymentalnym) : KLIMAT SIĘ ZMIENIA. Straszliwy ten fakt dociera do mnie za każdym razem, kiedy próbuję sobie przyswoić fakt, że mamy pierwszy czerwca, a temeperatura w Tokio jakimś cudem zdołała spaść poniżej 20 stopni.
                Zimno, pada - czyli zupełnie jak w Ojczyźnie... tylko z dodatkiem tajfunów. Co (jakże płynnie!) naprowadza mnie na dzisiejszy temat: Ponyo. Ponyo (w oryginale 崖の上のポニョ[Gake no ue no Ponyo], czyli Ponyo znad klifu]  to film Hayao Miyazakiego, dotyczący właśnie szpetnej pogody, natury i japońskich tajfunów. Film ze wszech miar cudowny, co postaram się Wam zaraz wyłuszczyć.


                  Najsampierw jednak disclaimer: generalnie nie przepadam za animacjami Miyazakiego i zupełnie nie pojmuję, dlaczego na świecie jest to główny (obok równie mi obojętnych książek Harukiego Murakami) japoński towar popkulturalnego eksportu. Nurtuje mnie, w jaki sposób Miyazaki został pieszczoszkiem białych krytyków, laureatem Oskara, podczas kiedy w żółtym kraju jest kilku bardziej utalentowanych reżyserów (na czele z boskim Kon Satoshim), którzy na dodatek nie robią w kółko jednego flmu o tym samym.... W każdym razie jest jak jest, Miyazaki budzi mój podziw swoją plastyczną wyobraźnią, ale nie dorobkiem artystycznym i generalnie najnowszych jego filmów (łącznie z Ponyo) nie odczuwałam specjalnej potrzeby oglądać. 
                 Szczęśliwie jednak, do zapoznania się z nimi zmusiły mnie zajęcia na Todaju, na których, pod sztandarem prof. Wilsona zajmujemy się taśmowo analizą bajek dla dzieci. Analiza zazwyczaj sprowadza się do wydobywania wszelkiej maści, mniej lub bardziej domniemanych podtekstów seksualnych (tak, tak, był moment w którym usłyszeliśmy, I kid you not, że ‘oto wagina Królewny Śnieżki śpiewa!’), od czasu do czasu jednak jest to doświadczenie otwierające oczy, i zmuszające do robienia czegoś, czego z własnej woli bym nie robiła (a co i tak czeka mnie, kiedy się w bliższej lub dalszej przyszłości rozmnożę): oglądania bajek.


                  Wiecie już zatem jakie okoliczności przyrody zetknęły mnie z Ponyo. Co jednak zacz ta Ponyo? W zachodniej prasie przypadło jej niewdzięczne określenie “japońskiej małej syrenki”. Faktycznie mamy tu dziewczynkę-rybę i jej pragnienie zostania człowiekiem, ale ten, zapożyczony od Andersena wątek jest tylko materiałem mocno luźnej adaptacji, dotyczącej głównie relacji człowieka z naturą i życia w kraju tak mocno związanym z morzem jak Japonia. 
                  Co w Ponyo działa? Po pierwsze jej bajkowość. Film jest naprawdę skierowany do dzieci (a nie młodzieży, jak wiele innych produkcji Miyazakiego). W związku z tym, proste metafory, miast irytować pretensjonalnością, okazują się po prostu perfekcyjnie dobrane do odbiorcy. Bohaterowie też są tacy, żeby młodociany widz mógł się z nimi identyfikować: mają po kilka lat i zachowują się odpowiednio. Logika całości nie jest logiką dorosłego, raczej sprawnym połączeniem realizmu magicznego z teletubisiami, które dojrzałego widza może czasem przyprawić o zawrót głowy (ale też przyjemnie zasugerować mu wspomnienia własnego dzieciństwa).



                 Podwodny świat, gdzie odbywa się duża część akcji jest oszałamiająco piękny i to nie “ładnym” disneyowskim pięknem: tutaj na iście kambryjską eksplozję morskiego życia składają się realistyczne meduzy, kraby, krewetki i inne stwory, w większości robakowate oraz obce, w żadnej mierze “śliczne”, raczej fascynujące, jak wyjątkowo udana żywa arnżacja z oceanarium.




              Ponyo jest nie tylko cudownie bezpretensjonalna ale także niesie kilka przesłań, które rzadko ujawniają się w innych produkcjach dla maluchów. Poza podejściem pro-ekologicznym, (ktore chyba po trochu przeniknęło już także do Disneya) znajdziemy tu konkretne i silne postacie kobiece - gatunek wymarły w bajkach na całym świecie. Nie doczekamy się wyraźnego i oczywistego podziału na bohaterów dobrych i złych - boć i mali ludzie tego rodzaju uproszczeń akurat niekoniecznie i nie zawsze potrzebują. Próżno też szukać w Ponyo wysilonych "mrugnięć okiem" do rodziców, oglądających z latoroślami film - i dobrze - po wszelkich Szrekach ta taktyka potężnie się zużyła i chyba lepiej,  żeby filmy dla dzieci starały się po prostu być możliwie dobrymi filmami DLA DZIECI.



                Krótko mówiąc: jeśli macie małych potomków albo chcecie przynajmniej poczuć łącznoś z własnym wewnętrznym dzieckiem: polecam Waszej uwadze Ponyo! (...zwłaszcza z oryginalnym dubingiem!)



        ...ewentualnie jeśli macie więcej czasu: Where the Wild Things Are. I Up. I Despicable Me. (Hmm... ostatnie lata były całkiem udane jeśli chodzi o mądre filmy dla maluchów, prawda?)
        Czytam: http://winter-is-coming.net/. Co za wstyd.
        Słucham: MGMT - Kids. Jedna z tych upierdliwych piosenek, które słyszy się w sklepie, a potem nie można się do nich uwolnić.
        Dokonania: Zakupy w Forever XXI. Lubię tę firmę, bo za cenę jednej sukienki z Zary można mieć tu trzy podobne i buty. (Buty oczywiście rozpadają się tego samego dnia...)
        Fun Fact: Japońskie ambulansę są najwolniejszymi ambulansami na świecie. Zwalniają przed przejściami dla pieszych i skrzyżowaniami, żeby przez przypadek nie spowodować wypadku. Naprawdę nie chciałabym tu mieć jakiejś medycznej sytuacji awaryjnej.
        PS.


        Po kolejnym odcinku Gry o Tron mogę tylko zaznaczyć, że oczywiście rozumiem, iż adaptacja filmowa ma swoje prawa i bynajmniej nie uważam za profanację zmieniania książkowych wątków/postaci. Niemniej martinowy Littlefinger-kreatywny księgowy jakoś bardziej mi się podobał niż telewizyjny Littlefinger-alfons. A mówię to z głębi miłości do Aidena Gillena, aktor nie jest tu niczemu winien.
        Also, Myles McNutt wymyślił wdzięczny termin na to, co scenarzyści GoT wnieśli do tradycji małego ekranu: SEXPOSITION (czyli naświetlanie historii świata/bohaterów przez monologi z cyckiem w tle).