niedziela, 15 maja 2011

Weekend Update



Podziwiam tylko motocykle/
bo motocykle one są niezwykłe!
      No i pojechali nam goście. Niby oddychamy z ulgą, że po trzech tygodniach mieszkanie wolne jest wreszcie od nadprogramowych lokatorów. W końcu można bezwstydnie spacerować z gołym zadkiem po włościach. Nie trzeba też dzielić się z nikim kartami do wejścia. No i pracownia została przywrócona do użytku.... A jednak jakoś jest nam w pustawym lokum smutno...
      W związku z powyższem, niejako na pocieszenie, wybraliśmy się dzisiaj z Małżem na targi motocyklowe, będące w tym tygodniu atrakcją parkingu tuż koło akademika... Czegóż tam nie było!

   
Począwszy od japońskich firm...
(w tle, na ścianie stoiska widać obowiązkowy plakat solidarności z Tōhoku)


...przez więcej japońskch firm...
(JA, JA oraz JA będę ozdabiać wszystkie zdjęcia, albowiem Małż, z iewiadomych powodów, odmawiał wsiadania na jakikolwiek motor... Wonder why...)

...aż po hamerykańską klasykę...
(Panowie na stoisku Harleya Davidsona, w typowym japońskim pokazie obsługi klienta, specjalnie zdjęli z motocykla cenę, żeby maszyna lepiej prezentowała się na fotografii!)
(BTW: zdjęta cena wynosiła 2000000 jenów czyli około 70.000 PLN)

oraz włoskie skutery!
(Vespa - nie zbliżyłabym się do tego pieszczocha hipsterów, gdby nie to, że akurat był TAK PIĘKNIE POMARAŃCZOWY!)


DLACZEGO BYŁY TAM MOTOCYKLE SIĘGAJĄCE DO KOLAN?
(Also, note the “Glamorous” tag. WTF?!)


Gdyby Szatan jeździł na motocyklu, to z dużą dozą prawdopodobieństwa byłby właśnie ten motocykl
Wreszcie: na japońskich targach można się spodziewać kilku specyficznych akcentów
Czytam: Nagai Akira - Team Medical Dragon t. 23. Czyli niezbyt ambitnie.
Słucham: Diary of Dreams - She. Czyli jeszcze mniej abitnie.
Dokonania:  Prawie skończyłam szycie gorsetu! Poniżej znajdziecie pokazowe zdjęcie. Ostrzegam tylko, że zawiera ono także pewną ilość mojego bladego, wątłego dekoltu. Consider yourself warned. A tymczasem, znajcie składniki:
  • 220 metrów czerwonej nitki
  • 3 metry materiału (połowa na podszewkę)
  • 1,5 metra taśmy na wzmocnienie talii
  • 3 metry amerykańskich, owijanych w bawełnę fiszbin
  • Obcęgi do cięcia rzeczonych fiszbin
  • 20 zabezpieczających nakładek na fiszbiny
  • 6 gotowych, miękkich, stalowych fiszbin - po 30 cm.
  • 24 oczka na wiązanie
  • 1 młotek do wbijania oczek
  • 4 metry sznura na tylnie wiązanie
  • 20 metrów zielonej nitki na wykończenie
  • 2 metry taśmy wykończeniowej
  • 2 metry zielonego farfocla
  • ok. 2 tygodnie wolnego czasu

....

<SPOILER BOOB WARNING>



i voila!
(Białe pantalony i gatki w paski opcjonalne.)
Gorset powstał według wykroju z 1890, jest zatem trochę wiktoriański (czytaj: płaskocycy).
Taki najprościej się szyje, więc od niego zaczęłam. 
Następny w kolejce mam pięknie, wyprofilowany waspie, w którym, daj boże, będę wyglądać niczym Scarlett O’Hara!
<SPOILER BOOB OVER>


A tu wyrafinowany detal mojego projektu. Jeśli dobrze się przyjżycie w kilku miejscach na zdjęciu widać, jak świetnie idzie mi szycie prostej linii. 
Fun Fact: 


To. Jest. Kask. Motocyklowy. Z. Hello. Kitty.

PS. W zeszłym tygodniu blogger przeżywał kilka czkawek i zaginęło trochę komentarzy. To nie moja dyktatorska cenzura jest odpowiedzialna za ich zniknięcie. 

niedziela, 8 maja 2011

Mamzilla

Przerywamy program, by nadać Państwu specjalny komunikat!



Ponieważ wczoraj, podczas weekendowej rozmowy na skajpie zapomniałam to zrobić, chciałabym publicznie i blogowo złożyć na ręce mojej Mamy życzenia z okazji Dnia Matki.


Poniżej trzy dowody na wspaniałość Mamy:


  • Mama jest nieustraszona i niezniszczalna (Kiedyś wyznała mi, że w pracy miała przezwisko “Czołg”)
  • Mama jest bezkompromisowa i konsekwentna (niektórzy powiedzieliby że “upierdliwa”). Jak połączenie niedźwiedzia z komarem.
  • Mama jest piękna i skandalizująca. Była najlepiej ubraną osobą na moim ślubie. Olała to, że podobno nie wypada ubierać się na biało.


Mamo! Wiem, że czasem tu zaglądasz, więc pamiętaj, że bardzo, bardzo Cię kocham. I rozczula mnie, że wciąż wierzysz, że będę pracować w OeNZecie (albo najlepiej: przewodzić mu!), że zostanę gwiazdą TeVaueNu oraz Konkubiną Cesarza (a wszystko to przed trzydziestką). Sto lat!



Mama Czyta: to, co czytają mamy: biografie sławnych ludzi, książki historyczne, szmaciane kryminały, Politykę, oraz (o zgrozo!) Galę oraz Party.

Mama Słucha: na przykład Antony And the Jonsons. How cool is that?

Dokonania Mamy: są niezliczone. Mama wykonuje dwa zawody. Przynajmniej raz na tydzień jest w teatrze i/lub na koncercie. Dorywczo zajmuje się społeczną opieką zabytków. Chodzi na wodny aerobik. I jeszcze ma czas wpadać do znajomych.

Fun Fact o Mamie: Mama Mamy nazywała Mamę, w związku z jej ambicjami ponad stan, “Hrabianką Trzech Pałek”!

piątek, 6 maja 2011

大きい大仏ですね。。。*



...czyli 800 lat japońskiej historii zasłonięte moją gębą.
          Ponieważ K. + A. mieszkają z nami już dwa tygodnie, zaczęliśmy ich trochę zaniedbywać. Pozwalamy im pałętać się gdzie i jak chcą, nie troszcząc się dostatecznie o ich dokształcanie z kultury oraz historii Japonii, ryzykując że padną nam nasi goście ofiarą dezinformaci, dezynterii oraz innych przypadłości, łączących się zazwyczaj z tzw. turystycznym freestylem. 
          Na szczęście jednak, wraz z nadejściem długiego, majowego weekendu dostaliśmy szansę poprawienia się w pełnieniu roli Wzorowych Gospodarzy. Skorzystaliśmy z niej skrupulatnie, bez wahania wsadzając siebie oraz gości w pociąg jadący do Kamakury - doskonałego miejsca, żeby się w Ryżowym Kraju nieco odstołecznić. 
           Kamakura, oddalona od Tokio o zaledwie 50 kilometrów i 800 jenów biletu kolejowego, stanowi jeden z ulubionych celów jednodniowych wypraw tokijczyków. (boleśnie przekonaliśmy się o tym widząc tłum na stacji). Zacisnęliśmy jednak zęby, licząc, że wszyscy ci żółci ludzie rozlezą się po kamakurzańskiej okolicy, obfitującej w malownicze tereny specerowe i wspinaczkowe. 
           Sami postanowiliśmy na możliwie najbardziej oklepane, turystyczne atrakcje. Zaiste nie było w nas energii na bardziej twórcze, ambitne zwiedzanie. Plus na równi z celami edukacyjno-krajoznawczymi liczyliśmy na to, iż świeże kamakurzańskie powietrze pomoże nam wyleczyć lekkiego kacyka, wynikłego z zapoznawania K. i A. z urokami karaoke.
            
***
          Tak więc pozwólcie wyrwać się z biur i mieszkań na krótką, ze wszech miar turystyczną wycieczkę po TRZECH NAJBARDZIEJ WYŚWIECHTANYCH ATRAKCJACH KAMAKURY.
            Jedyne co musicie przed wycieczką wiedzieć, to, że Kamakura była kiedyś polityczną (choć nie nominalną) stolicą Japonii. Dziś, patrząc na zielone, wiejskie tereny wokół stacji kolejowej dość trudno sobie to wyobrazić. 


Japońska przyroda w okolicach maja wyraźnie wrzuca piąty bieg i od nadmiaru kolorów można dostać palpitacji.
Also: Mam nadzieję, że moi Teściowie spoglądając na to zdjęcie zauważą, iż podczas tej wycieczki do Kamakury mam już na nogach właściwe obuwie.

          1. Daibutsu (大仏) 
          Znak rozpoznawczy Kamakury, ozdabiający nieskończoną ilość pamiątkowych breloczków, obrazków, koszulek i sutorappu stanowi Daibutsu: posąg wielkiego Buddy ze świątyni Kōtokuin. Odlany z brązu około roku 1252, stał (siedział) niegdyś w świątynnym “hangarze”, ale, odkąd wyjątkowo silne tsunami zmyło budynek, medytuje pod gołym niebem. I jak to miedź zielenieje. 
         Wyjątkową sypatię Japończyków zawdzięcza chyba nieprzeciętnej urodzie. (Niestety na zdjęciach nie da się jej oddać, drań zawsze wygląda jakby był lekko nabzdyczony)
          Aha - warto pamiętać, że kamakurzański Wielki Budda jest owszem wielki, lecz bynajmniej nie NAJWIĘKSZY - przerasta go Daibutsu z Nary.


Grejpfrutsu, czyli Daibutsu z ofiarnymi grejpfrutami. 


W wyjątkowo parne dni Daibutsu otwiera sobie dla wentylacji wywietrzniki w plecach.


Nawiasem mówiąc: kulinarną specjalnością Kamakury są (między innymi) lody ze słodkich ziemniaków. Podobno dobre. Ja wolę stały japoński smakołyk: lody z zielonej herbaty.



           2. Hasedera (長谷寺)
               Świątynia buddyjska, znana głównie z prawie dziesięciometrowego posągu bogini Kannon - największej drewnianej rzeźby w całym Ryżowym Kraju. Dla przygodnego turysty równie ciekawy jest jednak cudowny przyświątynny ogród, pełen statuetek jizō.

    ...tak zielono, że aż oczy bolą.



    Jizō czyli bodhisattwa Ksitigarbha zyskał w Japonii status supergwiazdy wśród bóstw buddyjskich...


    Jego kamienne posążki na terenach przyświątynnych łatwo rozpoznać po łysej głowie. Często mają na sobie ręcznie robione ubranka a u stóp ofiarne kupki kamieni. 
    Według tradycji Jizō patronuje dzieciom, które zmarły przed swoimi rodzicami. 
    Sam wygląda trochę jak wielkie niemowlę.

    W okolicach świątyni Hase znajduję się niepoliczalna ilość wizerunków Jizō. Od taśmowo produkowanych...


    ...po wersje specjalne: na przykład Mizukake jizō, czyli Jizō do polewania wodą!


    Jeden jizō jest wyraźnie mniej święty od innych i służy temu, by dzieci i Białe Małpy mogły sobie robić z nim zdjęcia.

    A propos białych małp! Wśród ofiarnych kubeczków w świątyni znaleźliśmy także dowód, że “nasi tu byli”. 
    (Oraz, że nasi nadal nie umieją używać znaków diakrytycznych. It’s “TŌhoku”!)


    Inną atrakcją Hasedery, o której można dowiedzieć się kupując pokarm na świątynnym tarasie widokowym, są olbrzymie, przerażające PTERODAKTYLOKRUKI... yy.. I mean: myszołowy.

              3. Tsurugaoka Hachiman-gū (鶴岡八幡宮)
              Chram Tsurugaoka stanowi ostoję shintoizmu w większości buddyjskiej Kamakurze. (Co jest o tyle zabawne, że przez większość swojej historii był świątynią buddyjską... ach ten synkretyzm religijny Japończyków!!) Wybudowany w 1063 roku w Zaimokuza Tsurugaoka Hachiman-gū, został  w 1191 roku przeniesiony do Kamakury, żeby podkreślić status tejże, jako nowego ośrodka władzy militarnej. A ponieważ faktycznie bardzo militarna była to władza, czci się tu kami Hachimana, patrona wojowników. 


    U stóp chramu stoi piękna tradycyjna scena - właśnie w związku z nią przyjechaliśmy do Kamakury akurat piątego maja, żeby posłuchać troszkę tradycyjnej muzyki...


    ..dużo ciekawsze od słuchania okazało się jednak oglądanie muzykantów w wielkich, sięgających ziemii pieluchach!


    ... hm, dworskie sztuki performatywne sprzed XV wieku to zdecydowanie nie moja specjalność - jedyne co mogę napisać na temat tego pana to to, że podobają mi się jego pompony.

    A tu most przed chramem, którym według tradycji mógł przechodzić jedynie szogun. Dziś w ramach odbudowywania sprawiedliwości społecznej nie może przechodzić nim nikt.

    Na koniec wycieczki chramowy przysmak: jabłko w cukrze! Mniam.

    */ Tytuł dzisiejszego wpisu to cytat z podręcznika do nauki języka, przerabianego przez wszystkich japonistów na pierwszym roku od około 100 lat. Znaczy mniej więcej tyle co “Ale wielki ten Wielki Budda, co?” i dla wielu studentów jest pierwszym kontaktem z Kamakurą.
    Czytam: Nicholas Carr The Shallows: What the Internet Is Doing to Our Brains. 
    “We don’t see the forest when we search the Web. We don’t even see the trees. We see twigs and leaves.”
    Słucham: Madrugada - On your side. Wersja na żywo z most-najwspanialszego albumu Live at Tralfamadore.
    Dokonania:
    Może Wam się wydawać, że to tylko przypadkowo pozszywane kawałki prześcieradła, lecz tak naprawdę macie przed sobą mój próbny, przymiarkowy mock-up własnomaszynnie szytego gorsetu. Co prawda książeczka do nauki szycia doradzała, żeby zaczynać od prostych projektów typu podusia, lecz co oni tam wiedzą!
    Fun Fact: Podobno wszyscy zainteresowani już zostali o fakcie poinformowani, więc mogę publicznie ogłosić na blogu, że nasi tymczasowi współlokatorzy są od wczoraj zaręczeni!

    wtorek, 3 maja 2011

    Las Maqinas de la GW

             Podejrzewam, że po lekturze tego wpisu zapamiętacie raz na zawsze, którego dnia roku została uchwalona japońska konstytucja. 
             Jedni twierdzą, że Japonia z Polską nie mają ze sobą nic wspólnego. Inni myślą, że to dwa zupełnie podobne kraje. Niezależnie jednak po której stronie sporu się człowiek znajduje, musi uznać pewien bardzo ważny kulturowy fakt, który nasze państwa łączy. I nie, nie chodzi o kolory flagi. Chodzi o coś o wiele bardziej istotnego: DŁUGI WEEKEND MAJOWY.
             W ryżowym kraju nazywa się go wdzięcznie Gōruden Uīku (ゴールデンウィーク, co, jak nietrudno [?] się domyślić pochodzi od określenia golden week), lub po prostu GW. Poza Nowym Rokiem jest to najdłuższy ciąg dni wolnych od pracy, występujący w ciągu tutejszego roku. Jednak w przeciwności do świąt okołosylwestrowych, podczas GW pogoda jest niemalże murowana. Dlatego miliony Japończyków wybierają się wtedy na mniej lub bardziej ambitne  wycieczki po swoim pięknym kraju. Ci, którym nie w smak ekskursje zazwyczaj ruszają na zakupy, albowiem tydzień majowy, poza wioseną aurą, obfituje także we wszelkiego rodzaju sēru, czyli promocje konsumpcyjne. 
               Ku pouczeniu, dokładny rozkład poszczególnych wolnych dni golden week wygląda tak:
              29 kwietnia: Urodziny cesarza Hirohito, poprzedniego cesarza Japonii. Oficjalny dzień Shōwa, to jest epoki jego rządów (1926-1989)
              3 maja: Dzień Konstytucji. Na pamiątkę promulgacji obecnej konstytucji Cesarstwa (1947). Dzięki zbieżności z polską tradycją jest to jedna z nielicznych dat dziennych, które pamiętają warszawscy japoniści!
              4 maja: Dzień Zieleni. Trochę sztuczne święto, powstałe w myśl zasady, że między dwoma dniami świątecznymi dobrze wsadzić jeszcze jeden.
              5 maja: Dzień Dziecka. Chociaż tak naprawdę to Dzień Chłopca... ponieważ Japończycy kochają patriarchat.


    A tu obrazek poglądowy stąd, dzięki któremu lepiej utrwali Wam się powyższe!
    ***
             Co w długi majowy weekend robimy my? Cóż, wybieramy się na wycieczkę do Kamakury. Odłożyliśmy ją jednak na jutro, ponieważ pragniemy zobaczyć tamtejsze (mizoginiczne!!!) parady na część Japońskich Chłopców. Chwilowo ddajemy się więc twórczym zajęciom domowym. Małż programuje a ja....


    JA KUPIŁAM MASZYNĘ DO SZYCIA.
    (Cóż poradzić, gdy amazon kusił zniżką 70% na Singery?)

    Japonia jest krainą DIY (czyli tak zwanego ‘zróbtosamstwa’) i można tu kupić WSZYSTKO. Cała góra zasobów, (poza nożyczkami krawieckimi) na tym zdjęciu pochodzi ze sklepu stujenowego. 



    Dyktatura Hausłajfów sięga naturalnie także królestwa DIY. Wszystkie przybory szwalnicze można kupić w wersji różowej, puchatej oraz słodkiej. Ja zdecydowałam się tylko na poduszeczkę do szpilek w kształcie słoika z dżemem. Cause I love me some jam!
           Będę szyła. Ślubny wytyka mi mój słomiany zapał i przewiduje, że nowe hobby znudzi mi się po około dwóch tygodniach. ALE NIE MA RACJI!!!
    Czytam: Nicholas Carr The Shallows: What the Internet Is Doing to Our Brains. Niedługo po publikacji przez pół roku bezskutecznie poszukiwałam tej książki w Polsce. Owszem, jest trocję bardziej popularnonaukowa niż naukowa, ale jeśli Wy też kiedykolwiek mieliście taki moment, w którym zastanawialiście się, co stało się z Waszą koncentracją, dlaczego od czasów Web 2.0 nie jesteście już w stanie tak jak kiedyś skupić się na czytaniu książki, to wydawnictwo wyjaśni Wam dokładnie skąd to się bierze, udowodni, że nie jesteście w swoich przemyśleniach sami oraz WPRAWI W PRZERAŻENIE W ZWIĄZKU Z PRZYSZŁOŚCIĄ LUDZKOŚCI.
    Słucham: Antimatter - Legions. Projekt Antimatter to dla mnie taki mini-destylat tego, co najlepsze w zespole Anathema.
    Dokonania: Oh boy. Nawinęłam nici z dużej szpulki na małą. Nawlekłam nici na maszynę.  Maszyna zacięła się. Rozkręciłam maszynę. Wydłubałam nici z maszyny. Zaszyłam pierwsze szwy. Baby steps.
    Fun Fact: Didn't you get it? JAPOŃCZYCY ŚWIĘTUJĄ DZIEŃ KONSTYTUCJI WTEDY KIEDY POLACY!!!
    PS.
    Małż twierdzi, że trzeci odcinek Game of Thrones też mu się nie podobał, ale w mojej interpretacji robi to tylko, żeby uczynić mi wbrew, a w głębi duszy jest zachwycony. CAUSE HOW ON EARTH CAN YOU NOT BE?!


    Do you think I’m plump?
    (Jak to przeczytałam gdzieś w sieci:
    'I hope Dinklage gets all the Emmys. ALL OF THEM.')

    niedziela, 1 maja 2011

    Fire Arcade


    - Darosławie, dlaczego tobie tak dobrze idzie strzelanie do zombie?
    - Wiesz, po prostu wyobrażam sobie, że to studenci przychodzący do mnie po wpisy.
             Dziś na Odaibie obchodzimy samozwańczy Dzień Pidżamki. Za pomocą nieprzebierania się w dzienne odzienie, odreagowujemy wczorajsze wyjście “na miasto”. Wyjście w założeniu miało służyć zapoznaniu naszych polskich gości z fenomenem karaoke lecz, na skutek skomplikowanego zbiegu okoliczności, okazało się wyjściem na coś, co niegdyś określało się mianem AUTOMATÓW.
             Jeśli słowo AUTOMATY niewiele Wam mówi, spieszę z wyjaśnieniem. W głębokim pleistocenie lat dziewięćdziesiątych, AUTOMATY zajmowały ważne miejsce wsród rozrywek młodzieżowych. Zanim z piekła wykluły się fejsbuki, jutuby i inne gugle, a życie społeczne zostało zredukowane go klikania w “lubię to”, jednostki realizowały owo życie społeczne dusząc ze znajomymi przyciski w AUTOMATACH - maszynach, wielkości kredensu, oferujących cuda dźwięku i grafiki nieznane wówczas domowym komputerom. 
            Dziś miejsce AUTOMATÓW zajęły konsole i to one dominują w dostarczaniu zabawy (przynajmniej tej związanej z grupowym ślepieniem w ekran) na całym świecie... Całym? Nie! jest jedna galijska... yy.. znaczy żółta wioska, która stała się ostatnim bastionem AUTOMATOWEJ rozrywki. Dlaczego to akurat w Japonii można natrafić na salony gier, nie tylko z maszynami w starym stylu, ale także nowoczesnymi mutacjami AUTOMATÓW, o których nie śniło się filozofom? Nie mam pojęcia - na pewno można na ten temat znaleźć niejedno opracowanie. W każdym razie, w żółtym kraju nie tylko młodzież ale także dorośli ludzie, pary na randkach, panowie pod krawatami i najprzeróżniejsza menażeria ludzka nawiedzają masowo salony (czy może raczej piętra, bo taka raczej jest skala zjawiska) gier w każdym większym domu towarowym.
              Jak na automatach bawią się białe świnie? Jeśli ciekawi Was odpowiedź na to egzotyczne pytanie, zapraszam na fotostory!
    ***
              Najsampierw jednak nauka: Jako odpowiedzialnie dorośli ludzie, nauczyliśmy się już (w większości na własnych błędach) iż rozrywkowy wieczór należy KONIECZNIE  rozpocząć od porządnej podkładki pokarmowej. Dlatego przed wyprawą na miasto (czytaj: do sąsiedniego domu towarowego, odległego od akademika o rzut kapciem) zdecydowaliśmy się przygotować w domu, omawiany już na blogu, japoński specjał żywieniowy: okonomiyaki.

    Podział pracy przy montowaniu domowych okonomiyaków wyglądał tak, że my z Małżem zapewniliśmy infrastrukturę, zaś T. i L. niezbędne know-how.

              





    Know-how w akcji. Za efekt dźwiękowy, który określić można mianem “mggghuau!” odpowiadam ja. 

    Ci z Was, którzy nie zaznali nigdy okonomiyaków, niech uwierzą mi na słowo, że te wyglądają bardzo, bardzo profesjonalnie.

    Sąsiedzi gotowali, a Małż kręcił drinki. Także w  wersji na wynos!
    ***

              Posileni i napojeni sformowaliśmy bojową kolumnę i wyruszyliśmy!

    Pierwszy wizualny dowód na to, że rzeczywiście mamy gości. Krzyś i Agnieszka symulują wyścigi samochodowe.

    W japońskim salonie gier znajdzie się coś miłego dla każdego. Małż mógł na przykład nareszcie dosiąść Harleya bez ryzyka, że ja dostanę zawału.


    Ja kontra Metal Gear Solid 4 - the Arcade. Poza okularami 3d ten konkretny automat oferował także profesjonalny mikrofon i plastikowy karabin z piętnastoma tysiącami przycisków.

    Doktorant w Lamborghini. 
    Świat się kończy!

    Jeśli ktoś uważa, że granie na automatach to dla niego zbyt plebejska rozrywka może za pomocą automatu... obstawiać wyścigi konne. Nakrycie głowy i zblazowana mina zubożałej arystokracji lub entuzjazm nuworysza są obowiązkowe.


    Miłośnikom zwierząt polecamy przejażdżkę po salonie na mechanicznej pandzie...



    ..a miłośnikom ruchu taniec na wirtualnej macie!

    Na zakończenie udanego wieczoru można udać się do maszyny robiącej specjalistyczne zdjęcia, na których automatycznie wyretuszują się nam wory pod oczami, wygładzi linia szczęki i wypiękni cera. Zanik wszelkich rysów twarzy to efekt uboczny.
              
              I takie to rozrywki czekają na Japończyków (oraz szczęśliwe Białe Świnie) na każdym rogu. Trzeba przyznać jest to miły (jeśli absolutnie odmóżdżający) sposób na spędzenie wolnego wieczora (nocy?). Niestety, kilka godzin pośród wyjącej, błyskającej maszynerii sprawiło, że po raz pierwszy od kilku miesięcy naprawdę mocno i intensywnie zaczęłam tęsknić za Krakowem. Zaprawdę, oddałabym trzydzieści trzy sesje walenia w wirtualny bęben za kwadrans w dowolnej knajpie na Tomasza... *le
    Czytam: Jane Bolsover - Sewing Machine Basics. I KID YOU NOT!
    Dokoniania: -
    Fun Fact: Japonia jest, jak powszechnie wiadomo, krajem, gdzie najłatwiej znaleźć dowody na istnienie tzw. Zasady nr. 34, głoszącej, że jeśli COŚ gdzieś istnieje, to gdzie indziej istnieje także tego czegoś rozerotyzowana (względnie pornograficzna) wersja. 


    Tu demonstruję Zasadę 34 na względnie łagodnym przykładzie stroju pszczółki Mai (a jakże) z kącika pewnego “specjalistycznego” sklepu na Akihabarze.