Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mamachari. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mamachari. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 stycznia 2011

Cztery ciastka na stół...



...i butelka zielonej herbaty!
          Czy wiecie, że moim postanowieniem noworocznym było nauczyć się gotować? W ramach dostosowania go do trudnej, okrutnej rzeczywistości (no co, czy Wy też tak nie robicie?) postanowiłam, że skoro gotowanie w naszej rodzinie to raczej hobby mojego Ślubnego, ja wyspecjalizuję się w PIECZENIU. Dzis wykonałam pierwszy krok na długiej, wyboistej drodze do zostania Królową Von Ciast Und Ciasteczek - kleiłam japońskie ulepki.

Pozwólcie zatem, że trochę Wam o tych ulepkach napiszę, bo to jedna tutejszych, ciekawszych tradycji kulinarnych. 

           Zwą je wagashi (和菓子), czyli ‘japońskimi słodyczami’. Dość akuratna nazwa, choć, prawdę powiedziawszy, równie dobrze pasowałoby ‘japońskie glutki z cukru’. Wagashi to tradycyjna, skośna forma deserowa, co łatwo poznać po trzech indykatorach: 
a/ wygląda pięknie - istnieją miliojony ‘wzorów’ oraz typów, zależnych od pory roku, pory dnia, nastroju, wieku spożywających etc. etc.
b/ opiera się w całości na naturalnych składnikach roślinnych. Wagashi są bezpieczne nie tylko dla wegetarian ale nawet dla wegan. Wersje ‘galaretkowe’ wykorzystują jakąś tajną odmianę roślinnej żelatyny (!).  W każdym razie z braku jajec, tłuszczu i masła wagashi są też stosunkowo niskokaloryczne, chociaż... 
c/ ZROBIONO JE GŁÓWNIE Z CUKRU. Jako, że prawdziwym wagashi należy z definicji delektować się w towarzystwie gorzkiej, zielonej herbaty matcha (najlepiej najpierw ładując do ust kawałek słodycza, a potem zalewając go na języku herbatą) musi być na tyle słodkie, żeby równoważyć jej gorycz.
             Wszyscy zgadzają się, że wagashi są piękne. Czy są pyszne? To już kwestia smaku. Generalnie, podobnie jak z towarzyszącą im sproszkowaną herbatą - wagashi mają wśród obcokrajowców równie wielu zwolenników, co przeciwników. Czy jednak podchodzi Wam nam specyficzny, cukrowy smak czy nie, trzeba docenić kunszt produkcyjny wagashi... Taka przynajmniej była moja myśl przewodnia, kiedy zapisywałam się na wagashowe warsztaty w Centrum Edukacji.         
             Po dniu spędzonym na mozolnym kserowaniu dokumentów akademikowych, rozmowy w sprawie dorywczej fuszki (w końcu jestem teraz chlebodawcą rodziny!), klejenie ciastek z plastelinopodobnej substancji wydawało się perfekcyjnym rozwiązaniem. Oczywiście nie było tak różowo - technika wagashi jest podobna technice origami - trzeba bardzo dokładnie skupiać się na instrukcjach, bo inaczej nasze dzieło zamiast wdzięcznego żurawia przypominać będzie kaleką żyrafę... 


Moj ulubiony typ wagashi. Wagashi w ksztalcie zadków.. yyy.. to znaczy brzoskwiń!

             Na szczęście prezentacja była skalibrowana pod ograniczonych motorycznie gaijinów, więc po wielu, wielu próbach coś tam udało nam się skleić...


Check this out
Cukrowa mandarynka mego autorstwa - można ją nawet obrać z cukrowej skórki!


A to skradłam od pana piekarza, który nas nauczał. Żuraw - troszkę bardziej symbolicznie przedstawiony niż moja mandaryna i trochę zgrabniejszy. ALE SMAKOWAŁ TAK SAMO. Cukrem.

            Na koniec, jeśli chcecie obejrzeć więcej japońskich słodyczy, tu jest ich piękna galeryjaWagashi rozpoznacie, po położonej obok nich wykałaczce/ patyczku. Tak jak bezę jemy łyżeczką, tak wagashi jemy patyczkiem! 
Słucham: Diorama - Cubed. Gdyby tajemniczy wirus wybijał wszystkich muzyków na ziemii i można byłoby uratować tylko jednego, bez wahania wybrałabym Wendta. I w ogóle nie byłoby mi żal innych (no, może poza Laurie Anderson).
Czytam: J. M. Rymkiewicz Samuel Zborowski. Powoli mi to idzie, ale rozkoszuję się polszczyzną. Może i świr, ale nie da się zaprzeczyć, że genialny!
Dokonania: Uh, so many! 1.Złożyliśmy dokumenty o akademik i póki co nikt nie wysyła nam mailem ponagleń, żeby coś donieść/ poprawić! 2. Dostałam dorywczą fuszkę jako korektor polskojęzycznych instrukcji w Alai. Duża więc szansa, że będę spędzać wieczory, poprawiając teksty przysłane z Polski przez Igę M. (o ile ona jeszcze pracuje jako freelancer w tej branży...) 3. Wymeldowałam się ostatecznie z Mitaki. Ślubny właśnie jedzie Różowym Ostrym z Mitaki na Komagome. Zobaczymy jaki osiągnie czas!

Tak wyglądał mój Mąż u początków swej epickiej podróży!
Fun Fact: A propos Ślubnego - wczoraj poszedł złożyć w urzędzie dzielnicy podanie o gaijin kartę. Próbował się zarejstrować jako ‘głowa rodziny’, lecz okazało się, że pod naszym adresem jako głowa rodziny figuruję już ja. Więc na ten moment nasze domostwo ma dwie głowy, choć Pani Urzędniczka kazała jak najszybciej rozstrzygnąć tę niedopuszczalną sytuację!
PS. 


           Veni, vidi, loved it! Po A Single Man Colin Firth dokonał niemożliwego - to jest przez drugi rok z rzędu utrzymał się na poziomie aktorstwa tak stratosferycznym, że nie wiem czym on tam oddycha... Świetny film, bardzo przypominający Królową - i to nie tym, ze dzieje się na dworze angielskim (duh!) ale raczej konstrukcją fabuły, z nietypową przyjaźnią dwóch zupełnie różnych ludzi, zderzonych ze sobą przez przełomowy moment w historii. Pychota!
Aha, zazwyczaj nie przeszkadzają mi polskie przekłady tytułów fimów, ale ‘Jak zostać królem’.. I MEAN, SERIOUSLY???!!!



Wunderschön!

czwartek, 21 października 2010

Breaking the Law!



jestem w tym kraju juz prawie trzy tygodnie: pora zaczac lamac przepisy!


          Dzisiaj przytrafil mi sie standardowy, japonski deszcz. Standardowy, czyli taki, ktory wcale nie leje, tylko pada z umiarkowana intensywnoscia przez caly bozy dzien. Tym razem jednak, pomna poprzedniej porazki, postanowilam stawic mu czola na sposob lokalny, czyli z rowerem miedzy nogami oraz parasolem w dloni!
         Z tej okazji uracze Was kilkoma informacjami o japonskim ruchu rowerowym i tym co mozna, a czego nie mozna robic, jesli zdecydujemy sie (ewentualnie bedziemy zmuszeni) w nim uczestniczyc.
        W Japonii jadac na rowerze wedlug prawa nie wolno:
  1. sluchac muzyki na sluchawkach
  2. rozmawiac przez telefon
  3. pisac e-maili przez telefon (HOW ON EARTH WOULD ANYBODY DO THAT?!)
  4. miec w czubie
  5. za bardzo dzwonic dzwonkiem
  6. ryc sie na chodnik
        oraz last but not least:

        7. trzymac w rece parasola
         Coz z tego, skoro w tej (slynacej z praworzadnosci) krainie wszyscy maja owe zakazy w duzym powazaniu? (Moze wyjawszy zakaz numer 5. jak slusznie zauwazyla na swoim blogu pewna pani z Kioto).  Skoro zatem kazden zoltek ignoruje prawo, postanowilam ignorowac je i ja (w koncu mam w rowerze dzialajaca lampke, co i tak stawia mnie wysoko w rankingu praworzadnych!). Plus od kilku dni, przygotowana na ewentualnosc opadow, cwiczylam w sekrecie (niczym Karate Kid!) technike jazdy z wykorzystaniem jednej li tylko reki... nadszedl wreszcie czas ja przetestowac!
        Bylo... stresujaco (zwlaszcza kiedy a/ w drodze na stacje Mitaka spontanicznie zjechalam z pasow dla pieszych i stuknelam w samochod stojacy na czerwonym oraz b/ kiedy w drodze ze stacji Mitaka minelam patrol policjantow, zupelnie nieprzejetych ze na ich oczach dochodzi do publicznego wystawiania kodeksu drogowego na posmiewisko), lecz wcale nie tak strasznie. Generalnie dopoki nie rozwija sie oszalamiajacych predkosci (ani nie probuje skrecac) sztuka jazdy z parasolem jest do opanowania. Zwlaszcza jesli posiada sie (taki jak na obrazku powyzej) model z przezroczysta ‘czasza’.
        So yeah. Zlamalam swoje pierwsze japonskie prawo i dobrze mi z tym!
        Z innych wiesci, dzis po raz wtory bylam na Todaiowym lunchu studentow zagranicznych. Bardzo mi tam milo, ciesze sie na wspolne halloweenowe wyjscie, ale absolutnie nie rozumiem dlaczego Mayuko (nasza szefowa, i Mamuska calego zgromadzenia - albowiem w Japonii wszystko musi miec oficjalnego zwierzchnika!) uparla sie zeby mowic do mnie マヤちゃん. TO TAK JAKBY MOWILA DO MNIE ‘MAJKA’! (Juz Wy wiecie jak czuje sie, kiedy ktos mowi do mnie ‘Majka’, nawet po japonsku!) No ale coz, na Mayuko nie ma mocnych, kobita ma 30 lat oraz 2/3 doktoratu, co daje jej pelna wladze nad nami, zamorskimi gowniarzami. 


Czytam: Nadal Zizka, szczegolnie czesci o feminizmie smakowite!
Slucham: Kate Hudson - Cinema Italiano z musicalu Nine. Ta filmowa wersja to jak wiadomo porazka, ale ma kilka przeblyskow. Na przyklad spostrzezenie, ze w oczach Amerykanow neorealizm wloski to zasadniczo jeden wielki pokaz mody.
Dokonania: DOSTALAM SIE NA KURS DLA SAMOBOJCOW!!! Behold: 

Jak latwo sie domyslic ukrywam sie pod pseudonimem R03
Fun Fact: Trzecim najpopularniejszym zwierzeciem domowym w Japonii jest (po kocie i psie) karlowata swinia - tak zwana ミニブタ.

piątek, 15 października 2010

The epikkist fail of them all



Majzilla kontra Mamzilla, 0:1
       Sluchajcie, sluchajcie albowiem dzisiejsza historia kryje wiele moralow, a do tego, powiem nieskromnie, jest to historia (Maly Wolfie!) zaprawde ‘cudnej urody’!
      Pozwolcie, ze zaczne ja w momencie, w ktorym przerwalam wczoraj, czyli gdy odskrobawszy sie z brudu i wysmarowawszy szminka wbilam me powabne, gotowe na piatkowe imprezowanie cielsko w sukienke. Wtedy to wlasnie mial miejsce pierwszy tego wieczora przelomowy zwrot akcji: na sukience odkrylam wielka plame z sosu sojowego.  Ach czemuz nie zrozumialam, ze to Wszechswiat w subtelny sposob sugeruje mi bym jednak spedzila wieczor w domu! Alas, pozostalam glucha na glos przeznaczenia i przepoczwarzywszy sie w inny stroj popedzilam po rower. Na schodach dopadl mnie telefon od Portugalczyka, sugerujacego, zebym w zadnym wypadku nie jechala do Komaby, tylko od razu na Shibuye, bo tam jest hip karaoke, na ktore wiekszosc AIKOMu uokrutnie sie napalila. Hm. Rzecz w tym, ze trasa Mitaka-Shibuya srednio mi pasuje. Po pierwsze wymaga wyprawy na znienawidzony dworzec Kichijoji, pod ktorym nie mozna za darmo zapoarkowac roweru (OUTRAGE!), a po drugie przejazd w obie strony troche kosztuje. Tak wiec, gnana krakowskim skapstwem wykonalam nawrot w drzwiach akademika i udalam sie po porade do wujka google’a. Wujek, jak zwykle niezawodny, istotnie znalazl mi o polowe tansza, choc nieco bardziej skomplikowana droge. Jedyny szkopul polegal na tym, ze wymagala ona dostania sie na nieznany mi blizej dworzec Mitaka-dai. Nieznany, nieznanym ale na mapce odleglosc nie wygladala na oszalamiajaca, przerysowalam sobie zatem siatke ulic z zaznaczonymi punktami orientacyjnymi (tworzenie z pamieci takich mapek to kolejna po jezdzie na rowerze z parasolem wrodzona umiejetnosc Japonczykow, powstala na skutek dlugotrwalej ewolucji w niesprzyjajacych warunkach). Co mi tam ciemnosci oraz brak rozeznania w terenie, w koncu bylam w harcerstwie, mam gwiazdy na niebie  oraz mapke w dloni, na pewno nic zlego sie nie moze stac, right? ... WRONG. 
     Otoz, po godzinie podazania dokladnie wedlug mojej mapki stwierdzilam, ze cos jest nie tak, skoro linie kolejowa powinnam minac juz ze trzy razy a zamiast tego stoje pod wielkim wiaduktem drogi miedzyprefekturalnej. Nadzieja umiera jednak ostatnia, wiec miast zawrocic w poplochu, mapke cisnelam do kontenera na smieci palne, a podroz kontynuowalam na tak zwany azymut. Podazanie za obranym azymutem przez trzydziesci minut doprowadzilo mnie do sytuacji, w ktorej nie tylko nie za bardzo wiedzialam gdzie jestem, ale takze jak wrocic. (Tak zwane:ここはどこ、僕は誰?). W Japonii oczywiscie fakt bycia zagubionym noca w podmiejskich terenach nie jest powodem do zadnych obaw, wiadomo, ze predzej czy pozniej natrafi sie na pomocnego policjanta, ktory wskaze droge ale mimo wszystko sytuacja nie byla najmilsza, zwlaszcza ze gdzies tam na Shibui trwalo hip karaoke, ktore domagalo sie mojej obecnosci. Troszke sie wiec zdenerwowalam (w japonskim odpowiada temu onomatopeja ira ira). W tym momencie z podporzadkowanej wyjechala na mnie Japonska Mamuska.
      Musicie zrozumiec: Japonskie Mamuski to jedyne potwory odporne na efekt Wielkiego Rozowego Roweru. Sa tak przyzwyczajone, ze obwozenie jednego (a najczesciej dwojki) malych dzieci na ramie/w koszyku/ na foteliku daje im absolutne pierwszenstwo w kazdych warunkach drogowych, ze juz kilka razy zdarzalo mi sie cudem uniknac hekatomby zwiazanej z wzieciem takiej pani na czolowe.
      Heroicznym wysilkiem udalo mi sie wykrecic tuz przed wrogiem, lecz niestety ow karkolomny manewr spowodowal, iz w kolejnej sekundzie spotkalam sie twarza ze strategicznie zasadzonym drzewem.
Wtedy generalnie przebrala sie miarka, napisalam Portugalczykowi, ze zostalam inwalida i zeby sie mnie na Shibui nie spodziewali. W Family Marcie zaopatrzylam sie w zapas slodyczy oraz dwie puszki piwa i popedalowalam w losowym kierunku, poszukujac kobana, czyli budki z policjantem w srodku. Kiedy wreszcie jeden mi sie na patoczyl byla pozna noc a ja podejrzewalam, ze znajduje sie gdzies w poblizu Kioto. Jakiez bylo moje zdziwienie, kiedy policjant wyjawil mi, ze w zasadzie jestem dwie przecznice od akademika....hm...

potem probowalam odtworzyc na mapie swoja trase ale najwyrazniej zaprzecza ona zasadom logiki


a tu wyniki obdukcji po moim spotkaniu z japonska flora
      Tak wiec Misiaczku, nie obawiaj sie - zadnch ‘deeto’ w moim zyciu tutaj nie bedzie. Kosmos je sabotuje!
Czytam: instrukcje obslugi swiezo dostarczonej karty bankowej, w ktora wmontowana jest karta paypassowa, w ktora z kolei wmontowany jest bilet na komunikacje miejska.
Slucham: Hurts - Wonderful Life. Prosze bardzo: nie jestem wcale odporna na wspolczesna muzyke popularna. Ale tylko jesli spiewaja ja szpetni chlopcy, ktorzy najwyrazniej za mlodu przedawkowali new romantic.
Dokonania: Zrobilam pranie!
Fun fact: w japonskich reklamach najczesciej spiewa sie i tanczy co dla nas, bialasow jest mocno surrealistyczne. Zdarzaja sie tez jednak perelki, jak ta. Z niewiadomych powodow jestem nia zauroczona.
PS. Zupelnie bez zwiazku z Japonia ale Aronofsky objawil kolejna serie plakatow do Black Swan. Juz pierwszy byl oszalamiajacy a te sa jeszcze lepsze. To stanowczo najbardziej oczekiwaney przeze mnie film tego roku. (Wiecej o filmach, serialach i kulturowym rozkladzie jazdy studenta wymiany miedzynarodowej jutro!)

pierwotny poster z niemozliwie ucharakteryzowana panna Portman



moj ulubiony z nowych plakatow. tu jest ich wiecej, wszystkie uokrutnie piekne.

sobota, 9 października 2010

When it rains it pours

weekend po mitacku

No i pokaralo mnie za wysmiewanie sie z polskiej pogody. Dzisiaj z samego rana na Mitake runela sciana deszczu. Niestety, jako, ze nie posiadlam jeszcze (zupelnie naturalnej dla tubylcow) umiejetnosci jazdy na rowerze z parasolem, droge na dworzec pokonalam w strugach wody, ktora zapewnila mi darmowe pranie odziezy i niepowtalny efekt tzw. scenicznego makijazu.

Zaprawde, bardzo kusilo mnie zeby zostac w domu i spedzac weekend na slodkim pierdzeniu w stolek ale niestety umowilam sie z Daroslawem, ze pomoze mi kupic telefon. Dodatkowym nieszczesciem bylo glupie wybranie salonu w centrum Tokio, gdzie pan, ktory nas obslugiwal w ogole nie byl przejety nasza bialoscia i (skandal!) traktowal nas jak zupelnie normalnych klientow.

Coz, wobec braku poruszenia moja i Daroslawa zamorskoscia po prostu jak kazdy zolty odsiedzielismy swoje na krzeselku, podczas gdy na stol przed nami wjezdzaly kolejne papiury/umowy/deklaracje (do tej pory nie wiem dlaczego musisalam cztery razy recznie wpisywac swoj adres, zwlaszcza ze byl tez na trzech roznych dokumentach ktore ze soba przywleklam..). Nie bylo latwo (ani tanio) ale osiagnelismy sukces. Za rownowartosc jednego roweru udalo mi sie otrzymac najtanszy mozliwy telefon, najtanszy mozliwy plan taryfowy i olbrzymia satysfakcje.

By uczcic me dolaczenie do sieci telekomunikacyjnej wciagnelismy w pobliskiej knajpie odpowiednio jajcowato-miesnego gluta (Daroslaw) oraz KOTLECIORA (ja). Japonskie jedzenie japonskim jedzeniem, ale nic tak nie utwierdza w poczuciu dobrze spelnionego obowiazku, jak panierowane swinskie mieso, podane na sposob tokijski oraz pokrojone do wygodnego jedzenia palkami. Nazarlismy sie, nagadalismy i rozeszlismy (o, to brzmi prawie jak historia mojego zycia uczuciowego... ZANIM POZNALAM MEGO CUDOWNEGO MEZA).

Kiedy dotarlam do Mitaki bylo juz ciemno, zimno i nadal padalo. Podroz na linii dworzec -akademik poczatkowo byla koszmarna. Pozniej z desperacji wpadlam w delirium, odkrywszy ze skoro i tak od stop do glow jestem mokra, a nowiutki telefon w torbie na pewno utonal, moge rownie dobrze cieszyc sie chwila i wesolo, ze spiewem na ustach (!) wziac za metodyczne zaliczanie najglebszych kaluz oraz wyscigi z samochodami po torze splywow deszczowych.

Dopiero po dotarciu do dom przypomnialam sobie, ze przeciez nie dolaczylam jeszcze do lokalnego NFZ-u wiec ewntualne zapalenie pluc skonczy sie dla mnie bankructwem i deportacja.

Teraz siedze pod kocem, zagryzam aspiryne i modle sie, zeby moje gaidzinskie biale (nomen omen!) krwinki pokonaly wszelkie ewentualne zolte wirusy (hm, zolte wirusy na pewno walcza do ostatka i stosuja taktyke kamikadze...)



uo taki mam tylyfon, nawet kolor sie zgadza



Czytam: instrukcje obsugi telefonu

Slucham: Garbage - Only happy when it rains, cozby innego

Dokonania: Niezapadniecie na zapalenie pluc (miejmy nadzieje)

Fun Fact: W japonskich knajpach, niezaleznie od klasy przybytku na wejsciu dostaje sie nieograniczona ilosc wody i goracej herbaty. Nieocenione w dni obrzydliwe tak jak dzisiejszy.

środa, 6 października 2010

Tour de Mitaka

obiecane zdjecia czyli zamiast sciany tekstu sciana obrazkow!

Najmilsi moi czytelnicy! Dzis wreszcie mialam szanse porzadnie sie wyspac i chyba ostatecznie wyrownalam jetlag. Odziana w spiochy (coz, sen do poludnia nie nastroil mnie bojowo w stosunku do rzeczywistosci) podreptalam na parter, gdzie mamy skrzynki pocztowe. Powinnam byla znalezc tam ksiazeczke bankowa do zalozonego wczoraj konta. Rzecz w tym, ze przesylka jakos nie dotarla. Jest to zupelnie niemozliwe, zwazywszy na nadprzyrodzone mozliwosci japonskiej poczty, ktora (podobnie jak japonskie pociagi)spoznia sie tylko podczas klesk zywiolowych wielkiej skali. Niemniej stalo sie. Niestety, bez rzeczonej ksiazeczki moje mozliwosci bankowo-nabywczo-przelewowe zostaly powaznie zwichniete a z dzisiejszej wyprawy po telefon komorkowy niewiele wyszlo. To znaczy owszem, nawiedzilam salon Softbanku, lokalnego operatora (moge tu spokojnie promowac jego nazwe, gdyz dzieki pakietowi darmowych rozmow w obrebie sieci miedzy 5:00 a 21:00 jest to ulubieniec wszystkich studentow zagranicznych i niech ma z tego jakas korzysc, o!) ale glownie w celach turystycznych. Nieprawdopodobnym zbiegiem okolicznosci pani ekspedientka miala katalog dla przybyszow zza morza, wyjasniajacy w podstawowych jezykach swiata jakie dokumenty sa potrzebne do podpisania umowy i jak wyglada procedura wysysania przez operatora z mojego konta miesiecznych oplat (Softbank robi to sam, co jest w sumie mile). Katalog okazal sie zbawieniem, gdyz przemila sprzedawczyni operowala tak nawarstwionym jezykiem grzecznosciowym, ze rozumialam z niego co trzecie slowo. Zwlaszcza spojki. Bardzo tez chciala zaoferowac mi telefon z telewizorem, gpsem i napedem atomowym wart rownowartosc mojego miesiecznego stypendium. A kiedy poprosilam o tanszy (z naciskiem na NAJTANSZY) model oglosila mi, ze juz go wyprzedali. O nie, Softbanku! Odnajde wymarzonego elektronicznego rzecha w innym salonie. Moze jednak wezme ze soba Mimoze, bo (mimo ksiazeczki) czarno widze te procedury. W zasadzie to zaraz napisze do niej maila - niech go sobie odbierze na swoim japonskim telefonie i niech pomysli jak ja musze sie strasznie czuc nie posiadajac takowego.

Zeby dzien nie byl tak zupelnie zmarnowany wymienilam w banku dolary (kto wie kiedy dotrze do mnie stypendium? Z drugiej strony: im pozniej dotrze tym wiecej sie go nawarstwi.. Forever 21 Japan, here I come!!!)

Tymczasem ku czci mojego dzisiejszego nierobstwa: obiecane tour de Mitaka.





Najpierw pojazd, byscie mogli wreszcie docenic jego przecudna urode (Mamo, ta niebieska kulka to Freak (r) z Sacrum-profanum: straznik moich kluczy do blokady kol).



Pierwszy przystanek: urzad miejski w postaci modernistycznego cemenciaka. Zazwyczaj jest w nim tak wlasnie pusto (chyba ze akurat trwa inwazja AIKOMowcow) i mozna wszystko zalatwic bez czekania w kolejce




Tu zas obowiazkowy element kazdego miasta japonskiego - boisko do baseballa. Samochod w ksztalcie cegly to tez wyspiarska specjalnosc.




Fragment legalnego, darmowego parkingu o ktorym pisalam ostatnio. Jak widzicie posiadanie roweru w kolorze tzw. oczojebnym ma pewne plusy, kiedy przychodzi do lokalizacji tegoz roweru w tlumie.




Przecietna Mitacka boczna ulica, wlasnie takimi pedaluje na stacje.



Sklep gdzie nabylam rozowe prawie-ostre kolo. Nalezy go upamietnic. Pan z obslugi byl iscie japonsko mily i wyjatkowo niejaponsko serdeczny



Zabudowa jak widac gestnieje wraz ze zblizaniem sie do dworca



Na szczescie dworzec mitaka to tak naprawde mniejszy z mitackich dworcow. Wiekszy i popularniejszy jest dworzec Kichijoji - typowy podmiejski moloch, ktorego unikam jak ognia, ku zdziwieniu wszystkich moich japonskich rozmowcow (ktorzy absolutnie nie sa w stanie uwierzyc jak moge umyslnie wybierac wybrac stacje na ktorej pospieszne do Tokio odjezdzaja co dziesiec minut a w godzinach szczytu co cztery, zamiast ta gdzie dzieje sie to dwa razy czesciej).



Codziennie jadac sobie takimi oto uliczkami mysle, ze haslo “miasto wody i zieleni” ktorym reklamuje sie mitaka nie jest wcale az takie od rzeczy


Mitaka jest generalnie plaska (i dzieki bogu, bo calkiem polubilam jazde na rowerze w szpilkach).. Tylko tuz przed akademikiem teren opada, co sprawia, ze wyjazdy sa nieco mniej mile ale za to przy powrotach jedzie sie z tzw. letkiej gorki co wspomaga odczucie dobrze wykonanego obowiazku (nawet jesli dzien spedzilo sie tak jak ja na bezuzytecznej podrozy do sklepu Softbanku)




Rower bezwstydnie zostawiam na parkingu nie swojego budynku bo stamtad najlatwiej go rano wywlec



Moj dom na wygnaniu wyglada zas tak. Skojarzenia z koncem ludzkosci i roslinnoscia porastajaca ruiny cywilizacji jak najbardziej na miejscu. Jesli czytaliscie Swiat bez nas to to jest miej wiecej ten sam klimat



Koty to jedyni wspolokatorzy, co do ktorych istnienia mam pewnosc. Zyja tu w ilosciach nieogarnionych ale wygladaja na szczesliwe (dodaje to zanim ktos [Izabello, I’m looking at you!] wpadnie na pomysl zeby przyjechac i wszystkie je wysterylizowac/oddac do natychmiastowej adopcji). Moze pozeraja insekty. Hm, to wyjasnia brak insektow. Czyzbym odkryla jakis unikalny ekosystem? Hmmm....



Czytam: zasady korzystania z pocztowego konta bankowego. do piatku musze zaksiegowac calkiem pokazny przelew ubezpieczenia akademikowego i wolalabym zeby dotarl tam, gdzie powinien

Slucham: Wolfsheim Annie - gute, deutsche, alte, elektronische smety. Exactly what makes me weirdly happy.

Dokonania: kupilam talerz. wlasny talerz jest niezbednym akcesorium na domniemana akademikowa impreze integracyjna 10.X. Zamierzam wtedy podjac ostatnia probe sprawdzenia CZY KTOS POZA MNA TU W OGOLE MIESZKA.

Fun Fact: w mitace ma swoj warsztar cudownej urody staruszek, ktory od niepamietnych czasow produkuje namioty na zamowienie - dowolnych rozmiarow, ksztaltow etc.


PS. Mis zwrocil mi uwage na potworny szablon. Coz, to mialabyc manifestacja ignoranicji w stosunku do blogowej mody. No ale jesli nawet maz informatyk przywoluje argumenty mojego plastycznego wychowania nie mam wyboru (hm, zwlaszcza ze rzeczywiscie jestem w stanie sobie wyobrazic co dziekan Nowinski powiedzialby widzac te piekna korelacje tla i tekstu) postaram sie spedzic dzisiaj chwile z ABSOLUTNIE NIEINTUINCYJNYMI KOSZMARNYMI ustawieniami blogspota. A dla Was bonus. Kawal mojej sciany gdzie przyklejam wszelkie wazne rzeczy o ktorych nie wono zapomniec (jak na przyklad to, ze mam meza i jak on wyglada..)


wtorek, 5 października 2010

Zaden rower nie jest nielegalny!

tym, ktorzy spodziewali sie filozoficznych rozmyslan o naturze Japonii i Japonczykow doradzam cierpliwosc. w zamian czeka Was kolejna skrupulatna relacja z urzedowych mak. wnioski o natrurze Japonii i Japonczykow musicie wyciagnac sami.


Wiekszosc z Was wie, ze co jak co ale cyklista to ja nie jestem. Trzeba jednak przyznac, ze rozowe (prawie) ostre kolo i mitacka pogoda - idealna do podrozy na dwoch kolkach - troche zmienia moje dotychczasowe przyzwyczajenia. Oczywiscie do czasu kiedy na przyklad zaoram zebami kawal chodnika albo znowu zapomne, ze w Japonii obowiazuje ruch lewostronny i cudem unikam zderzenia. W kazdym razie z milosci do swego rozowego potworka (somehow that does not sound right...) postanowilam dzisiaj uczynic go legalnym. Co zabawne proce

dura legalizacji sluzy glownie temu, zebym mogla lamac rowerem przepisy parkowania i liczyc na to, ze odholowany pojazd bedzie do znalezienia. Czyli wypelnilam przepisy zeby moc bezpiecznie je lamac. Bardzo japonskie. Musicie jednak wiedziec, ze holowanie nielegalnych rowerow odbywa sie w Mitace w okolicach dworca czesto oraz gesto. W ogole nie ma tam bezplatnych parkingow, a zeby wjechac na te odplatne nie placi sie cieciowi przy wjezdzie. Trzeba sie opodatkowac w rocznej deklaracji podatkowej w styczniu (how weird is that?) - na chodniku zas mozna bicykl postawic na maksymalnie trzy godziny. Tak wiec z rana nie odwazylam sie mojego niezarejstrowanego dwukolowca wyprowadzic spod akademikowego daszka i do pociagu dymalam trzy kilometry na obcasach. Kolana na

pewno podziekuja mi za to za 10 lat...

O procedurze otwierania konta niewiele moge napisac - na szczescie nie wygladala ona tak jak na zajeciach z japonskiego. Szczesliwie dlonie wszechmocnego Todaiu zorganizowaly dla wszystkich ludzi zza morza specjalne spotkanie, oferujac ochotnikow bankowych do pomocy w uzupelnianiu rubryczek. Tak wiec gon sie Mimozo, wcale nie bylas mi potrzebna. Zreszta jeden Hindus przyszedl chyba z twoim bratem blizniakiem. Zlosliwie stwierdze, ze tenze blizniak na niewiele sie Hindusowi przydal. Anyhows, jako ze bylam jedyna osoba bez tutora, doswiadczylam specjalnej opieki i troski - dopoki nie wyniklo, ze jednak cos tam rozumiem z japonskiego... Damn, nastepnym razem bede to skrupulatniej ukrywac. Po banku ponownie nawiedzilam pania Yasude z biura wspolpracy miedzynarodowej, oddalam jej troche dokumentow, dowiedzialam sie, ze po 16.00 musze oddac kolejne. W wolnym czasie wrocilam wiec do akademika rejstrowac pojazd. Pelen sukces. Kontratak na uniwersytet wykonalam juz za pomoca bicyklu. Malo tego

! Zasiegnawszy jezyka udalo mi sie odnalezc BEZPLATNY MIEJSKI parking. Musialam co prawda oddalic sie od dworca o jakies 500 metrow i przedostac na zarosniete podworze ale czego czlowiek (zwlaszcza Krakus!) nie zrobi dla oszczednosci...

Oszczednosci niestety nie mogly objac 15 zlotych, wydanych na kolejna podroz do Tokio i nazad. No ale jest szansa ze po dzisiejszych wysilkach biuro studentow zagranicznych na jakis czas sie ode mnie odczepi. Zywiac taka nadzieje powrocilam do Mitaki - po drodze nagradzajac sie za udany dzien zakupem kosza na brudy, proszku do prania (lub czegos co wyglada na proszek do prania - okaze sie po pierwszym uzyciu...) i Koktajlu Karori Mango Mix Suntory (kto zna ten wie, kto zas nie zna potegi japonskich puszkowanych drinkow niskoalkoholowych i tak nie zrozumie...). Zyc, nie umierac. Tylko dlaczego moj profesor opiekun olewa moje maile, skoro KONIECZNIE, NIEZWLOCZNIE POTRZEBNY MI JEGO PODPIS NA JEDNYM DOKUMENCIE?!! Coz. Nie tak niezwlocznie zeby jutro ruszac tylek z Mitaki. Wysmaze maila do biura anglistyki (jak milo, ze moge to zrobic po angielsku, ha!) - zatrudnili dziada to niech go teraz dla mnie zlokalizuja...


Czytam: gazete.pl nadrabiajac zaleglosci z wiesci z kraju und swiata. (Ja chce nadrabiac swiat a pierwsze widze to .. rece opadaja)

Slucham: The Smashing Pumpkins- Raindrops + Sun Showers. ta muzyka byla dzis tlem audio w moim snie w ktorym Kim Catrall starzala sie ale tak jak kwiatek (?) a ja polknelam igle do szycia (?!)

Dokonania: udalo mi sie zaplacic w maszynie akademikowej o 100 jenow za malo za ten miesiac, wiec bezlitosny system odlaczyl mi prad

Fun fact: oficjalnym weryfikatorem tozsamosci w Japonii jest 判子 czyli pieczec. Obcokrajowcom doradza sie, zeby na poczatku do zalatwiania podstawowych spraw kupili jakakolwiek z dowolnymi znakami nazwiskiem. mozna chyba nawet uzywac takiej z obrazkiem myszki miki.


PS. Dla osobnikow glodnych obrazkow: edukacyjna mapka.




Oto swiat z podzialem na ruch prawo- i lewostronny.

Jutro poza zalatwieniem telefonu nie mam nic powaznego do roboty wiec sprobuje udokumentowac piekny, jesienny wyglad miasta Mitaka :-D

My life outside of the Program

kogo nie zabila wczorajsza sciana tekstu: bardzo prosze oto dokladka


Kochani! Kolejny dzien przyniosl mi oczekiwana odmiane po weekendowym stuporze. Wraz z nastaniem poniedzialku otwarly sie bramy wszelkich mozliwych biur i wylecialy z nich straszliwe ilosci papierzysk w ktorych teraz brne, probujac niczym kopciuch podzielic je na kupki “do zrobienia wczoraj”, “nie do zrobienia” i “nie rozumiem”.
A dzien zaczal sie tak milo.. Podsluchawszy wczoraj na spotkaniu Programu, ze AIKOMowcy zaatakuja urzad miejski okolo 9.00 postanowilam przytomnie udac sie tam przed nimi w celu dokonania procesu oficjalnej rejstracji bialasa. Plan niehybnie zostalby zasabotowany przez niedzialajacy (bo nie przestawiony na japonski czas) budzik, gdyby nie pan Ciec, ktory o 7.50 (o 7.50. w akademiku. I mean REALLY?!!) przyniosl mi poczte, przekonany, ze na pewno nie odnajde jej na dole w mojej skrzynce...( Przy okazji: mozna juz oficjalnie do mie pisac na adres stacjonarny: Mitaka International Hall of Residence D#309, 6-22-20, Shikawa, Mitaka City, Tokyo 181-004 [三鷹国際学生宿舎 D#309, 181-004 東京都三鷹市新川6-22-20). Przysylajcie kielbase. Magdo, nie zamawiaj na mnie w ramach zemsty rzeczy z Amazona...przynajmniej nie bez uprzedzenia] W kazdym razie: poranna dostawa pierwszej tego dnia gory papierow sprawila, ze obudzilam sie, ogarnelam i popedzilam cwalem w strone urzedu miejskiego, by zdazyc dotrzec tam przed tlumem Programistow. Po drodze musialam pokonac automat do zdjec, co ze wzgledu na zuzyta ilosc czasu prawie udaremnilo moj plan. (no co? zdjecie przecie sobie robilam - tego sie nie da przyspieszyc gdyz wdziek moj jest ulotny i slabo rejstruje sie na kliszy). W efekcie, ledwie znalazlam wlasciwe okienko i zajelam ustawione przed nim krzeselko do ratusza wpadla wysoce niezorganizowana, glosna grupa znanych mi juz AIKOMistow. Ha, ha, too late, suckers!!!

Otrabiwszy urzedniczy sukces przemiescilam sie na glowny kampus, gdzie w budynku wydzialu literatury, wdziecznie nazywanym “pudlem od zapalek”, na pietrze numer osiem odnalazlam mojego opiekuna, wraz z moim profesorem-patronem i Mimoza. Hm, w poprzednim poscie stwierdzilam, ze to ja jestem mimoza. Nieprawda. Ultimate mimoza jest Kanazawa, panienka, ktora odebrala mnie z dworca w dniu przylotu. Nie mam nic przeciwko niej (w koncu mnie odebrala! darowanemu koniowi i tak dalej..) Niestety bidula mowi tak cicho, ze nie da sie uslyszec zas zyciowej energii ma tyle, iz mam ochote zaaplikowac jej elektrowstrzasy za kazdym razem jak na nia spojrze. No ale niestety, stalo sie: Mimoza zostala moim tutorem...Jak sama nazwa wskazuje tutor to opiekun bialego studenta. Blakawszy sie po kampusie w postaci “pudelka od zapalek” z zazdroscia spozieralam na wszystkich obcokrajowcow, oprowadzanych przez swoich wlasnych, prywatnych, blyszczacych i nowiutkich tutorow. Smutno mi bylo ze ja takiego nie mam i zastanawialam sie skad tez by go wziac. Coz - tutor zostal mi zeslany. TYLKO DLACZEGO W POSTACI MIMOZY?!!

Mimoza oczywiscie stara sie, ale niestety sile przebicia ma zadna. Oh, well. Przynajmniej pokazala mi gdzie jest biuro spraw studenckich - odebralam legitymacje i kolejna dawke papierow. Potem z Mimoza zwiedzilam biblioteki, stolowki, lokalne sklepy. Skontestowawszy, ze nie potrzebuje przewodnika tylko kogos kto pomoze mi wypelnic te cholerne papiery zwalilam na nia formularz rejstracyjny do providera internetu. Nastepnie zmusialam, zeby zadzwonila do drani i mnie zarejstrowala (a co! dostaje za to moje tutorowanie jakies tam pieniadze - moze i niewielkie ale na rachunek z komofonu powinno jej wystarczyc :D). God bless her, zalatwila! (Ach, gdybym wiedziala ile jeszcze mam w papierach rzeczy, ktore powinna za mnie rozwiazac nigdy bym jej nie wypuscila do domu..) Coz. Dodam tylko, ze ludzie z Programu mieli internet dwie godziny po tym, kiedy przyjechali. Dobrze ze nie mieszkaja w jednym budynku bo chyba bym o podpalila. Wracajac ze stacji bylam tak wypruta, ze zamiast isc z buta kupilam sobie prawdziwe mamachari: dwukolowy pojazd o napedzie noznym jakos tam spokrewniony z rowerem - symbol kazdej szanujacej sie japonskiej mamuski. (I oczywiscie: bialasy z Programu dostaja rowery za darmo. Niestety akademikowe biuro nie dalo sie namowic ze moze skoro ja tez jestem biala a rowerow do wziecia sporo to hmm..) Oh well, wypchajcie sie - mam moje mamachari. Nie umiem na nim jezdzic ale co tam - dowiozlo mnie do akademika przed zmrokiem.

Pokonana przez japonskie metody blokowania kol na noc wzielam za wszarz lokalesa (biedny szedl wyrzucic kartony do smieci, zaslanial sobie nimi doroge i zanim mnie zauwazyl bylo juz za pozno..). Z zimna bezwzglednoscia zmusilam go zeby pokazal mi jak zabezpieczyc nieszczesny rower. Tak skonczyla sie moja pierwsza interakcja ze wspolokatorem z akademika. Jak wiesci o mnie sie rozniosa juz zaden mitacki Japonczyk nie pokaze mi sie na oczy. I DOBRZE. SIEDZCIE W POKOJACH, SMIERDZIELE!!! .....O, Ciec przyniosl mi parasol. Fajnie


Czytam: opis jutrzejszego spotkania w sprawie kont bankowych. jest to tekst wyraznie przeznaczony dla Mimozy, ale ze ona jutro ma zajecia musze dranstwo zlamac sama.

Slucham: Pulsowania krwii we lbie

Dokonania: Wybralam rower w kolorze, ktory Eddie Izzard okreslilby mianem “fuck off” pink

Fun fact: Oficjalna roslina (sic!) miasta Mitaka jest milorzab.