Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polandia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 kwietnia 2012

The End is the Beginning is the End



 Eternity is a terrible thought. I mean WHEN IS IT GOING TO END?!


       Drodzy Czytelnicy. Nieodwołalnie nadeszła pora na notkę liryczną, kończącą internetowy żywot Długiej Nogi. Wróciłam do Polski, prawdziwe życie natychmiast rzuciło mi się do oczu i nie pozwoli pewnie w najbliższym czasie na jakąkolwiek blogotwórczość.
         W ramach ostatniego wpisu chciałabym pozostawić Was więc ze swym krótkim rachunkiem sumienia związanym z ostatnimi 18 miesiącami. Był to czas kształcący, pełen smuteczków, radości, momentów ekscytacji i połaci śmiertelnej nudy. Pozostanie mi po nim kilka silnych wspomnień, które ośmielam się wyszczególnić poniżej.


Za czym na pewno  nieraz zatęsknię:

- Za byciem najwyższą osobą w metrze i sianiu lęku wśród najzatwardzialszych kiziorów poprzez patrzenie na nich z wysokości obuwia na obcasach
- Za widokiem z okna na port i słońce zachodzące za górą Fuji
- Za komunikacją miejską i krajową jak ze snu, cichym, kojącym szumem shinkansena, czy monotonnym, usypiającym stukotem kolejki podmiejskiej.
- Za tłustą rybą z supermarketu, gotową do spożycia na surowo
- Za ścianą w tymże supermarkecie, pełną kolorowych drinków w puszkach, składających się z wódki konserwantów, chemii i cukru.
- Za dystansem od spraw krajowych, możliwością wyłączenia wyborczej.pl i nie zaglądania tam przez tydzień. Za szansą błogiego ignorowania niedokończonej A2, rozkopanej Świętokrzyskiej etc.
- Za suchą słoneczną zimą, z temperaturą oscylującą między 5 a 8 stopniami Celsjusza
- Za niezobowiązującym, studenckim życiem, dobrze opłacanego białego tucznika
- Za ekstatycznym ‘YOU DID IT!’ mojej instruktorki pole dance, wieńczącym me syzyfowe starania opoanowania kolejnej figury
- Za amazon marketem i tanimi książkami opisanymi jako używane a wyglądającymi jak nowe
- Za poczuciem bezpieczeństwa o każdej porze dnia i nocy.


O czym chętnie zapomnę:     

- O powszechnym braku centralnego ogrzewania i powietrzu w mieszkaniach wiecznie wysuszonym przez grzejącą/chłodzącą aparaturę klimatyzacyjną
- O braku nocnej komunikacji, skazującej codziennie jakiś milion osób w obrębie Tokio na szalony, pijacki bieg do ostatniego pociągu o 23:55
- O tym, że ‘starość nie radość’ i że wesołe studenckie życie już nie do końca jest dla mnie, gdyż najwyraźniej pragnę zakorzenić się we własnym domku przed kominkiem i rozpocząć to, co groźnie nazywa się ‘wiciem gniazdka’
- O specyficznym uczuciu przerażenia, które może wywołać tylko mail z sekretariatu, napisany o czwartej rano i żądający doręcznia w ciągu 12 godzin TONY papierów o których nigdy wcześniej nie słyszałam.
- O zapóźnionym repertuarze kinowym namiętnie pomijającym wszystkie filmy, które mnie interesują


         Plusy dodatnie jak widać znacznie przewyższają liczbą plusy ujemne – i słusznie bo cały wyjazd okazał się doświadczeniem wartościowym.  Wszystkim Wam, którzy mi podczas niego towarzyszyliście  dziękuję serdecznie za uwagę, kreatywne komentarze, kilka mniej lub bardziej dziwnych fanmaili oraz podążanie koślawymi śladami mej nogi. Bądźcie zdrowi!

Czytam: udajmy że oferty pracy dla osoby bez doświadczenia, bez umiejętności ale z wielkim ego.
Słucham: David Guetta feat. Sia Titanium. Się pamiętam jeszcze ze zwalającego z nóg trailera do ostatniego sezonu Six Feet Under (przy którym do dzisiaj szlocham jak ostatnie emo). David Guetta ku mej uciesze zaprzedał duszę mainstreamowi i chwała mu za to. Generalnie jednak lubię po prostu piosenki w których panie śpiewają, że są kuloodporne i zrobione z tytanu albowiem mile łechce to mą feministyczną wrażliwość... Gdzieś w okolicach piątej rano, kończąc Mass Effect 3 przyłapałam się na podśpiewywaniu pod nosem tego utworu.
Dokonania: Mass Effect 3 skończony. Nowa szkoła pole dance znaleziona. Gros gotówki na własną rurę zgromadzony. Dorosłe życie? Let’s do this thing!

Na koniec chciałabym pozostawić Was, drodzy Czytelnicy z mądrością rodem z Coelho:




ps. Prawdopodobnie, kiedy już zapuszczę korzenie rozruszam swojego własnego tumblra, który przejmie rolę tego bloga związaną z agendą feministyczną oraz popkulturową. Na pewno umieszczę tu link, więc zaglądajcie odczasu do czasu na porastającą kurzem Długą Nogę.

niedziela, 11 marca 2012

Odyseja pani P.


... czyli o upadku prasy papierowej


Dzień dobry. Ach, jakże ten czas szybko płynie! Trudno uwierzyć, że dziś mija okrągły rok od marcowego trzęsienia, tsunami oraz kryzysu wokół eletrowni w Fukushimie. Jeśli macie chwilę, wspomnijcie osoby, które wtedy zginęły i poświęćcie chwilę na zadumę. Za to absolutnie nie poświęcajcie czasu na: a/ przekonywanie polskiego rządu by nie budował elektrowni atomowej BO PO DOŚWIADCZENIACH JAPONII TO SZALENIE NIEBEZPIECZNE I WSZYSCY UMRZEMY W RADIOAKTYWNYM GRZYBIE, ani na b/ jakiekolwiek próby porównywania japońskiej katastrofy z polskimi katastrofami lotniczymi/kolejowymi/samochodowymi.... Przypadek ‘b’ wyjaśnię i rozwinę na przykładzie pani Paulinki, dzielnej dziennikarki, która napatoczyła się na mnie w tym tygodniu, (nieświadoma, iż prowadzę szalenie popularnego, jadowitego bloga...)

Od początku jednak - Pani Paulinka uraczyła mię telefonem (mój numer otrzymała prawdopodobnie od M., lecz nie winię jej – to niewinna istota niezdolna do zła) na początku tygodnia, w godzinach późnowieczornych. Telefon z polskiego numeru zawsze mnie zaskakuje, po cichu liczę, że to premier dzwoni zaoferować mi wreszcie pracę w dyplomacji (albo wywiadzie).  Niestety, jako się rzekło, miast Donalda, ze słuchawki przemówiła do mnie pani Paulinka. Owa pani Paulinka nawiązywała kontakt w imieniu telewizji i chciała bym wypowiedziała się na antenie na temat zeszłorocznego tsunami... W KONTEKŚCIE KATASTROFY KOLEJOWEJ NA LINII KRAKÓW-WARSZAWA. WTF??! Nie zdążyłam się jeszcze nawet dobrze zdziwić, gdy pani P rozwinęła przede mną wizję tego, jak to o 20.00 czasu polskiego wejdę via Skype na polskie ekrany i będę rozprawiać o swych wspomnieniach z 11-go marca. W tym momencie spojrzałam na zegar i szybko przeliczyłam, że polska 20-ta będzie moją 4-tą nad ranem. Parcie na szkło może i mam ale me parcie na sen jest większe. Wyjaśniłam zatem (wyraźnie zszokowanej) pani P., iż między Polską a Japonią mamy obecnie osiem godzin różnicy czasu i że chyba podziękuję za życiową szansę wystąpienia w telewizji... Ponieważ jednak, w związku z rodzinnymi koneksjami, mam sentyment do pismaków wszelkiego sortu, zaoferowałam pani P. kontakt mailowy do kilku osób, co do których wiem, że były w Japonii podczas trzęsienia ale wróciły już do Polski, i o swoich przeżyciach mogłyby opowiedzieć z tej samej strefy czasowej.
Udostępnienie personalnych danych znajomych (za co ich przepraszam) dało mi mniej więcej 90 minut wytchnienia od Pani P. Około godziny 23.00 ma komórka odezwała się raz jeszcze. Pani P. ogarnęła, że mimo wszystko nie potrzebna jej osoba przebywająca na terenie Ojczyzny, lecz Polak na obczyźnie. Why? Nie mam pojęcia. Wyjawiła także część swojej koncepcji audycji (czy, jak to określił Małż: ‘wyjaśniła dokładnie, co chciałaby żebyśmy w telewizji powiedzieli’). Wątkiem przewodnim programu miała być żałoba narodowa, niesłusznie (zdaniem redakcji) wprowadzona po wypadku kolejowym i porównanie jej do reakcji Japonii na katastrofę naturalną z 2011 roku (w domyśle: ‘U Żółtych nie było żadnej żałoby nawet po takiej wielkiej tragedii, a u nas po śmierci 16 osób już trzeba odwoływać wszystkie imprezy masowe! ESCANDALO!!!’). Jasne, idea wprowadzania żałoby narodowej po wypadku pociągów też jest dla mnie egzotyczna i, mówiąc wprost, głupawa ALE NIE BĘDĘ ATAKOWAĆ JEJ ZA POMOCĄ 16.000 JAPOŃCZYKÓW, KTÓRZY STRACILI ŻYCIE PODCZAS TSUNAMI. Więc powtórzyłam  pani P., że nie będę w środku nocy występować przed ekranem w papilotach, produkując amunicję do walenia w działania (jakkolwiek pomylone) prezydenta Bronisława.
Again, moje argumenty wystarczyły na około godzinę. Tuż przed północą telefon rozdzwonił się ponownie, zaś ja, niczym prawdziwa dzielna feministka, przekazałam go natychmiast w ręcę Małża. Małż przez telefon potrafi być Smokiem Nienawiści (dlatego oficjalnie nie wolno mu rozmawiać na przykład z call-center TePsy), bez trudu pokonał więc Panią P., pytając ją, czy ona wie, że wydzwania do nas o dwunastej w nocy (again: była zszokowana, sugeruję więc, żeby redakcja kupiła jej kalkulator, lub wyjaśniła, że jeśli na jednaj półkuli Ziemii jest dzień TO NA DRUGIEJ PANUJE NOC). Kategorycznie odmówił także udzielenia komentarza, oddania słuchawki żonie i w ogóle dalszej kooperacji. Słuchałam go z wyrazem uwielbienia na twarzy. Kocham mego Miśka. Zaś pani Paulinka w dalszych przygodach dziennikarskich,  powinna się naprawdę nieco opanować.

***

PS. Oczywiście, powie ktoś – pani Paulinka wykonywała tylko swoją pracę (w której, jak lojalnie wyznała mi przez telefon, jest nowa), robiła to, co jej kazano i nie można jej pociągać do odpowiedzialności za to, iż pracuje dla nierozgarniętych redaktorów. Tak się jednak niestety  (dla pani P.) składa, że ja sama jestem dzieckiem dwóch redaktorów, których uważam za nader rozgarniętych. Do tego lubię myśleć, że zostałam poczęta gdzieś na prasie drukarskiej, a w wieku niemowlęcym zamiast dobranocki oglądałam Wiadomości. Dlatego portaloza i upadek standardów prasy drukowanej oraz mediów telewizyjnych bardzo mię bolą i choć nijak nie jestem w stanie ich powstrzymać, będę do śmierci jeździć po wszystkich paniach Paulinkach świata, ich szefach oraz ludziach, którzy tak już się zglobalizowali, że przed telefonem na drugi koniec świata nie są nawet w stanie sprawdzić, która tam może być gdzina. Amen.

Czytam:  P.G. Wodehouse Right Ho, Jeeves – troszkę już wpadam w reisefieber a brytyjski humor z początku XX w dobrze rozładowuje me napięcie.
Słucham:  Nothing in particular
Dokonania:  Po pi razy oko pół roku ćwiczeń dzisiaj umęczyłam  wreszcie gemini, figurę pole dance, którą osobiście uważam za najpiękniejszą. Taraz drapię się po tyłku zastanawiając się, co będzie moim kolejnym celem i motywacją.
Fun Fact: A propos rocznic i świąt. Z okazji minionego dnia kobiet, roponuje Państwu bezcenny komiks, znaleziony gdzieś w otchłaniach tumblra – oto moje małżeństwo w telegraficznym skrócie:



wtorek, 7 lutego 2012

Noc z Siopanem



...czyli: krytyk kulinarny nie zna patriotyzmu!

                Teoretycznie od dawna wiemy, że w Tokio jest polski bar. Poprzysiegliśmy sobie jednak udać się tam dopiero, gdy porządnie przyciśnie nas tęsknota za  Ojczyzną ogólnie, a ‘kiełbasom z czystom’ szczególnie.  Pierwsze konkretne przyciśnięcie nastąpiło około tydzień temu. Szybko skeciliśmy więc sobie towarzystwo (w postaci Przyjaznego Amerykaniana oraz jego Japonki) i, pod pozorem szerzenia rodzimej kultury kulinarnej, udaliśmy się we czwórkę w stronę Shibui, albowiem to tam znajduje się przybytek o wdzięcznej nazwie ‘Siopan najto’ czyli Chopin Night – polish dining bar*.
                Knajpy (jak każdej  innej w Japonii) nie idzie znaleźć bez dokładnej mapki. Kiedy jednak człowiek jest w nią zaopatrzony, droga okazuje się stosunkowo nieskomplikowana. Trzeba odnaleźć budynek, wyjechać na trzecie piętro (mocno odstraszającą) windą i już jesteśmy.

*/Nawiasem mówiąc od kwietnia lokal przenosi się w inne miejsce, więc bądź czujny, potencjalny gościu!



Wnętrze przytulne,  ozdobione polskimi dzindzibołami wszelkiej prowinencji (JEST I STRÓJ KRAKOWSKI) oraz okazyjnymi żółtymi gośćmi.


                Jak na kanjpę w stolicy Japonii, Chopin Night ma nawet pokaźny metraż – poza barem można usiąść przy kilku stolikach. W sobotni wieczór na sali był komplet klientów, w większości lokalesów. Obsługa swojska, lecz lingwistycznie wytrenowana. Wyposażenie wnętrz przyjemne, szczególnie udane w obklejonym (bardzo) dziwacznym zestawem zdjęć  oraz  plakatów toaletorium.... Nie sądziłam, że wielki poster do dzieła pt. Ciacho sprawi mi taką radość.... Generalnie jednak wiadomo, że nie dla wycinanek łemkowskich na ścianie udaliśmy się do Chopin Night... UDALIŚMY SIĘ TAM BY ŻREĆ I PIĆ.



Karta krótka ale treściwa – z marynowanym śledziem produkcji własnej, importowaną (strach myśleć jakimi kanałami!) krakowską suchą oraz germańskimi piklami, udającymi rodzime korniszony. Z przystawek można także zagryźć francuskie syry, które służą chyba tylko jako podkładka pod francuskie wino, serwowane w lokalu zamiast rodzimego jabola.


                Ponieważ przy stole siedzieliśmy bite cztery godziny, zdążyliśmy wypróbować prawie cały repertuar kuchni.  Bigos przedni (choć maławy), gołąbki suche – kotlet na stoliku sąsiadów wyglądał kusząco, ale uznaliśmy go za zbyt mało oryginalną potrawę. Zasmucił nas brak pierogów, lecz pewnie są ku temu brakowi jakieś niezmierne ważne powody (INACZEJ ZBRODNIA NIEWYBACZALNA!). Generalnie jedzenie dobre – wstydu ni mo.



                Co do picia, poza wspomnianym już francuskim sikaczem, można skusić się np. na germańskie piwo, rodzimą wódeczkę albo specjalność zakładu czyli OSOBNĄ KARTĘ ŻUBRÓWKOWĄ. Butelka z trawą jest w Japonii najpopularniejszym polskim produktem eksportowym, trudno więc się dziwić mnogości drinków na niej bazowanych. Z dumą oświadczamy, że próbowaliśmy wszystkich i wszystkie były co najmniej przyzwoite – za wyjątkiem okaleczonego dziecka Żubrówki i Mojito, które było mało miętowe i mocno spirytusowe. Pozostałe napitki prima sort!



                Z dodatkowych atrakcji: na ekranie w głębii baru nieustannie lecą polskie teledyski. W ramach nieustającej dyskusji o ACTA, zastanawialiśmy się, czy barman odprowadza opłatę do ZAIKSU i kto miał by go prawo w Japonii aresztować jeśli tego nie robi. Na obrazku ja, oraz jeden z moich ulubionych wideoklipów z panem Maleńczukiem (synem Edwarda).
Przy okazji - to nie gra świateł - na moim chubby ramieniu wyłania się rachityczny mięsień... Vivat rura!



                Jak zawsze w polskich knajpach, ściany udekorowano napisami z PRL. Dopełniają je ludowe wycinanki. Są także gigantyczne solne kamulce z Wieliczki.  Ja zapytuję się jednak GDZIE JEST WAŁĘSA?!

                Generalnie Chopin Night ukoił na chwilę naszą tęsknotę za Ojcyzną. Przebywającym w Tokio polecamy lokal z serca, zaś przebywający w Polsce mogą zawszse zajrzeć na jego stronę!

Czytam: Dalej Feminism in Modern Japan. Świetne opracowanie. Jak już będę duż,a też będę pisała tak naukowo i tak ciekawie NA RAZ.
Słucham: Hurts Wonderful Life. Stanowczo muszę sobie stworzyć na ajpodzie osobną playlistę pt. ‘Piosenki tak złe, że aż idealne na rurę’
Dokonania: -
Fun Fact: -

wtorek, 18 października 2011

Polandaliada



...czyli ‘Do kraju tego, gdzie kabanos wonie...’.

          Dzień dobry. Na początek nowego tygodnia na Długiej Nodze, dwa słowa o Pōrando-sai (ポーランド祭), to jest ‘Festiwalu Polskim’ w Tokio. Po pierwsze, mało brakowało, a w ogóle byśmy się o tym Festiwalu nie dowiedzieli, z prostej przyczyny, że wydarzenie odbywało się w Roppongi, dzielnicy, która budzi w nas przerażenie. Roppongi jest na tokijskiej mapie oazą ex-patów, głównie z USA. Ich białe, niezasymilowane kulturowo gęby straszą tam na każdym kroku. Generalnie na terenie Roppongi zwyczaje są małoazjatyckie, klimat pijacko-rozrywkowy a ogólny nastrój można podsumować mianem ‘entuzjastycznego poszukiwania japońskiej... hm... powiedzmy „żony”’. Roppongi (zwłaszcza wieczorami) lubi być głośne, rozwrzeszczane, a nawet szczątkowo niebezpieczne, stanowiąc jedyne poza Kabukichō miejsce w Tokio, gdzie istnieje cień (raczej cień cienia) szansy, iż ktoś nas okradnie. 
          Obietnica stoiska z kiełbasą wystarczyłą jednak by przełamać w nas wszelką niechęć i sprawić, że w niedzielne popołudnie raźno ruszyliśmy do kompleksu ‘Roppongi Hills’ – z lekka upiornego konglomeratu sklepów galerii i biur, przy którym warszawskie Złe Tarasy wyglądają jak dziecięca konstrukcja z klocków Duplo. Konkretna lokalizacja polskiego festiwalu, chociaż niewielkia metrażowo, logistycznie położona była doskonale, zajmując jeden z dziedzińców kompleksu. Dzięki temu ruch był spory, a wokół piętnastu stoisk kręciła się konkretna ilość Japończyków, poprzetykanych gdzieniegdzie spragnionym kabanosów tokijskim Polakiem. Znad stolików dla gości wzbijała się woń bigosu i piwa Żywiec. Znad stolików handlowych lśnił niestety ino Bolesławiec, bursztyn i płyty z Szopenem. W tle dało się zaobserwować niewielką scenę, na której, (jak sprawdziliśmy w programie) zaplanowano głównie koncerty fortepianowe, koncert gitarowy i jeszcze więcej koncertów fortepianowych. Trochę szkoda, bo na zeszłorocznej emanacji imprezy znalazło się podobno miejsce nawet na jakiś pokaz mody i ogólnie nieco więcej ducha współczesnego, ale cóż... Jak promować Polskę za granicą jużsię zastanawiałam, lecz w Japonii o Polsce nadal wiadomo na tyle niewiele, że chyba każda promocja (nawet taka w oparach Cepelii) jest ‘w porzo’. My w każdym razie zdołaliśmy planowo kupić kiełbasę, więc generalnie z Pōrando-sai  wyszliśmy zadowoleni.



Upiorny cień Bolesławca, który rozpościerał się nad całym eventem



Najważniejsze miejsce całych targów i ich społeczne oraz geograficzne centrum: BUDA Z POKARMEM.



              Laureat naszego konkursu  na najlepsze stoisko: firma Forever Entertainment ze swoją grą o Szopenie, stworzoną na ajPada na wzór Guitar Hero i ubogaconą mocno psychodelicznymi animacjami z zombie-Szopenem wskrzeszonym z grobu i zmuszonym podejmować w muzycznych pojedynkach przeróżne tuzy muzyki współczesnej... Bomba!



...inny gadżet z Polski, którego nie wiem dlaczego nie można było na żadnym stoisku nabyć, ale który posiadam i który z niejaką radością zlokalizowałam także u jednej z pań hostess – opaska na rękę (bo chyba nie jest to bransoletka) z tradycyjnym motywem kwiatowym. Moją nabyłam na lotnisku tuż przed wylotem, by wzmożyć własny patriotyzm. Sklep nazywał się Kapela i miał w ofercie przeróżne cuda w cenach zaporowych – na przykład eleganckie szpilki na bazie kierpców za złotych polskich 3000.



Narybek japonistyczny w strojach ludowych oraz ja w tradycyjnym stroju Nelli Rokity.



W kwestii turystyczno-krajoznawczej jednym z ciekawszych punktów Roppongi Hills jest brązowy odlew (w skali 1:1) Mamusi Louise Bourgeois. Ma w odwłoku jajeczka!



Last but not least: namacalny efekt wyprawy na Festiwal Polski: Kanapka (na obrzydliwej japońskiej cium-cium bule tostowej, ale zawsze) z KRAKOWSKĄ SUCHĄ!

Czytam: Właśnie dziś w 2/3-cich zarzuciłam The Next 100 Years, po tym gdy Friedman wesoło zaczął przepowiadać na jakich dokładnie orbitach USA utrzymywać będzie w latach czterdziestych swoje kosmiczne stacje bojowe.
Słucham: Dość jest to haniebne, lecz ścieżki dźwiękowej z Dzwonnika z Notre Dame Disneya. Wraz z nowym semestrem wróciłam na zajęcia profesora W., gdzie na pierwszy ogień rzucił właśnie wiwisekcję tegoż filmu. Muzyka w bajkach Disneya mnie rozbraja.
Dokonania: -
Fun Fact: Z początku notki ciut nadawałam na Roppongi, nie da się jednak zaprzeczyć, że to właśnie tam znajduje się najlepszy punkt widokowy w Tokio, który polecamy wszystkim odwiedzającym nas w Japonii. Mori Tower w kompleksie Roppongi Hills dysponuje szerokim piętrem widokowym z pełną panoramą oraz możliwością wyjścia na lądowisko helikopterowe. Widok stamtąd (zwłaszcza nocą, kiedy miasto rozciąga się dosłownie od horyzontu po horyzont) przebija kilkukrotnie to, co można zobaczyć z Tokio Tower i innych bardziej rozpowszechnionych (czytaj ‘zatłoczonych’) miejsc widokowych w mieście.

niedziela, 9 października 2011

Krótka depesza wyborcza



...prosto z Obwodowej Komisji Wyborczej nr 100!
         Drodzy Czytelnicy! Wyobraźcie sobie, że wczoraj, gdy Wy ledwie otwieraliście sklejone snem oczęta, my już dzielnie stawialiśmy krzyżyki. Zainwestowawszy w polską demokrację po 1000 jenów, pociągiem wyprawiliśmy się na Meguro, do ambasady. 

Notka turystyczno krajoznawcza: dzielnica Meguro jest zielona i raczej spokojna (gęstość zaludnienia ledwie 17,000 osób na km2). Poza piętnastoma ambasadami można tu także znaleźć główną siedzibę szkoły jazdy Hinomaru, usytuowaną w cienkim budynku z charakterystycznym blobem.


Flaga japonii, cyc do przodu i DEUS EX KABINA!

          Na liście głosujących było 160 osób. Należy do tej liczby dodać jeszcze około 20-tu, które zdecydowały się oddać głos korespondencyjnie i mamy sumę głosujących na Wyspach Japońskich. Wszyscy oni, niezależnie od miejsca zameldowania, oddali głosy na listę warszawską.

....na koniec: maskotka ambasady (w Japonii wszystko musi mieć swą maskotkę!!!) polski żubr.

piątek, 7 października 2011

Polak, co leży z dala od Macierzy



Bosman Józef Szybiew, Matsuyama 1905. Zaraz dowiecie się państwo, skąd wziął się  na moim blogu.

          Moi drodzy! Mam nadzieję, że znacie już na pamięć listę kandydatów swojej ulubionej partii we własnym okręgu wyborczym i (nawet obudzeni w środku nocy) potraficie wyrecytować pięknie, na kogo oraz dlaczego będziecie jutro głosować. Długa Noga nie dyskwalifikuje (przynajmniej publicznie) żadnej opcji politycznej i mocno agituje za udziałem w wyborach, bez względu na preferencje! Nie zapomnijcie zatem jutro, w drodze na zdrowotny niedzielny spacer, odwiedzić komisję wyborczą   oraz (od)dać głos.
          Ja tymczasem wyemituję w blogosferę kilka słów na temat pewnej książki, która ostatnio, studenckimi kanałami, wpadła mi w ręce. Rzecz jest ciekawa, ale, jak podejrzewam, może być w Polsce trudno dostępna (wydano ją bowiem w śladowej ilości egzemplarzy)  - niechże zatem będzie obecna też w internecie.



W poszukiwaniu polskich grobów w Japonii, MkiDN dep. Dziedzictwa Kulturowego, 2010
          
          W poszukiwaniu polskich grobów w Japonii to wdzięczny, trójjęzyczny album, wydany w zeszłym roku nakładem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zanim się zmarszczycie, stwierdziwszy, że temat jest naciągany i mało interesujący, radzę Wam bacznie rozejrzeć się po własnej biografii – zwłaszcza jeśli macie rodzinę na tak zwanej ścianie wschodniej... Ja osobiście, zupełnie niedawno (i raczej przypadkiem) odkryłam na ten przykład, iż jeden z moich krewnych był na początku ubiegłego wieku w Japonii w obozie jenieckim. I chociaż krewniak szczęśliwie wrócił do domu, to istniała przecież jakaś tam szansa (chociażby w postaci niespodziewanego zapalenia płuc, albo, myśląc bardziej otymistycznie, niespodziewanego romansu z jakąś lokalną skośnooką panią), że zostanie w Japonii już na zawsze, a jedyną po nim pamiątką będzie zmruszały nagrobek np. gdzieś w Matsuyamie...
          Ale od początku. Wspomniany album to podsumowanie prac, podjętych w ramach projektu MkiDN, otwartego w 2008 roku i włączonego w program poszukiwań polskich cmentarzy poza granicami kraju. Dzięki pomocy finansowej ministerstwa i zaangażowania polskich oraz japońskich naukowców und dyplomatów, udało się zidentyfikować 76 grobów na terenie Japonii, w których na pewno spoczywają Polacy. Gros (37) z nich stanowią pochówki jeńców z wojny japońsko-rosyjskiej. Tak, tak – to mało znany fakt, ale właśnie podczas tej wojny (czyli w latach 1904-1905) w Japonii przebywało najwięcej Polaków w historii (dokładnie 4 658 z 72 408 jeńców z armii rosyjskiej, wziętych do niewoli przez Japończyków było Polakami... na ziemiach japońskich zmarlo dokładnie 37 z nich.... niech świadczy to o jakości życia w japońskim obozie jenieckim przed Pierwszą Wojną Światową).          
          Drugą najliczniejszą grupę Polaków pochowanych w Japonii stanowią polscy misjonarze, najczęściej franciszkanie (plus franciszkanki), werbiści oraz jezuici. Ci najczęściej leżą w grobach zakonnych, prawidłowo podpisanych i skatalogowanych, więc łatwo ich zidentyfikować. Gorzej ze świeckimi, których kamienie nagrobne często podpisano tylko fonetycznym zapisem nazwiska (najczęściej wcześniej jeszcze zrusycyzowanego) w japońskim alfabecie.
          Dlatego dłubanie (METAFORYCZNE) w temacie polskich grobów w Japonii to dość fascynująca archeologia, rzucająca nowe światło na ciekawy kawałek polskiej hostorii. Album, poza częścią katalogową, opisującą każdy zidentyfikowany grób, zawiera sześć artykułów, naświetlających tematykę, wstępy i błogosławieństwa od Ministra Kultury i Ambasadorów Polski w Japonii i Japonii w Polsce, kilka przydatnych map, oraz szereg fascynujących zdjęć, z których kilka pozwoliłam sobie tu zeskanować.
           Krótko mówiąc: bardzo ciekawe wydawnictwo, polecam je Waszej uwadze i chętnie wypożyczę wszystkim zainteresowanym. A teraz: MARSZ NA WYBORY!



Polscy więźniowie z obozu jenieckiego w Matsuyamie, w towarzystwie nauczycieli z lokalnej szkoły żeńskiej. Co ciekawe szkolne dzieciaki z Matsuyamy do dziś dbają o polskie groby zmarłych żołnieży na lokalnym cmentarzu.



Polscy franciszkanie w przeddzień wyjazdu na misję do Nagasaki. W środku Maksymilian Kolbe, po lewej od niego Zeno Zebrowski, który, śmiem twierdzić, wygląda jak zupełnie współczensny motocyklista.

         Aha - pozwólcie, że na koniec zacytuję Wam list jednego z jeńców osadzonych w Japonii z 11 go listopada 1904. Moje stypendium niem oczywiście nic wspólnego z życiem jenieckim, lecz pod tymi słowami mogę się z czystym sercem podpisać:

„Teraz Ci donoszę Kochana siostro i Kochany Szwagrze, żem jechał przez morze pięć dni i nocy, i donoszę Wam, że tu w Japonii jest bardzo wesoło, jest ciepło, zimy takiej nie ma jak u nas...”

Czytam: George Friedman The Next 100 Years. Strasznie pan baja. Nie uznaje Indii, fapuje się do Japonii a słowa „być może” albo „prawdopodobnie” uznaje najwyraźniej za objaw intelektualnej słabości
Słucham: PJ Harvey – All and Everyone  z płyty Let England Shake. Od czasów Riverbed Madrugady nie słyszałam tak poruszającej piosenki o wojnie.
Dokonania: Zarejstrowaliśmy się do głosowania w Tokio. Trwało to mniej więcej pięć minut. Tak więc: sromota na tych (których imion z litości nie wymienię), którzy nie znaleźli w sobie energii, żeby wypełnić jeden internetowy formularz i wypięli się na obywatelski obowiązek, usprawiedliwiając pobytem zagranicą.
Fun Fact: A propos - zarejstrowanych do głosowania poza granicami kraju jest w tych wyborach około 130.000 Polaków.



niedziela, 24 lipca 2011

Trzy Wesela i...?




The Incredible Poo-Hat presents: Poland Tour 2011!
         Mili Parafianie! Z racji braku rzeczy bardziej godnych odnotowania, poświęcę ten wpis, by ostatecznie ogłosić terminarz mojej i Małża sierpniowej podróży do Ojczyzny. Wiem, że w przeciwności do mnie jesteście poważnymi ludźmi, macie absorbującą pracę, niecierpiące zwłoki urlopy oraz przeróżne własne plany. Jednak apeluję do Was, byście w miarę możliwości wysupłali z otchłani swoich jakże przepełnionych terminarzy wolną godzinę lub pięć, kiedy będę akurat w Waszej połowie Polski.
         Planuję zobaczyć Was na nadchodzących Weselach, lecz na pewno nie będzie mi dość! Oczywiście do wszystkich, którzy przyjdą mi do głowy będę się jeszcze odzywać osobiście - mam nadzieję, że uda mi się zorganizować na czas pobytu telefon komórkowy.
        AHA! Zanim pomyślicie by mnie bez litości zignorować....I COME BEARING GIFTS!
        Przylatuję trzeciego sierpnia na Okęcie. Piętnastego przenoszę się z Warszawy do Krakowa, gdzie pozostaję do końca miesiąca (z czego ostatnie cztery dni bez Małżonka, więc jestem otwarta na najbardziej nawet niemoralne propozycje!). Pierwszego października przebywam w stolicy, skąd wśród (własnego) płaczu i zgrzytania zębami wylatuję piętnastego września.
         A teraz najważniejsze pytanie... czy jest ktoś chętny, żeby pójść ze mną Captain America?

***

         Czytam: 


Myhyhyhy!
        Słucham: Rotersand - The Gods Have Gone Insane
        Dokonania/Porażki: Mój wychuchany, wypieszczony esej o Czasie Apokalipsy ledwo dopełzł do A-. To add insult to injury, najwyraźniej najbardziej rewolucyjną naukowo rzeczą, ktorą wyprodukowałam w tym semestrze, był wielokrotnie tu już wspominany tekst o ubrankach w filmach Walta Disneya (A+)... Śmiać się czy płakać?
         Fun Fact: Czy powiedzielibyście, że Japonia wciąga grubo ponad 80% rocznej produkcji kawy wyspy Jawa?