czwartek, 17 marca 2011

Stan wyjątkowy zawsze smaczny i zdrowy?



Otóż wcale nie zawsze.

           Jak wiadomo do trzech razy sztuka, zatem mam nadzieję, że trzeci ‘potencjalnie ostatni’ wpis o efektach, jakie wywarło na mnie i Małża trzęsienie/tsunami/krysys w Fukushimie I, będzie rzeczywiście wpisem ostatnim.
***
          Na zdjęciu na górze widzicie wystawę sąsiadującej z naszym mieszkaniem cukierni. Hasło, które tam widać można ostatnio zobaczyć w całym mieście. Ganbare Nippon, Ganbare Tōhoku. Ganbare czyli coś pomiędzy “trzymaj się” a “walcz”. Tak więc, “Trzymaj się Japonio, walcz Tōhoku!”. (Tōhoku to rejon najbardziej dotknięty tsunami). I Japonia rzeczywiście walczy - tylko tylę mogę Wam napisć, resztę pewnie wiecie z telewizji.
         Co do naszego życia w Tokio: jesteśmy już potwornie zmęczeni, marzymy, żeby pluton w elektrowni wreszcie się uspokoił i żebyśmy mogli wreszcie na dłużej niż kilka godzin wyłączyć telewizor... Niestety, okoliczności nie chcą dostosować się do naszych życzeń, zatem, chcąc nie chcąc my dostosowujemy się do okoliczności. Wczoraj na przykład w ataku quasi-histerycznej głupoty doszliśmy do wniosku, że pora jechać na Akibę po licznik Geigera (aparat takowy zupełnie nie jest nam potrzebny, aktualny poziom promieniowania można sprawdzić w internecie, ale stwierdziliśmy, iż pamiątka byłaby z niego przednia) Wybraliśmy się więc na dłuższą wycieczkę po mieście, powtórzoną zresztą dzisiaj (w związku z awarią zasilacza do laptopa). Przyjrzeliśmy się dobrze Tokio. W sklepach widać wyraźnie mniej ludzi, światła na stacjach metra przygaszone, ruchome schody powyłączane (stolica oszczędza prąd). Bladych twarzy wyraźnie mniej, ale życie toczy się tu dalej - nie ma najmniejszych oznak paniki. Staramy się więc naśladować stoicyzm Żóltego Narodu. Co prawda kilkanaście godzin temu, kiedy przez moment wydawało się, że wozy strażackie mogą nie dojechać do elektrowni w Fukushimie, prewencyjnie sprawdziliśmy ceny i dostępność biletów do Nagoi, ale szybko okazało się, że alarm był przedwczesny...
          Przed nami długi weekend (poniedziałek w Japonii wolny), miejmy nadzieję, że po jego drugiej stronie czeka na nas tydzień pozbawiony gazetowych nagłówków ze słowem “Japonia” w tytule.
***
         A w telewizji oglądamy właśnie żołnierzy, którzy z narażeniem życia (a na pewno zdrowia) polewają wodą z armatek nieszczęsny basen ze zużytymi prętami w trzecim bloku elektrowni.  Jieitai ganbare!
       
         Tymczasem, jeszcze parę migawek z ostatnich kilku dni:

Cesarz wygłasza odezwę do poszkodowanych w tsunami. Cesarz jest mądry - musi być skoro ma taką wielką głowę.


Jestem pewna, że telwizja NHK zatrudnia na pełen etat jakiegoś pana, który przygotowuje i aktualizuje na bieżąco makiety, używane podczas wiadomości. Stojąca od kilku dni w studio diorama Fukushimy I musi być jego opus magnum

Wbrew pozorom nie wszyscy obcokrajowcy wyjechali z Tokio. We wtorek odebraliśmy z lotniska J., który odważnie wsiadł na pokład samolotu, lecącego na Naritę. Potem musieliśmy pomóc mu wydostać się ze stolicy, (co, jak możecie zobaczyć na tej mapce zmian w komunikacji nie jest wcale takie łatwe)


Decyzja o wyjeździe z regionu Kantō, albo w ogóle z kraju jest oczywiście decyzją bardzo osobistą - każdy inaczej przeżywa stresy, związane ze stanem okołokryzysowym. Nie czuję się winna, że mnie akurat rozluźnia spacer po domu towarowym Mitsukoshi. Albo kupno czerwonych butów. 
          

Czytam: Tad Williams - Shadowheart. Oj, ciężka sprawa z tym Williamsem. Memory, Sorrow, Thorn to była jedna z ważniejszych serii mojego wczesnego nastolactwa. Z kolei Otherland do dzisiaj uważam za mistrzostwo konstrukcyjne. A tu taki pierdek. Za pierwszy tom George Martin mógłby wytoczyć Williamsowi proces o (marny) plagiat a dalej jest już tylko gorzej. Pytanie tylko dlaczego dobrnęłam aż do końca tego badziewia? (niestety, chyba pomogło trzęsienie - czasem dobrze w czasach kryzysu czytać sobie epic heroic kaszankę) 
Słucham: Matmatah - Les Moutons. Raczej nie lubię słuchać piosenek, których nie rozuiem, ale dla tej robię wyjątek. Mam nadzieję, że nie śpiewają tam niczego piramidalnie głupiego. (Hm, chyba jednak śpiewają)
Dokonania: Wyhodowałam pierwszego trolla!
Fun Fact: Klimatyzatory są odpowiedzialne za ok. 25% zużycia energii elektrycznej w Tokio.
PS.

Specjalnie dla Chudego, sneak peak preview moich zajęć z podstawówkowiczami!
'Gdzie jest Polska?'

wtorek, 15 marca 2011

Atomowy banan


Niestety, jeszcze raz o kryzysie - tym razem od strony radioaktywnej.
          PT Czytelnicy, wiem, że kilkoro z Was niepokoi się sytuacją w elektrowni Fukushikma I. Pojawiły się informację o radioaktywnej chmurze zmierzającej nad Tokio: TO SPEKTAKULARNA BZDURA. Na ten moment teren w promieniu 20 kilometrów od Fukushimy został prewencyjnie ewakuowany, a ludziom między 20 a 30 kilometrem zaleca się przebywanie w pomieszczeniach zamkniętych. Sytuacja jest cały czas monitorowana. Od dwóch dni trwa nieustająca konferencja prasowa. Plus wiatr wieje w stronę morza. Oczywiście z pewną niepewnością patrzymy w telewizor, ale chwilowo nie wygląda na to, żeby były jakieś powody do paniki.
          Aby przemówić Wam bardziej do wyobraźni: Promieniowanie w stolicy Japonii pozostaje na poziomie równym promieniowaniu JEDNEGO BANANA.
(To nie jest żart, banany są bardzo radioaktywnymi owocami, albowiem zawierają promieniotwórcze izotopy potasu. Wiecej TUTAJ)
         Anglojęzycznym czytelnikom polecam także TEN wpis. Jak widać dzienikarstwo obywatelskie jednak żyje!
         A tu feed na żywo z licznika Geigera w Tokio. Ten gwałtowny skok w południe to właśnie wzrost do poziomu jednego banana. Jak widzicie po nim wszystko wróciło do normy.
         日本がんばれ!

niedziela, 13 marca 2011

Sturdy Japan *


Mam wielką nadzieję, że to już ostatni post poświęcony tematowi piątkowej katastrofy. Wszyscy tu trzymamy kciuki za spokojny przebieg reszty tygodnia, miesiąca i roku.
          Dzień dobry. Od trzęsienia minęły trzy dni, zdążyliśmy przerobić nadchodzącą zagładę atomową, wstrząs wtórny, który zniszczy Tokio oraz ...oh, wait, nie. Tak naprawdę, póki co, (tfu, tfu odpukać) nie zdarzyło się nic bardziej niebezpiecznego od drgań wtórnych . Liczymy, że nie pojawi się już żadne poważniejsze telepanie (co niestety nie jest do końca wykluczone). Poza tym oszczędzamy prąd i dzielnie przygotowujemy się do zapowiedzianych wczoraj przerw w dostawie energii w naszej części Tokio. Przerwy są (jak to w Japonii) przejrzyście rozpisane i rozplanowane w wielkiej tabeli, tak żeby każdy wiedział w jakim czasie odłączą mu lodówkę. Niedobór kilowatów w mieście wynika  z wyłączenia z użytku kilkunastu elektrowni. W weekend brakujące 10000 MW nie stanowiło kłopotu, ale dziś poniedziałek a, jak wiadomo, w Żółtym Cesarstwie biura i fabryki muszą działać, bo katastrofa naturalna tej wielkości TO NIE JEST  ŻADNE WYTŁUMACZENIE, ŻEBY NIE IŚĆ DO PRACY. 
          W Tokio (poza kwestią zasilania) wszystko wygląda bardzo spokojnie. Na północy z kolei (przynajmniej z tego co pokazuje telewizornia) akcja pomocowa idzie pełną parą. Powtórzę więc jeszcze raz: bardzo chcielibyśmy, żeby tak już zostało i żeby nasze życie (oraz blog) jak najszybciej wóciły do nudnej codzienności. 
          Jako że jestem pewna, iż w telewizji widzieliście już wszystkie możliwe filmiki/ zdjęcia, które poszły w świat, ze swojej strony mogę tylko zaoferować Wam ogląd kilku, typowo japońskich (oraz typowo polskich) rzeczy, z którymi mnie samej będzie się na zawsze kojarzyć ta katastrofa:


Profesor Saitō z tokijskiej Polibudy przemawia w Telewizji Asahi. Ten dzielny starzec o wyglądzie Ostatniego Samuraja od soboty, od 15.00 (kiedy to nad elektrownią Fukushima 1 uniósł się tajemniczy słup dymu) tłumaczył nam w nieustannie (bez przerwy nawet na przysłowiowe siku) dlaczego, chociaż nie wiadomo do końca jak sytuacja się rozwinie i w żadnym wypadku nie należy jej bagatelizować NIE GROZI NAM DRUGI CZARNOBYL.
W tym samym czasie, cała reszta świata zajęta była rozważaniami CZY W JAPONII NASTĄPIŁ JUZ DRUGI CZARNOBYL?!

Tekturowe modele i wydruki na ekranie telewizora. To, co u nas pokazuje się na bluescreenach albo na na chybcika przygotowanych modelach 3D, w Japonii często przedstawiane jest na fizycznie posklejanych modelach/wydrukach. I wiecie co? Bardzo dorze działa! Tu elektrowania Fukushima 1 i wizualizacja tego, co dokładnie wybuchło. Chciałabym móc taki model zabrać na pamiątkę do domu!

Tempo, w jakim Japończycy drukują i naklejają na piankę potrzebne materiały jest oszałamiające. Na zdjęciu Wielki Paluch (TM) wyjaśnia w TV Asahi mechanizm chłodzenia rdzenia reaktora.
(Jak widzicie oglądaliśmy głównie TV Asahi - prywatny kanał, który na codzień celuje w idiotycznych programach rozrywkowych, ale na potrzeby katastrofy naturalnej zmienił się w rzeczową stację informacyjną. Czyli dokładnie odwrotnie, niż czyni to np. TVN24)
Atmosfera powszechnej solidarności. Media nie biją po oczach zniszczeniami, tylko od soboty nadają non-stop listę produktów, na które, w dotkniętych tsunami rejonach, jest największe zapotrzebowanie. Nawet nie liczę ile maili, sprawdzających mój stan już dostałam (min. po kilka egzemplarzy od firmy, wynajmującej nam mieszkanie, swojego wydziału, Todaju, biura współpracy z zagranicą uniwersytetu, chyba wszystkich spotkanych w życiu Japończyków etc.). Znajomy student fizyki jądrowej wysmażył nawet monstrualny list, w którym długo i dokładnie wyjaśnia dlaczego zagłada atomowa nam nie grozi.

Sporo z Was pewnie już zna stronę, gdzie ABC zestawiło zdjęcia sprzed i po tsunami, (z możliwością dynamicznego zmieniania wersji “przed” na wersję “po)” . Świetny projekt, bo robi odpowiednie wrażenie a przy tym nie epatuje.


Premier Naoto Kan w kombinezonie roboczym, na spotkaniu kryzysowym rządu. Wszyscy obecni mieli na sobie takie wdzianka i jakoś wcale nie wyglądało to na populizm.

Niestety, zapamiętam sobie też na zawsze polską niekompetencję dziennikarską. Nie chcę zajeżdżać tematu na amen, więc zaprezentuję tylko moje osobiste, niesławne Top 3:



1. Kreatywny przekład konferencji prasowych. Rozumiem, że w polskich redakcjach nie ma dziennikarzy mówiących po japońsku, więc wiadomości trzeba przepisywać na bieżąco z zagranicznych agencji, ale czasem przypomina to groteskową zabawę w głuchy telefon. Zwłaszcza jeśli ma się przed oczami wersję pierwotną, i zaktualizowaną minutę póżniej stronę gazeta.pl.
Oryginał: “Na razie nie możemy jednoznacznie potwierdzić ani zaprzeczyć, że mamy doczynienia z uszkodzeniem wnetrza reaktora” 
Gazeta.pl: RZECZNIK JAPOŃSKIEGO RZĄDU PRZYZNAJE, ŻE W ELEKTROWNI DOCHODZI DO NIEKONTROLOWANEJ REAKCJI JĄDROWEJ!!!
albo: 

Oryginał: Wiadomo, że ciśnienie wysadziło zewnętrzną osłonę reaktora.
Gazeta.pl: W ELEKTROWNI FUKUSHIMA 1 ZAWALAJĄ SIĘ ŚCIANY I DACH!!!

2. Wesołe przygody literki “a” i cyfry “0”. Media internetowe nie mogą zlokalizować “a” na klawiaturze. Nie wiem ile razy przeczytałam wiadomości, w których liczba zaginionych magicznie zmieniała się w liczbę zmarłych. (“Zginęło 10.000 osób” vs. “Zaginęło 10.000 osób” - jedna mała literka a jaka różnica!). Cyfra 0 z kolei lubi się spontanicznie dodawać do każdej podawanej wartości liczbowej. 
3. Dwóch profesorów fizyki, którzy zwyzywali się w TVN24. Co z tego, że jeden miał rację, a drugi nie? I tak sprowadzili się nawzajem do poziomu dna i 10 metrów mułu, smutno przekreślając mrzonki o świecie akademickim jako oazie dla wolnej dyskusji.
***

         Cóż, tak właśnie odcisnęło się w mojej pamięci Wilekie Trzęsienie w Sendai 2011.  Od następnego wpisu planujemy (My, Majzilla) powrócić do reguralnego harmonogramu bloga.
*/ Bardzo jestem zirytowana, że to nie ja wymyśliłam ten tytuł. Wymyślili go panowie z Wall Street Journal  i przykleili do OFICJALNIE NAJLEPSZEGO TEKSTU O TRZĘSIENIU, JAKI UDAŁO MI SIĘ ZNALEŹĆ . Gdybym miała jednym zdaniem (równoważnikiem!) podsumować własne wrażenia z ostatnich dni, to byłoby to właśnie “Sturdy Japan”.
Czytam: D. Keene Emperor of Japan: Meiji and His World, 1852-1912. W zasadzie to już skończyłam, ale książce należy się krótki komentarz. To nie jest biografia, ani portret epoki. To monstrualna (700+ stron oraz 200+ stron przypisów) kronika, naszpikowana nazwiskami, nazwami miejsc i datami. Niby nie ma w takim podejściu niczego złego, ale mam trochę pretensji, że nie wprowadzono  ŻADNEJ hierarchii zdarzeń. Dzięki temu noworocznym haiku autorstwa Mutsuhito poświęca się sporo więcej miejsca niż na przykład japońskiemu spiskowi, w wyniku którego zamordowano koreańską cesarzową Myeongseong. Naukowiec kalibru Keene’a powinien, moim zdaniem, bardziej obrabiać i porządkować informacje.
Słucham: Kraftwerk - Radioaktivität
Dokonania: Mimo kataklizmu pojawiłam się wczoraj na próbie tańca. Razem ze mną odwagą wykazało się 6 innych osób. Booya!
Fun Fact: W Japonii są 53 reaktory jądrowe, dostarczające ok 35% krajowego zapotrzebowania na energię. Czyni to Cesarstwo trzecim najbardziej “zatomizowanym” krajem na Ziemi.

piątek, 11 marca 2011

The Day After: Jedyna Prawdziwa, Odkłamana Historia Trzęsienia Ziemi w Sendai (as seen from Tokyo)

....oraz kilka słów o tym, jak portal gazeta.pl próbował zabić moją Mamę.
           A miał być sympatyczny tekst o wizycie w japońskiej podstawówce, przyprawiony zadumą nad tym, jak promować Polskę w świecie (tekst owszem będzie, ale spóżni się).  Jednakże Matka Natura postanowiła przypomnieć kto rządzi i zatrzęsło. Zatrzęsło z mocą wielką. Zatem prosto z pola bitwy, specjalnie dla Was relacja z wnętrza trzęsienia - dzień po!

***

           Po pierwsze: rzeczywiście było poważnie. Epicentrum wstrząsów wypadło co prawda pod dnem oceanu, na wysokości Sendai (jednego z moich ulubionych japońskich miast), jakieś 300 kilometrów od Tokio - to tam uderzyła najsilniejsza fala i to stamtąd pochodzi większość zdjęć, ktore oglądacie w mediach. Północno-wschodnie Honsiu zostało dotknięte zdecydowanie najbardziej, ale nawet w stolicy wytrzęsło nami solidnie. Drgawki gruntu poprzewracały sprzęty, porozsypywały dokumenty i - co najważniejsze - zmusiły tubylców do ewakuacji na zewnątrz budynków. Jeśli Japończycy (którzy zazwyczaj wzruszają ramionami na pomniejsze ruchy podłoża) przejęli się na tyle, żeby opuścić swoje miejsca pracy, to znaczy, że sytuacja była raczej z gatunku niewesołych. Niewesołych, owszem ale na pewno nie dramatycznych (znowu: piszę o tym, czego doświadczyliśmy w Tokio - prefektury Miyagi, Iwate i Tōhoku to zupełnie inna para kaloszy).
          Mnie trzęsienie dopadło zaraz po zakończeniu zajęć w podstawówce, kiedy wraz z innymi białymi małpami-okazyjnymi-nauczycielami-angielskiego zbieraliśmy bambetle z pokoju nauczycielskiego. Po początkowej niepewności (przestanie? nie przestanie?) szybko wtłoczyliśmy się pod stół. Telepało na tyle, że Bułgarka zaczęła się głośno modlić, Amerykanka głośno kląć, ja zaś starałam się nie popuścić w majty, kiedy przez kilkadziesiąt sekund doświadczaliśmy zjawiska “Duża Fala” (gdyby Japonia była statkiem, a Ocean Spokojny jeziorem na Mazurach). Nie było strasznie, kuliliśmy się w porządnym, rządowym budynku, pod opieką profesjonalnych nauczycieli, którzy sytuacje “trzęsienie w szkole” ćwiczyli na sucho jakieś pół miliona razy. 
          Gorszych wrażeń doznał mój Małż w naszym mieszkaniu na Komagome. Z jego relacji wynika, że dzielnie doczekał do poziomu wstrząsów, określanego mianem “szafki łażą po pokoju”, po czym uznał, że pora wdziać buty i popierdzielać po schodach dziewięć pięter w dół. 
          I tym dla nas skończyło się trzęsienie. Może jeszcze pocierpieliśmy trochę, bo padły trzy główne sieci komórkowe i stanęły wszystkie pociągi. W związku z tym ja musiałam wrócić z Nippori w niewygodnych butach i to była chyba największa szkoda, jaką poniosłam w wyniku "kataklizmu"... Jeszcze raz - nie chcę umniejszać skalii zdarzenia: w końcu zginęło kilkaset osób a trudno przewidzieć jakie szkody wywołają fale tsunami, niemniej jednak DLA NAS trzęsienie było raczej bezstresowe... Przynajmniej dopóki ja nie dotarłam do domu i nie włączyłam polskiego internetu...


A tam cuda, CUDA NIEWIDY!!!
          Wszyscy wiemy, że pogoń za klikami w internecie trwa, czerwony pasek z “wiadomością z ostatniej chwili” to najlepszy pomysł na przyciągnięcie widza/czytelnika ale tym razem, w moim przekonaniu, miarka się przebrała. Rodzice i krewni (nie tylko moi ale i znajomych) czytając radosne fantazje na gazecie.pl (“WIELKIE TSUNAMI PRZETACZA SIĘ PRZEZ JAPONIĘ. TA CZĘŚĆ KRAJU, KTÓRA NIE TONIE, STOI W OGNIU!!!”) zaczęła się naprawdę poważnie martwić, wydzwaniać i generalnie przeżywać stresy. Sugerowano nam ewakuację, ucieczkę do schronu atomowego, noc na ulicy i co tam jeszcze... 


Tokio NIE stało w ogniu. Zapalił się dach jednego budynku, przytrafiło kilka niewielkich pożarów, w tym w (na nieszczęście bardzo fotogenicznej) rafineri. Najstraszniejsze japońskie trzęsienia w ciągu ostatnich 100 lat to trzęsienie w Kantō (1923 rok -  od 100.000 do 150.000 ofiar) i trzęsienie w Kobe (1995 rok - ok. 6500 ofiar). WIĘC NIECH MI TU GAZETA NIE PISZE O NAJWIĘKSZYM TRZĘSIENIU, BO KTÓRAŚ Z MOICH BABĆ DOSTANIE ZAWAŁU. Wielkości trzęsienia nie mierzy się na pałę stopniami Richtera, ale też tym, gdzie trzęsienie trafia, o jakiej porze dnia i jak długo trwa. Wszyscy to wiedzą. Ale po co się przejmować, SKORO MOŻNA WYSTAWIĆ TAKI WSPANIAŁY NAGŁÓWEK?!


To inny z moich ulubieńców wiadomościowych. Again: nie chcę umniejszać strat, ani w jakikolwiek sposób minimalizować tragedii zabitych/zaginionych. Nie czepiam się też tylko gazety.pl, wszystkie media równo wykorzystały “kliknięciowy szał”. Faktycznie, wiele osób ucierpiało, porwanych przez wodę. ALE ŻADNE DZIECKO NIE ZOSTAŁO POCHŁONIĘTE.

          Bottomline: Media kłamią. Nadużywają, naciągają, przeinaczają - z absolutną premedytacją. Mylą japońską skalę trzęsień (ma 7 stopni) ze skalą Richtera (10 stopni) i wychodzą im jakieś niestworzone kalkulacje. Plącze im się Sendai (najczęściej zapisane z błędem) z Tokio.
          Wszystko to w mocnym kontraście z japońską telewizją, ktora chłodno i spokojnie relacjonuje co się dzieje, ze szczególnym naciskiem na ostrzeżenia i porady co robić. Nad relacjami polskimi można tylko zapłakać. Wiem, że to żadne odkrycie, ale wczoraj dotknęło nas bardziej niż zazwyczaj. Lecz żyjemy. Tokio stoi. Japonia nie tonie ani nie pali się. Żółta cywilizacja nie upadła.

Special Emergency Broadcast



Słowo na dziś: jishin 地震, czyli TRZĘSIENIE

          Wiadomo było, że kiedyś się zdarzy - zdarzyło się dzisiaj. Meldujemy wszystkim zatroskanym, że przetrwaliśmy pierwsze poważne trzęsienie ziemi: Misiu, zbiegając pędem z dziewiątego piętra, ja zaś pod stołem w Trzeciej Szkole Podstawowej na Nippori.
          Nic nam nie jest, dobytek także nienaruszony - dziękujemy za wyrazy troski, więcej wieści wkrótce!
          Dronio shall prevail.


wtorek, 8 marca 2011

Madża Faszyn Eksplożyn!



“Jak cię widzą, tak cię piszą, jak cię piszą tak cię mówią” , oraz radość, jaka z tego wynika.
         Jedną z pierwszych przyjemności Polaka w Japonii jest konieczność przepisania własnego nazwiska na lokalny dialekt, oraz nadania temuż nazwisku formy przyjazej żółtym aparatom gębowym. Wiąże się to z podjęciem poważnych decyzji. Raz podana (powiedzmy na potrzeby banku) transkrypcja staje się obowiązująca i biada temu, kto spróbuje na przykład wysłać przelew na imię “Kurisutina” zamiast “Kurisuchīna” (tak, tak - znam to z autopsji). Po tygodniu pobytu zaczyna się traktować swoje nowe, wypaczone przez japońską fonetykę nazwisko jak własne i częściej podpisuje się nim, niż nazwiskiem oryginalnym. Dlatego ja na większości dokumentów uczelnianych funkcjonuję jako マヤ·レンチョフスカ (Maja Renciofusuka)... Aha, jeśli ktoś jest prawdziwym “hardkorem” to może sobie nawet pod fonetyczny zapis spróbować podłożyć ideogramy, ale to raczej rzadkie przypadki.
         W każdym razie, jak udowodniono doświadczalnie, reakcja autochtonów na swojski zapis “マヤ·レンチョフスカ” jest jakieś 100 razy lepsza, niż na zbitek zachodnich literek, wśród których nie da się odróżnić imienia od nazwiska, a potencjalne czytanie dwóznaków typu “cz” sprawia, że żółte czoła zraszają się potem. Stąd większość zamieszkałych w Nipponie obcokrajowców posiada wizytówki w dwóch wersjach.
          Dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo ostatnio miałam okazję doświadczyć jakby wszystko wokół wyglądało BEZ systemu transkrypcji. Zdarzyło się to przy okazji niedzielnego sympozjum naukowego na Todaju. Sympozjum było międzynarodowe, międzybranżowe i wielce kształcące. Wszyscy uczestniczy otrzymali od organizatorów profesjonalne identyfikatory. Nazwiska na identyfikatorach zapisano w alfabecie łacińskim. Dzięki temu zabiegowi w oczach 50 współnaukowców na cały dzień stałam się “Madżą”. Nienawidzę “Madży”. “Madża” prześladuje mnie zawsze w krajach anglojęzycznych, gdzie “Maja” natychmiast sprowadzana jest właśnie to tej nienawistnej formy. To niby mały wypierdek, bzdet bez znaczenia, ale DOPROWADZA MNIE DO SZAŁU. Nie dość że moje nazwisko jest w Japonii niewymawialne - nawet po transkrybowaniu (Japończycy zazwyczaj zaczynają je czytać “Re..ren.. ren...” i utykają, przepraszająco patrząc na mnie.. NAPRAWDĘ?! NAPRAWDĘ?! TAKA REAKCJA OD NARODU, KTÓREGO TRADYCYJNE BÓSTWA NIE LICZĄ SIĘ, JEŚLI ICH IMIĘ NIE ZAJMUJE CONAJMNIEJ DWÓCH LINIJEK?!) to nagle cierpieć zaczyna też moje imię. Może się odechcieć sympozjować!


Chociaż Bogiem a prawdą, sympozjum było sympatyczne. Tak, tak: trzeba się uczyć publicznego prezentowania stanu swoich badań (jaki by ten stan nie był...), nawet za cenę “Madży”.
        
         Ciekawie złożyło się, że zaraz po konferencji trafił się w mym kalendarzu event pod tytułem “ASIA GIRLS EXPLOSION”. Co to? Otóż, wbrew pozorom nie tokijskie seks-targi, lecz coś co w zaproszeniach określono mianem “faszyn szoł”. Jakich zaproszeniach? Ano, zaproszeniach, które za darmo dostaliśmy my, białoskórzy studenci Todaju. Okazuje się, że nie tylo w Chinach panuje przekonanie, iż niektóre wydarzenia można lepiej sprzedać, jeśli na widowni pojawią się blade twarze. Lecz cóż: darowanemu koniowi i tak dalej... Zwykłe bilty kosztowały ca. 10.000 jenów, do tego rzecz miała w nazwie “faszyn”, więc jak tylko skończyło się sympozjum, potruchtałam do metra, przedostać się na halę Yoyogi (tam gdzie pare miesięcy temu oglądałam mecz polskich siatkarek). 
         Korelacja czasowa konferencja-faszyn-szoł spowodowała zresztą zabawne modowe wyzwanie, w postaci “skomponuj strój, który podczas jednej 3-minutowej wizyty w łazience, możnabyłoby przetransformować z wersji <<poważny młody naukowiec>> do wersji <<niepoważny offowy trendsetter>>”, ale jakoś podołałam (dzięki Bogu za moją szeroką kolejcję kapelusików. Dziwny kapelusik w prosty sposób może zmienić każdego w Lady Gagę.)
         Tak więc, przepoczwarzona w księżną mody, pojawiłam się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, odebrałam swoje darmowe zaproszenie i ustawiłam się w kolejce. Kolejka była MONSTRUALNA. Najsampierw nie miałam pojęcia dlaczego pół Tokio objawiło się na jakimś mętnym fashion-expo, ale z rozmów w kolejce szybko wyklarowało i się coś, co pewnie mogłabym wyczytać w internecie (gdybym poświęciła chociaż pięć minut na rozpoznanie okoliczności imprezy). Oto, okazało się, że “ASIA GIRLS EXPLOSION” to widowisko quasi-muzyczne pod patronatem jednego z chłopców z X-Japan, który postanowił rozpocząć karerę designera mody. X-Japan (na wypadek jeśli jesteście błogosławieni nieznajomością tego kwiatu żółtej kultury) to żółty zespół ballado-power-metalowy, rockowo-melodyjny, czy jak go tam nazwać - nie ma to wielkiego znaczenia, albowiem w muzyce tej nie liczy się co się gra, tylko jak się wygląda...


...można na przykład wyglądać właśnie tak, jak Yoshiki. Ex-X-Japanowiec i pan odpowiedzialny za “Asia Girls Explosion”.
         Oczywiście nie skreślam talentu muzyka do projektowania ubrań tylko w związku z tym jak wygląda. John Galliano też ma image, jaki ma (a do tego nie lubi Żydów), lecz cóż poradzić, skoro jest genialnym designerem? No więc cierpliwie stałam w kolejce przed Yoyogi Stadium, otoczona przez tłumy fanów X-Japan.
Stałam.
I stałam.
I stałam.
          
         Minęła godzina, na którą zapowiadano otwarcie bram. Minęła godzina, na którą zapowiadano rozpoczęcie pokazów. Pani, która dzielnie przez mikrofon powtarzała, że bardzo przeprawszają, i że jeszcze tylko chwileczka zaczęła mnie doprowadzać do szału. Japończycy spokojnie czekali (Japończycy mają reputację, osób niedenerwujących się w kolejkach. Po prostu najpierw spokojnie czekają, a potem w różnych miejscach w tłumie nagle wybuchają spontaniczne mordy - nie ma żadnej fazy pośredniej typu “lekka irytacja zgromadzonych”). Czekałam dalej. Nogi bolały od wystawania w modnych butach.
          A potem nagle pękła mi żyłka. Stwierdziłam, że co to ma być, że dla biletów za 10.000 jenów to ja mogę czekać 40 minut, ale na pewno nie godzinę (zrozumcie, w ultrapunktualnej Japonii, jeśli coś spóźnia się o godzinę, to tak jakby w Polsce spóźniało się ze dwa dni!), a w ogóle to jestem już na to za stara, żeby wyczekiwać pod zamkniętymi drzwiami, ża jak tak mnie traktują to ja dziękuję ale nie będę moją białą gębą urozmaicać widowni na żadnej imprezie i do widzenia. Krótko mówiąc włączył mi się tryb zrzędo-frustracji, na którego fali wyszłam z kolejki i poszłam do dom.
          Przez cały czas, kiedy jechałam na Komagome przed oczyma duszy stawało mi, jakie to straszliwe cuda na pewno pokazują na show. I że na pewno rozdają wszystkim uczestnikom butki od Prady albo niewiadomo co jeszcze. 


Na szczęście, kiedy kolejnego dnia sprawdziłam event w internecie okazało się, iż Mr. Yoshiki zaproponował  dzielniejszym niż ja widzom, którzy doczekali otwarcia imprezy coś TAKIEGO. 
Seriously - gdybym miała skomponować ubranie, przedstawiające dokładnie, co w japońskiej modzie najbardziej mnie irytuje skleciłabym rzecz dramatycznie podobną.
Buty na kopytkach? Check.
Rajstopki “ukraińska prostytutka”? Check.
Drapowania bez sensu? Check.
Akcesoria sado-maso użyte bez polotu i wyobraźni? Check.
Tapiracja? Check.
Zniszczone całkiem ładne kimono? Check.
I jeszcze podwiązka. 

Czytam: D. Keene Emperor of Japan: Meiji and His World, 1852-1912. Kiedyś na zajęciach na UW (bodajże u Doktor K.) wypłynęła taka teoria, że Prof. Keene musi być jak Rubens. Prowadzi farmę minionów, którzy piszą za niego książki, a on tylko dodaje tzw. “final touch”. Albowiem fizycznie niemożliwe jest, żeby ktokolwiek był w stanie produkować naukowe tomy takiej objętości w takim tempie.
Słucham: Esben and the Witch - Marching SongŚwietna piosenka, świetny teledysk. Czy ja przesadzam, jeśli mówię, że Esben and the Wicth to jest Dead Can Dance na miarę naszych czasów? 
Dokonania: Jak przepowiedziałam w ostatnim wpisie, po pozornie gładkim łyknięciu naszych dokumentów, Japońska Maszyna Urzędnicza właśnie dostała czkawki. Uniwersytet domaga się od nas papierów, których Urząd Imigracyjny jeszcze nam nie przysłał i niewiadomo kiedy przyśle. Ale dzielnie nosimy, kserujemy i zdobywamy pieczątki. Ostatnio, kiedy wychodziliśmy z UI na Shinagale ostro zatrzęsła się ziemia. Nie wiem czy to dobry znak, czy zły.
Fun Fact


Najbardziej odblaskowy japoński napój? Fanta o smaku melonowym. Przez Polaków zwana z rozczuleniem “Ludwikiem”.
PS. A propos transkrypcji: dużo radości dostarcza zawsze transkrypcja zbitki głosek “wski/wska”. Ja postanowiłam podejść do niej możliwie wiernie, ale na przykład Małż “uprościł” się do wersji サルノスキ(Sarunosuki). W ten sposób Żółci szybko go zapamiętują, bo czytanie nakłada im się na złożenie: 猿の好き, czyli Małpolub. 
PPS. Nauczyłam się też, że jeśli ktoś przypadkowo odczytuje “Maja” jako “Maja” zamiast “Madża” znaczy to, że jest z Finlandii. 

czwartek, 3 marca 2011

Let them eat cake!


...czyli Hinamatsuri po polsku.

       Czy mogę zainteresować Was tym, co najbardziej lubię w japoskich świętach? Otóz, 90% z nich stanowi jedynie pretekst, żeby pożreć jakiś specjalny, zupełnie wyjątkowy  rodzaj pokarmu. Co prawda większość tych specjałów można nabyć na codzień, ale zjedzenie ich we “właściwy” dzień, ma dużo większy ciężar gatunkowy (oraz ekonomiczny, zwłaszcza dla sklepów, które na każde święto przygotowują oddzielny dział “świątecznych” sushi/ciastek/napojów etc.)... Wyobraźcie sobie: gdyby w Polsce Tłusty Czwartek nie wypadał raz do roku, lecz raz w miesiącu i za każdym razem dotyczył innego pysznościowego produktu!
        Najświeższą okazja do kulinarnej rozpusty zdarzyła się wczoraj. Trzeciego marca obchodzi się bowiem w Japonii  tzw. Hinamatsuri (雛祭り). Jeśli pilnie śledzicie bloga, to jest szansa, że rozpoznajecie końcówkę ‘matsuri’ jako sufiks, oznaczający z grubsza właśnie ‘święto’ albo ‘festiwal’. Czymże jednak jest tajemnicze “hina”?


O, właśnie tym.

        Hina-ningyō, czyli laleczki hina (雛人形) to dość kosztowne modele, przedstawiające postaci japońskich dworzan z epoki Heian (794-1185), na czele z Cesarzem i Cesarzową. Małe dzieła sztuki są tradycyjnym podarunkiem dla dziewczynek i każda żółta kobietka ma ich niewielką kolekcję. Kolekcja owa spokojnie spędza cały rok w szafie, aż do połowy lutego, kiedy w każdym domu, zamieszkałym przez niezamężną Japonkę, wystawia się ją (KOLEKCJĘ NIE DZIEWCZYNKĘ) na widok publiczny.


Oczywiście zestawy lalek różnią się rozmiarem. Od całkiem maleńkich...

...do nieco większych.
         Chociaż laleczki stoją na widoku przez kilka tygodni, właściwe ich święto przypada właśnie na trzeciego marca, gdy rodziny modlą się o pomyślność i zdrowy rozwój latorośli płci pięknej. 


Specjalna, tematyczna ekspozycja “hinamatsurowa” w sąsiadującej, raczej ekskluzywnej cukierni na Komagome.
          W naszym domu nie ma na razie żadnych małych dziewczynek, jedyny potomek, którego zdrowy rozwój moglibyśmy celebrować, to dziecko Ani i Kuby (a ono i tak okazało się chłopcem*). Zamiast prawdziwych lalek postawiliśmy więc na konfekcję:


Tak, tak, głowę też można zjeść. Głowa jest wręcz NAJSMACZNIEJSZA.
Also - Cesarz ma na czaszce zieloną kupę. Nie wiem co mam o tym myśleć. 


Poza Jadalnym Imperatorem nabyliśmy też drogą kupna inne 'hinamatsurowe' specjały. Bardzo chciałabym wiedzieć jak się nazywają (japoniści, any help?) bo w sklepie mogłam tylko poinstruować panią ekspedientkę “jedno zielone, jedno zawiniętę i tę różową kulkę”.


Jak to w Japonii, najsmaczniejsze okazało się to, co wyglądało najmniej zachęcająco. Ryżowe mochi z nadzieniem ze słodkiej fasolki. Pozostałe dwa placuchy też były w porządku, chociaż zawinięcie ich miłej, ryżowo-fasolkowej słodkości w SŁONY liść sakury to technika kulinarna poza moją wrażliwością...
Cóż, może i bez pączków, ale Tłusty Czwartek obchodziliśmy jak widać dostatecznie tłusto!
*/ Bez obaw. Będziemy o pomyślność Jasia prosić piątego maja, kiedy to przypada “chłopięcy” odpowiednik hinamatsuri.
Czytam: David Miyahara - Kabukumon, tom 4. Uwielbiam Kabukumona! To jedna z tych cudownych mang, które wypełnają pozytywistyczną misję “bawiąc, uczyć”. Historia kręci się wokół współczesnych aktorów kabuki, ich życia prywatnego oraz scenicznego. Jest pięknie narysowana, a że scenariusz napisał Miyahara (sam były tancerz), zawiera także niemożliwe ilości wiedzy na temat tekstów, technik i zakulisowych rozgrywek.
Słucham: Diary of Dreams - Psycho-Logic. Uo Boziu, właśnie znalazłam na youtube fan-made-anime-montaż do tego kawałka. Niniejszym oficjalnie można znaleźć montaże anime do KAŻDEJ, nieważne jak nieprzystającej muzyki.
Dokonania: Urząd imigracyjny wreszcie przysłał Ślubnemu papiery, zezwalające na pobyt w Japonii i bycie moim utrzymankiem. Do tego plotki głoszą, że dostaniemy mieszkanie na Odaibie. Wnioski: to na pewno jakaś pułapka, bo przecież niemżliwe, żeby żółta maszyna urzędnicza łyknęła wszystkie nasze podania tak łatwo. 
Fun Fact: W większości domów japońskich “wystawy” z lalkami hina stoją od połowy lutego. Dzień ich ułożenia nie ma wielkiego znaczenia, za to kluczowe jest, żeby zaraz po trzecim marca lalki zlikwidować. Inaczej naszą córkę czeka późne małżeństwo, najstraszniejsza możliwa japońska horror story!
PS.

12.07.2011, OH THE HYPE!!!