piątek, 11 marca 2011

The Day After: Jedyna Prawdziwa, Odkłamana Historia Trzęsienia Ziemi w Sendai (as seen from Tokyo)

....oraz kilka słów o tym, jak portal gazeta.pl próbował zabić moją Mamę.
           A miał być sympatyczny tekst o wizycie w japońskiej podstawówce, przyprawiony zadumą nad tym, jak promować Polskę w świecie (tekst owszem będzie, ale spóżni się).  Jednakże Matka Natura postanowiła przypomnieć kto rządzi i zatrzęsło. Zatrzęsło z mocą wielką. Zatem prosto z pola bitwy, specjalnie dla Was relacja z wnętrza trzęsienia - dzień po!

***

           Po pierwsze: rzeczywiście było poważnie. Epicentrum wstrząsów wypadło co prawda pod dnem oceanu, na wysokości Sendai (jednego z moich ulubionych japońskich miast), jakieś 300 kilometrów od Tokio - to tam uderzyła najsilniejsza fala i to stamtąd pochodzi większość zdjęć, ktore oglądacie w mediach. Północno-wschodnie Honsiu zostało dotknięte zdecydowanie najbardziej, ale nawet w stolicy wytrzęsło nami solidnie. Drgawki gruntu poprzewracały sprzęty, porozsypywały dokumenty i - co najważniejsze - zmusiły tubylców do ewakuacji na zewnątrz budynków. Jeśli Japończycy (którzy zazwyczaj wzruszają ramionami na pomniejsze ruchy podłoża) przejęli się na tyle, żeby opuścić swoje miejsca pracy, to znaczy, że sytuacja była raczej z gatunku niewesołych. Niewesołych, owszem ale na pewno nie dramatycznych (znowu: piszę o tym, czego doświadczyliśmy w Tokio - prefektury Miyagi, Iwate i Tōhoku to zupełnie inna para kaloszy).
          Mnie trzęsienie dopadło zaraz po zakończeniu zajęć w podstawówce, kiedy wraz z innymi białymi małpami-okazyjnymi-nauczycielami-angielskiego zbieraliśmy bambetle z pokoju nauczycielskiego. Po początkowej niepewności (przestanie? nie przestanie?) szybko wtłoczyliśmy się pod stół. Telepało na tyle, że Bułgarka zaczęła się głośno modlić, Amerykanka głośno kląć, ja zaś starałam się nie popuścić w majty, kiedy przez kilkadziesiąt sekund doświadczaliśmy zjawiska “Duża Fala” (gdyby Japonia była statkiem, a Ocean Spokojny jeziorem na Mazurach). Nie było strasznie, kuliliśmy się w porządnym, rządowym budynku, pod opieką profesjonalnych nauczycieli, którzy sytuacje “trzęsienie w szkole” ćwiczyli na sucho jakieś pół miliona razy. 
          Gorszych wrażeń doznał mój Małż w naszym mieszkaniu na Komagome. Z jego relacji wynika, że dzielnie doczekał do poziomu wstrząsów, określanego mianem “szafki łażą po pokoju”, po czym uznał, że pora wdziać buty i popierdzielać po schodach dziewięć pięter w dół. 
          I tym dla nas skończyło się trzęsienie. Może jeszcze pocierpieliśmy trochę, bo padły trzy główne sieci komórkowe i stanęły wszystkie pociągi. W związku z tym ja musiałam wrócić z Nippori w niewygodnych butach i to była chyba największa szkoda, jaką poniosłam w wyniku "kataklizmu"... Jeszcze raz - nie chcę umniejszać skalii zdarzenia: w końcu zginęło kilkaset osób a trudno przewidzieć jakie szkody wywołają fale tsunami, niemniej jednak DLA NAS trzęsienie było raczej bezstresowe... Przynajmniej dopóki ja nie dotarłam do domu i nie włączyłam polskiego internetu...


A tam cuda, CUDA NIEWIDY!!!
          Wszyscy wiemy, że pogoń za klikami w internecie trwa, czerwony pasek z “wiadomością z ostatniej chwili” to najlepszy pomysł na przyciągnięcie widza/czytelnika ale tym razem, w moim przekonaniu, miarka się przebrała. Rodzice i krewni (nie tylko moi ale i znajomych) czytając radosne fantazje na gazecie.pl (“WIELKIE TSUNAMI PRZETACZA SIĘ PRZEZ JAPONIĘ. TA CZĘŚĆ KRAJU, KTÓRA NIE TONIE, STOI W OGNIU!!!”) zaczęła się naprawdę poważnie martwić, wydzwaniać i generalnie przeżywać stresy. Sugerowano nam ewakuację, ucieczkę do schronu atomowego, noc na ulicy i co tam jeszcze... 


Tokio NIE stało w ogniu. Zapalił się dach jednego budynku, przytrafiło kilka niewielkich pożarów, w tym w (na nieszczęście bardzo fotogenicznej) rafineri. Najstraszniejsze japońskie trzęsienia w ciągu ostatnich 100 lat to trzęsienie w Kantō (1923 rok -  od 100.000 do 150.000 ofiar) i trzęsienie w Kobe (1995 rok - ok. 6500 ofiar). WIĘC NIECH MI TU GAZETA NIE PISZE O NAJWIĘKSZYM TRZĘSIENIU, BO KTÓRAŚ Z MOICH BABĆ DOSTANIE ZAWAŁU. Wielkości trzęsienia nie mierzy się na pałę stopniami Richtera, ale też tym, gdzie trzęsienie trafia, o jakiej porze dnia i jak długo trwa. Wszyscy to wiedzą. Ale po co się przejmować, SKORO MOŻNA WYSTAWIĆ TAKI WSPANIAŁY NAGŁÓWEK?!


To inny z moich ulubieńców wiadomościowych. Again: nie chcę umniejszać strat, ani w jakikolwiek sposób minimalizować tragedii zabitych/zaginionych. Nie czepiam się też tylko gazety.pl, wszystkie media równo wykorzystały “kliknięciowy szał”. Faktycznie, wiele osób ucierpiało, porwanych przez wodę. ALE ŻADNE DZIECKO NIE ZOSTAŁO POCHŁONIĘTE.

          Bottomline: Media kłamią. Nadużywają, naciągają, przeinaczają - z absolutną premedytacją. Mylą japońską skalę trzęsień (ma 7 stopni) ze skalą Richtera (10 stopni) i wychodzą im jakieś niestworzone kalkulacje. Plącze im się Sendai (najczęściej zapisane z błędem) z Tokio.
          Wszystko to w mocnym kontraście z japońską telewizją, ktora chłodno i spokojnie relacjonuje co się dzieje, ze szczególnym naciskiem na ostrzeżenia i porady co robić. Nad relacjami polskimi można tylko zapłakać. Wiem, że to żadne odkrycie, ale wczoraj dotknęło nas bardziej niż zazwyczaj. Lecz żyjemy. Tokio stoi. Japonia nie tonie ani nie pali się. Żółta cywilizacja nie upadła.

Special Emergency Broadcast



Słowo na dziś: jishin 地震, czyli TRZĘSIENIE

          Wiadomo było, że kiedyś się zdarzy - zdarzyło się dzisiaj. Meldujemy wszystkim zatroskanym, że przetrwaliśmy pierwsze poważne trzęsienie ziemi: Misiu, zbiegając pędem z dziewiątego piętra, ja zaś pod stołem w Trzeciej Szkole Podstawowej na Nippori.
          Nic nam nie jest, dobytek także nienaruszony - dziękujemy za wyrazy troski, więcej wieści wkrótce!
          Dronio shall prevail.


wtorek, 8 marca 2011

Madża Faszyn Eksplożyn!



“Jak cię widzą, tak cię piszą, jak cię piszą tak cię mówią” , oraz radość, jaka z tego wynika.
         Jedną z pierwszych przyjemności Polaka w Japonii jest konieczność przepisania własnego nazwiska na lokalny dialekt, oraz nadania temuż nazwisku formy przyjazej żółtym aparatom gębowym. Wiąże się to z podjęciem poważnych decyzji. Raz podana (powiedzmy na potrzeby banku) transkrypcja staje się obowiązująca i biada temu, kto spróbuje na przykład wysłać przelew na imię “Kurisutina” zamiast “Kurisuchīna” (tak, tak - znam to z autopsji). Po tygodniu pobytu zaczyna się traktować swoje nowe, wypaczone przez japońską fonetykę nazwisko jak własne i częściej podpisuje się nim, niż nazwiskiem oryginalnym. Dlatego ja na większości dokumentów uczelnianych funkcjonuję jako マヤ·レンチョフスカ (Maja Renciofusuka)... Aha, jeśli ktoś jest prawdziwym “hardkorem” to może sobie nawet pod fonetyczny zapis spróbować podłożyć ideogramy, ale to raczej rzadkie przypadki.
         W każdym razie, jak udowodniono doświadczalnie, reakcja autochtonów na swojski zapis “マヤ·レンチョフスカ” jest jakieś 100 razy lepsza, niż na zbitek zachodnich literek, wśród których nie da się odróżnić imienia od nazwiska, a potencjalne czytanie dwóznaków typu “cz” sprawia, że żółte czoła zraszają się potem. Stąd większość zamieszkałych w Nipponie obcokrajowców posiada wizytówki w dwóch wersjach.
          Dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo ostatnio miałam okazję doświadczyć jakby wszystko wokół wyglądało BEZ systemu transkrypcji. Zdarzyło się to przy okazji niedzielnego sympozjum naukowego na Todaju. Sympozjum było międzynarodowe, międzybranżowe i wielce kształcące. Wszyscy uczestniczy otrzymali od organizatorów profesjonalne identyfikatory. Nazwiska na identyfikatorach zapisano w alfabecie łacińskim. Dzięki temu zabiegowi w oczach 50 współnaukowców na cały dzień stałam się “Madżą”. Nienawidzę “Madży”. “Madża” prześladuje mnie zawsze w krajach anglojęzycznych, gdzie “Maja” natychmiast sprowadzana jest właśnie to tej nienawistnej formy. To niby mały wypierdek, bzdet bez znaczenia, ale DOPROWADZA MNIE DO SZAŁU. Nie dość że moje nazwisko jest w Japonii niewymawialne - nawet po transkrybowaniu (Japończycy zazwyczaj zaczynają je czytać “Re..ren.. ren...” i utykają, przepraszająco patrząc na mnie.. NAPRAWDĘ?! NAPRAWDĘ?! TAKA REAKCJA OD NARODU, KTÓREGO TRADYCYJNE BÓSTWA NIE LICZĄ SIĘ, JEŚLI ICH IMIĘ NIE ZAJMUJE CONAJMNIEJ DWÓCH LINIJEK?!) to nagle cierpieć zaczyna też moje imię. Może się odechcieć sympozjować!


Chociaż Bogiem a prawdą, sympozjum było sympatyczne. Tak, tak: trzeba się uczyć publicznego prezentowania stanu swoich badań (jaki by ten stan nie był...), nawet za cenę “Madży”.
        
         Ciekawie złożyło się, że zaraz po konferencji trafił się w mym kalendarzu event pod tytułem “ASIA GIRLS EXPLOSION”. Co to? Otóż, wbrew pozorom nie tokijskie seks-targi, lecz coś co w zaproszeniach określono mianem “faszyn szoł”. Jakich zaproszeniach? Ano, zaproszeniach, które za darmo dostaliśmy my, białoskórzy studenci Todaju. Okazuje się, że nie tylo w Chinach panuje przekonanie, iż niektóre wydarzenia można lepiej sprzedać, jeśli na widowni pojawią się blade twarze. Lecz cóż: darowanemu koniowi i tak dalej... Zwykłe bilty kosztowały ca. 10.000 jenów, do tego rzecz miała w nazwie “faszyn”, więc jak tylko skończyło się sympozjum, potruchtałam do metra, przedostać się na halę Yoyogi (tam gdzie pare miesięcy temu oglądałam mecz polskich siatkarek). 
         Korelacja czasowa konferencja-faszyn-szoł spowodowała zresztą zabawne modowe wyzwanie, w postaci “skomponuj strój, który podczas jednej 3-minutowej wizyty w łazience, możnabyłoby przetransformować z wersji <<poważny młody naukowiec>> do wersji <<niepoważny offowy trendsetter>>”, ale jakoś podołałam (dzięki Bogu za moją szeroką kolejcję kapelusików. Dziwny kapelusik w prosty sposób może zmienić każdego w Lady Gagę.)
         Tak więc, przepoczwarzona w księżną mody, pojawiłam się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, odebrałam swoje darmowe zaproszenie i ustawiłam się w kolejce. Kolejka była MONSTRUALNA. Najsampierw nie miałam pojęcia dlaczego pół Tokio objawiło się na jakimś mętnym fashion-expo, ale z rozmów w kolejce szybko wyklarowało i się coś, co pewnie mogłabym wyczytać w internecie (gdybym poświęciła chociaż pięć minut na rozpoznanie okoliczności imprezy). Oto, okazało się, że “ASIA GIRLS EXPLOSION” to widowisko quasi-muzyczne pod patronatem jednego z chłopców z X-Japan, który postanowił rozpocząć karerę designera mody. X-Japan (na wypadek jeśli jesteście błogosławieni nieznajomością tego kwiatu żółtej kultury) to żółty zespół ballado-power-metalowy, rockowo-melodyjny, czy jak go tam nazwać - nie ma to wielkiego znaczenia, albowiem w muzyce tej nie liczy się co się gra, tylko jak się wygląda...


...można na przykład wyglądać właśnie tak, jak Yoshiki. Ex-X-Japanowiec i pan odpowiedzialny za “Asia Girls Explosion”.
         Oczywiście nie skreślam talentu muzyka do projektowania ubrań tylko w związku z tym jak wygląda. John Galliano też ma image, jaki ma (a do tego nie lubi Żydów), lecz cóż poradzić, skoro jest genialnym designerem? No więc cierpliwie stałam w kolejce przed Yoyogi Stadium, otoczona przez tłumy fanów X-Japan.
Stałam.
I stałam.
I stałam.
          
         Minęła godzina, na którą zapowiadano otwarcie bram. Minęła godzina, na którą zapowiadano rozpoczęcie pokazów. Pani, która dzielnie przez mikrofon powtarzała, że bardzo przeprawszają, i że jeszcze tylko chwileczka zaczęła mnie doprowadzać do szału. Japończycy spokojnie czekali (Japończycy mają reputację, osób niedenerwujących się w kolejkach. Po prostu najpierw spokojnie czekają, a potem w różnych miejscach w tłumie nagle wybuchają spontaniczne mordy - nie ma żadnej fazy pośredniej typu “lekka irytacja zgromadzonych”). Czekałam dalej. Nogi bolały od wystawania w modnych butach.
          A potem nagle pękła mi żyłka. Stwierdziłam, że co to ma być, że dla biletów za 10.000 jenów to ja mogę czekać 40 minut, ale na pewno nie godzinę (zrozumcie, w ultrapunktualnej Japonii, jeśli coś spóźnia się o godzinę, to tak jakby w Polsce spóźniało się ze dwa dni!), a w ogóle to jestem już na to za stara, żeby wyczekiwać pod zamkniętymi drzwiami, ża jak tak mnie traktują to ja dziękuję ale nie będę moją białą gębą urozmaicać widowni na żadnej imprezie i do widzenia. Krótko mówiąc włączył mi się tryb zrzędo-frustracji, na którego fali wyszłam z kolejki i poszłam do dom.
          Przez cały czas, kiedy jechałam na Komagome przed oczyma duszy stawało mi, jakie to straszliwe cuda na pewno pokazują na show. I że na pewno rozdają wszystkim uczestnikom butki od Prady albo niewiadomo co jeszcze. 


Na szczęście, kiedy kolejnego dnia sprawdziłam event w internecie okazało się, iż Mr. Yoshiki zaproponował  dzielniejszym niż ja widzom, którzy doczekali otwarcia imprezy coś TAKIEGO. 
Seriously - gdybym miała skomponować ubranie, przedstawiające dokładnie, co w japońskiej modzie najbardziej mnie irytuje skleciłabym rzecz dramatycznie podobną.
Buty na kopytkach? Check.
Rajstopki “ukraińska prostytutka”? Check.
Drapowania bez sensu? Check.
Akcesoria sado-maso użyte bez polotu i wyobraźni? Check.
Tapiracja? Check.
Zniszczone całkiem ładne kimono? Check.
I jeszcze podwiązka. 

Czytam: D. Keene Emperor of Japan: Meiji and His World, 1852-1912. Kiedyś na zajęciach na UW (bodajże u Doktor K.) wypłynęła taka teoria, że Prof. Keene musi być jak Rubens. Prowadzi farmę minionów, którzy piszą za niego książki, a on tylko dodaje tzw. “final touch”. Albowiem fizycznie niemożliwe jest, żeby ktokolwiek był w stanie produkować naukowe tomy takiej objętości w takim tempie.
Słucham: Esben and the Witch - Marching SongŚwietna piosenka, świetny teledysk. Czy ja przesadzam, jeśli mówię, że Esben and the Wicth to jest Dead Can Dance na miarę naszych czasów? 
Dokonania: Jak przepowiedziałam w ostatnim wpisie, po pozornie gładkim łyknięciu naszych dokumentów, Japońska Maszyna Urzędnicza właśnie dostała czkawki. Uniwersytet domaga się od nas papierów, których Urząd Imigracyjny jeszcze nam nie przysłał i niewiadomo kiedy przyśle. Ale dzielnie nosimy, kserujemy i zdobywamy pieczątki. Ostatnio, kiedy wychodziliśmy z UI na Shinagale ostro zatrzęsła się ziemia. Nie wiem czy to dobry znak, czy zły.
Fun Fact


Najbardziej odblaskowy japoński napój? Fanta o smaku melonowym. Przez Polaków zwana z rozczuleniem “Ludwikiem”.
PS. A propos transkrypcji: dużo radości dostarcza zawsze transkrypcja zbitki głosek “wski/wska”. Ja postanowiłam podejść do niej możliwie wiernie, ale na przykład Małż “uprościł” się do wersji サルノスキ(Sarunosuki). W ten sposób Żółci szybko go zapamiętują, bo czytanie nakłada im się na złożenie: 猿の好き, czyli Małpolub. 
PPS. Nauczyłam się też, że jeśli ktoś przypadkowo odczytuje “Maja” jako “Maja” zamiast “Madża” znaczy to, że jest z Finlandii. 

czwartek, 3 marca 2011

Let them eat cake!


...czyli Hinamatsuri po polsku.

       Czy mogę zainteresować Was tym, co najbardziej lubię w japoskich świętach? Otóz, 90% z nich stanowi jedynie pretekst, żeby pożreć jakiś specjalny, zupełnie wyjątkowy  rodzaj pokarmu. Co prawda większość tych specjałów można nabyć na codzień, ale zjedzenie ich we “właściwy” dzień, ma dużo większy ciężar gatunkowy (oraz ekonomiczny, zwłaszcza dla sklepów, które na każde święto przygotowują oddzielny dział “świątecznych” sushi/ciastek/napojów etc.)... Wyobraźcie sobie: gdyby w Polsce Tłusty Czwartek nie wypadał raz do roku, lecz raz w miesiącu i za każdym razem dotyczył innego pysznościowego produktu!
        Najświeższą okazja do kulinarnej rozpusty zdarzyła się wczoraj. Trzeciego marca obchodzi się bowiem w Japonii  tzw. Hinamatsuri (雛祭り). Jeśli pilnie śledzicie bloga, to jest szansa, że rozpoznajecie końcówkę ‘matsuri’ jako sufiks, oznaczający z grubsza właśnie ‘święto’ albo ‘festiwal’. Czymże jednak jest tajemnicze “hina”?


O, właśnie tym.

        Hina-ningyō, czyli laleczki hina (雛人形) to dość kosztowne modele, przedstawiające postaci japońskich dworzan z epoki Heian (794-1185), na czele z Cesarzem i Cesarzową. Małe dzieła sztuki są tradycyjnym podarunkiem dla dziewczynek i każda żółta kobietka ma ich niewielką kolekcję. Kolekcja owa spokojnie spędza cały rok w szafie, aż do połowy lutego, kiedy w każdym domu, zamieszkałym przez niezamężną Japonkę, wystawia się ją (KOLEKCJĘ NIE DZIEWCZYNKĘ) na widok publiczny.


Oczywiście zestawy lalek różnią się rozmiarem. Od całkiem maleńkich...

...do nieco większych.
         Chociaż laleczki stoją na widoku przez kilka tygodni, właściwe ich święto przypada właśnie na trzeciego marca, gdy rodziny modlą się o pomyślność i zdrowy rozwój latorośli płci pięknej. 


Specjalna, tematyczna ekspozycja “hinamatsurowa” w sąsiadującej, raczej ekskluzywnej cukierni na Komagome.
          W naszym domu nie ma na razie żadnych małych dziewczynek, jedyny potomek, którego zdrowy rozwój moglibyśmy celebrować, to dziecko Ani i Kuby (a ono i tak okazało się chłopcem*). Zamiast prawdziwych lalek postawiliśmy więc na konfekcję:


Tak, tak, głowę też można zjeść. Głowa jest wręcz NAJSMACZNIEJSZA.
Also - Cesarz ma na czaszce zieloną kupę. Nie wiem co mam o tym myśleć. 


Poza Jadalnym Imperatorem nabyliśmy też drogą kupna inne 'hinamatsurowe' specjały. Bardzo chciałabym wiedzieć jak się nazywają (japoniści, any help?) bo w sklepie mogłam tylko poinstruować panią ekspedientkę “jedno zielone, jedno zawiniętę i tę różową kulkę”.


Jak to w Japonii, najsmaczniejsze okazało się to, co wyglądało najmniej zachęcająco. Ryżowe mochi z nadzieniem ze słodkiej fasolki. Pozostałe dwa placuchy też były w porządku, chociaż zawinięcie ich miłej, ryżowo-fasolkowej słodkości w SŁONY liść sakury to technika kulinarna poza moją wrażliwością...
Cóż, może i bez pączków, ale Tłusty Czwartek obchodziliśmy jak widać dostatecznie tłusto!
*/ Bez obaw. Będziemy o pomyślność Jasia prosić piątego maja, kiedy to przypada “chłopięcy” odpowiednik hinamatsuri.
Czytam: David Miyahara - Kabukumon, tom 4. Uwielbiam Kabukumona! To jedna z tych cudownych mang, które wypełnają pozytywistyczną misję “bawiąc, uczyć”. Historia kręci się wokół współczesnych aktorów kabuki, ich życia prywatnego oraz scenicznego. Jest pięknie narysowana, a że scenariusz napisał Miyahara (sam były tancerz), zawiera także niemożliwe ilości wiedzy na temat tekstów, technik i zakulisowych rozgrywek.
Słucham: Diary of Dreams - Psycho-Logic. Uo Boziu, właśnie znalazłam na youtube fan-made-anime-montaż do tego kawałka. Niniejszym oficjalnie można znaleźć montaże anime do KAŻDEJ, nieważne jak nieprzystającej muzyki.
Dokonania: Urząd imigracyjny wreszcie przysłał Ślubnemu papiery, zezwalające na pobyt w Japonii i bycie moim utrzymankiem. Do tego plotki głoszą, że dostaniemy mieszkanie na Odaibie. Wnioski: to na pewno jakaś pułapka, bo przecież niemżliwe, żeby żółta maszyna urzędnicza łyknęła wszystkie nasze podania tak łatwo. 
Fun Fact: W większości domów japońskich “wystawy” z lalkami hina stoją od połowy lutego. Dzień ich ułożenia nie ma wielkiego znaczenia, za to kluczowe jest, żeby zaraz po trzecim marca lalki zlikwidować. Inaczej naszą córkę czeka późne małżeństwo, najstraszniejsza możliwa japońska horror story!
PS.

12.07.2011, OH THE HYPE!!!

wtorek, 1 marca 2011

Kosmobarok + Wymioty w Cukierni



Dzisiaj wyjątkowo: Japończycy, których nie znacie.
(albo, znacie, ale nie wiecie o ich japońskości...) 

           Ostatnio niewiele się dzieje: Małż nadal frenetycznie programuje, ja nadrabiam lektury i tyle. Naszym jedynym nowym dokonaniem pozostaje zakup olbrzymiej (to jest: olbrzymiej według standardów polskich, zupełnie zaś średniej według standardów lokalnych) paki ryżu, którą teraz przejadamy entuzjastycznie, wykorzystując moc świeżo nabytej gotowarki. 
          Brak zapierających dech w piersiach przygód nie powstrzyma mnie jednak przed aktualizacją bloga, bo szczęśliwie jest kilka spraw, o których chcę od pewnego czasu napisać, a wcześniej nie bardzo była k’temu okazja. 
          Na ich czele (owych spraw) znajduje się projekt przedstawiania na blogoplatformie moich ulubionych Japończyków. Jako, że chodzi o “przedstawianie”, postaram się pisać o postaciach mniej szeroko znanych (czytaj: pominę powszechnie uznane nazwiska typu Akira Kurosawa czy Yukio Mishima). Pozwólcie zatem, że od czasu do czasu przymusowo zaoferuję Wam przegląd dokonań najkreatywniejszych/najdziwniejszych/najbardziej oryginalnych Żółtych Ludzi dzisiejszej (i nieco mniej dzisiejszej) Japonii. 
          Zatem, niech rozpocznie się Majzillowy Katalog Ciekawych Japończyków! Na dzień dobry para uznanych projektantów, którzy zasady skromnej prostoty cisnęli do kosza i stworzyli dwa bardzo charakterystyczne style, które zbiorczo można chyba nazwać “kosmo-barokiem”.

Eiko Ishioka (石岡英子), ur. 1939
           Według wieku, oraz starojapońskiej zasady ladies first (レーディズ・ファースト, rēdizu fāsuto), pierwszeństwo w dzisiejszej prezentacji przysługuje Eiko Ishioce. Urodzona w Tokio, pani ta, najbardziej znana jest ze swoich projektów kostiumów do filmu Dracula wg Brama Stokera, za które uhonorowano ją w 1992 Nagrodą Amerykańskiej Akademi Filmowej. 

Co ciekawe Francis Ford Coppola (reżyser filmu) najpierw zatrudnił Ishiokę na pozycji scenografa, a dopiero kiedy zobaczył kilka luźnych szkiców zamienił jej uprawnienia na projektanta kostiumów.


Sama artystka, twierdzi, że przed zaangażowaniem się w projekt nie widziała żadnego innego filmu o transylwańskim wampirze


Co bardzo lubię w kostiumach z Draculi to, to, że uokrutnie złe wampirzyce są tam ubrane na biało, a niewinna dziewica (do czasu) Mina nosi krwistoczerwone krynoliny. How awesome is that?


         Pierwszym większym filmem, nad którym pracowała Ishioka był quasibiograficzny projekt, oparty na życiu i twórczości Yukio Mishimy: Mishima: życie w czterech rozdziałach (reż. Paul Schrader, 1985)
Ale najbardziej pokręcone kreacje stworzyła na potrzeby filmów Tarsem Shingha:



Celi (2000)...



....oraz The Fall (2006)
          Poza projektowaniem ubrań Ishioka zajmuje się też szeroko pojętym designem.


Za projekt okładki Tutu Milesa Davisa otrzymała nagrodę Grammy.



Wyreżyserowała też klip Björk do singla Cocoon


Wreszcie, last but not least: 


Była jedną z osób odpowiedzialnych za wizualny kształt ceremonii otwarcia letnich Igrzysk Olimpijskich 2008 w Pekinie !

***

Kansai Yamamoto (山本寛斎) ur. 1944
          W japońskim świecie modowym nazwisko Yamamoto kojarzy się raczej z Yōjim Yamamoto (ur. 1943), jednym z bardziej wziętych współczesnych projektantów. Ale w mój gust bardziej trafiają dokonania innego Yamamoto - Kansai. Z wykształcenia inżynier, edukację krawiecką pobierał dopiero po ukończeniu pierwszego kierunku studiów. Zadebiutował w wieku 27 lat w Londynie, niewiele później otworzył autorski butik w stolicy Wielkiej Brytanii. Traf chciał, że to właśnie w tym sklepie młody David Bowie nabył kostium “drzewnego stworzenia”, w którym wystąpił na londyńskim koncercie w 1972. Projektant i muzyk spotkali się ponownie w Nowym Jorku, gdzie Kansai podarował Bowiemu dwa kolejne zestawy. Ich sukces podczas drugiego amerykańskiego tournee skłonił Bowiego, żeby zlecić Kansaiowi uszycie następnych dziewięciu. Tak powstała modowa oprawa trzeciego tournee Bowiego po Wielkiej Brytanii, tego samego, które przeszło do historii jako tournee Ziggy’ego Stardusta. 


Zakręcone wzory Yamamoto doskonale dopełniał sceniczny makijaż Stardusta/Bowiego, autorstwa Pierre’a de La Roche. 


Kansai czuwał też nad doborem obuwia i wynajdywał Davidowi męskie rozmiary sandałów na monstrualnej platformie - obowiązkowego akcesorium każdego szanującego się glam-rockera.



Jeśli dobrze się przypatrzeć, we wszystkich ówczesnych projektach Kansaia można zauważyć mniej lub bardziej luźne inspiracje Japonią..


...albo w postaci kroju spodni

...kształtu kołnierzy..

....czy wreszcie nadruków: ten tutaj to autorska interpretacja zapisu imienia i nazwiska Davida ideogramami kanji

         Więcej Ziggy’ego (w myśl zasady: Ziggyego nigdy za wiele!):



Chociaż w historii zapisał się głównie przez współpracę z Bowiem, Kansai zyskał spore uznanie także dzięki swoim innym projektom

Słynna sukienka i szydełkowany kombinezon (!) “Kabuki”


Marie Helvin w nieco bardziej współczesnym stroju Yamamoto


Kate Moss, (której nie lubimy bo rzekła, że nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudym, z czym fundamentalnie się nie zgadzamy) w jednej z moich ulubionych sesji dla Vogue UK, wystylizowana w stare kostiumy sceniczne Ziggy’ego
         
         I jak? Czy Yamamoto i Ishioka sprowadzili na Was odpowiednią dawkę sensory overload? Mam nadzieję, że tak. Może nie są to postaci z pierwszych stron modowych gazet, ale dla mnie dobrze reprezentują to, co w japońskiej modzie najlepsze: szaleństwo konstrukcyjne (czy też w przypadku Kansai raczej dekonstrukcyjne), nieprawdopodobne oko do wzorów i materiałów, oraz odwagę, żeby a/ iść zupełnie w poprzek obowiązujących kanonów, lub ewentualnie b/ przerysowywać owe kanony do granic absurdu.
Czytam: Valerie Steele + Jennifer Park, Gothic: Dark Glamour. Wierzcie lub nie ale Yale University Press wydało książkę pod takim właśnie tytułem. Składają się na nią dwa pokaźne eseje: jeden o muzyce, drugi o modzie. Rzecz kupiłam na fali entuzjazmu do Valerie Steele (kuratorki muzeum w nowojorskim Fashion Institute of Technology) i jej świetnego, superprofesjonalnego opracowania o gorseciarstwie Corset, Cultural History. G:DG nie jest aż tak dobre, trochę śmierdzi uproszczeniami i skrótowością, lecz co najważniejsze, nadal jakoś się broni. W przeciwności do większości innych znanych mi analiz narodzin Goff-subkultury. 
Dokonania

Wykonaliśmy dobry uczynek! Bardzo podoba nam się idea akcji, reprezentowanej przez tę pocztówkę i z chęcią przyłączymy się do jej kolejnych odsłon. 
Ciach! Chiach!
Fun Fact:

Ha! Suck onto this, starcraftożerni Koreańczycy!
PS. W ramach projektu “Żadna Praca Nie Hańbi” udaję się w przyszłym tygodniu do japońskiej podstawówki, zapoznawać żółte dzieci z polską kulturą. Powinnam przygotować dla nich kilka wydruków, przedstawiających jakieś charakterystyczne rodzime widoki/symbole/przedmioty... Any suggestions?

***

         Ze specjalną dedykacją dla Kiar - zamiast kącika telewizyjnego - moje przemyślenia okołooskarowe.


This is not the Oscar you are looking for
         Po pierwsze: nie oglądałam ceremoni. Chociaż według tutejszego czasu zaczyna się ona o wygodniejszej niż w Polsce porze (10 rano). Niestety,  nic nie poradzę: bardzo nie lubię Anne Hathaway. Anne Hathaway składa się dla mnie z głupiego śmiania się i machania rękami. Prawdopodobnie prywatnie jest bardzo miłą, elokwentną młodą kobietą. Ale jej wizerunek sceniczny doprowadza mnie do szału. 
        W każdym razie, zamiast ślepić w telewizor, obserwowałam sobie świeżoogłaszane wyniki na serwisie Imdb. Cóż mogę powiedzieć? Okazuję się, że wolę, kiedy Akademia zaskakuje jakimiś szokującymi/skandalicznymi werdyktami - przynajmniej jest o czym dyskutować... a tak? Pod 90% wyników podpisuję się obiema rękami.
        Moim zdaniem w tym roku liczyły się cztery filmy: King’s Speech, Black Swan, Social Network i Fighter (Inception to trochę inna para kaloszy, zupełnie nie w obrębie zainteresowań tej konkretnej kapituły). Black Swan i Fighter wyraźnie moim zdaniem odstawały - pierwszy zadęciem, uproszczeniami i śladową mizoginią, a drugi brakiem dramaturgii, do spółki z upierdliwą przewidywalnością. 
         Wynikła z okoliczności przymusowa rywalizacja między King’s Speech a Social Network była ciekawa, dzięki czemuś, co Movie Bob określił opozycją “kina emocji” (Kings Speech) wobec “kina intelektu” (Social Network). Powstała bowiem dziwna sytuacja, w której zaskakująco wiele osób odczuło potrzebę, żeby opowiedzieć się ostro po którejś stronie - albo krytykując jeden film za kostiumowość, konserwatyzm i “skok na Oscara”, albo oskarżając drugi o suchą, technologiczną sprawność, pod którą nic się nie kryje. Niniejszym protestuję przeciwko temu podziałowi. TO SĄ DWA ŚWIETNE FILMY, KTÓRE ZASKAKUJĄCO DOBRZE SIĘ DOPEŁNIAJĄ. Obejrzcie je oba a w łatwy sposób zobaczycie, co było w kinie 2010 najlepsze. 

Also: ludzie, którzy mają pretensję, że Jak zostać królem, a zwłaszcza rola Firtha w tymże były wyrachowanie skrojone pod Oscara, a nie czepiają się DOKŁADNIE TAK SAMO TYLKO BARDZIEJ "oscarolubnej" konstrukcji roli Bale’a w Fighterze (za którą bardzo słusznie dostał drugoplanową nagrodę Akademii) powinni się poważnie nad sobą zastanowić.
Plus zgłaszam teorię, że poziom aktorstwa Bale’a jest bezpośrednio związany z jego masą ciała. Wyraźnie im facet jest chudszy, tym staje się zdolniejszy.



Nagrody wobec których odczuwam potrzebę zgłosić niezgodę: Najlepsza Muzyka (ścieżka Raznora do Social Network jest świetna ALE ŻEBY NAWET NIE NOMINOWAĆ DAFT PUNK ZA TRON? ARE YOU FRIGGIN’ KIDDING ME?). Kostiumy (miałam cichą nadzieję, że wygra I am Love, może to przez mój chroniczny brak zrozumienia dla “nowej, lepszej” Alicji w krainie czarów Burtona). Scenografia (my call: Inception... czasem w szarości i granatach jest więcej wyobraźni, niż w feeri barw, która wygląda jak...hm...wymioty po wizycie w cukierni [Alicja w krainie czarów]).