niedziela, 11 marca 2012

Odyseja pani P.


... czyli o upadku prasy papierowej


Dzień dobry. Ach, jakże ten czas szybko płynie! Trudno uwierzyć, że dziś mija okrągły rok od marcowego trzęsienia, tsunami oraz kryzysu wokół eletrowni w Fukushimie. Jeśli macie chwilę, wspomnijcie osoby, które wtedy zginęły i poświęćcie chwilę na zadumę. Za to absolutnie nie poświęcajcie czasu na: a/ przekonywanie polskiego rządu by nie budował elektrowni atomowej BO PO DOŚWIADCZENIACH JAPONII TO SZALENIE NIEBEZPIECZNE I WSZYSCY UMRZEMY W RADIOAKTYWNYM GRZYBIE, ani na b/ jakiekolwiek próby porównywania japońskiej katastrofy z polskimi katastrofami lotniczymi/kolejowymi/samochodowymi.... Przypadek ‘b’ wyjaśnię i rozwinę na przykładzie pani Paulinki, dzielnej dziennikarki, która napatoczyła się na mnie w tym tygodniu, (nieświadoma, iż prowadzę szalenie popularnego, jadowitego bloga...)

Od początku jednak - Pani Paulinka uraczyła mię telefonem (mój numer otrzymała prawdopodobnie od M., lecz nie winię jej – to niewinna istota niezdolna do zła) na początku tygodnia, w godzinach późnowieczornych. Telefon z polskiego numeru zawsze mnie zaskakuje, po cichu liczę, że to premier dzwoni zaoferować mi wreszcie pracę w dyplomacji (albo wywiadzie).  Niestety, jako się rzekło, miast Donalda, ze słuchawki przemówiła do mnie pani Paulinka. Owa pani Paulinka nawiązywała kontakt w imieniu telewizji i chciała bym wypowiedziała się na antenie na temat zeszłorocznego tsunami... W KONTEKŚCIE KATASTROFY KOLEJOWEJ NA LINII KRAKÓW-WARSZAWA. WTF??! Nie zdążyłam się jeszcze nawet dobrze zdziwić, gdy pani P rozwinęła przede mną wizję tego, jak to o 20.00 czasu polskiego wejdę via Skype na polskie ekrany i będę rozprawiać o swych wspomnieniach z 11-go marca. W tym momencie spojrzałam na zegar i szybko przeliczyłam, że polska 20-ta będzie moją 4-tą nad ranem. Parcie na szkło może i mam ale me parcie na sen jest większe. Wyjaśniłam zatem (wyraźnie zszokowanej) pani P., iż między Polską a Japonią mamy obecnie osiem godzin różnicy czasu i że chyba podziękuję za życiową szansę wystąpienia w telewizji... Ponieważ jednak, w związku z rodzinnymi koneksjami, mam sentyment do pismaków wszelkiego sortu, zaoferowałam pani P. kontakt mailowy do kilku osób, co do których wiem, że były w Japonii podczas trzęsienia ale wróciły już do Polski, i o swoich przeżyciach mogłyby opowiedzieć z tej samej strefy czasowej.
Udostępnienie personalnych danych znajomych (za co ich przepraszam) dało mi mniej więcej 90 minut wytchnienia od Pani P. Około godziny 23.00 ma komórka odezwała się raz jeszcze. Pani P. ogarnęła, że mimo wszystko nie potrzebna jej osoba przebywająca na terenie Ojczyzny, lecz Polak na obczyźnie. Why? Nie mam pojęcia. Wyjawiła także część swojej koncepcji audycji (czy, jak to określił Małż: ‘wyjaśniła dokładnie, co chciałaby żebyśmy w telewizji powiedzieli’). Wątkiem przewodnim programu miała być żałoba narodowa, niesłusznie (zdaniem redakcji) wprowadzona po wypadku kolejowym i porównanie jej do reakcji Japonii na katastrofę naturalną z 2011 roku (w domyśle: ‘U Żółtych nie było żadnej żałoby nawet po takiej wielkiej tragedii, a u nas po śmierci 16 osób już trzeba odwoływać wszystkie imprezy masowe! ESCANDALO!!!’). Jasne, idea wprowadzania żałoby narodowej po wypadku pociągów też jest dla mnie egzotyczna i, mówiąc wprost, głupawa ALE NIE BĘDĘ ATAKOWAĆ JEJ ZA POMOCĄ 16.000 JAPOŃCZYKÓW, KTÓRZY STRACILI ŻYCIE PODCZAS TSUNAMI. Więc powtórzyłam  pani P., że nie będę w środku nocy występować przed ekranem w papilotach, produkując amunicję do walenia w działania (jakkolwiek pomylone) prezydenta Bronisława.
Again, moje argumenty wystarczyły na około godzinę. Tuż przed północą telefon rozdzwonił się ponownie, zaś ja, niczym prawdziwa dzielna feministka, przekazałam go natychmiast w ręcę Małża. Małż przez telefon potrafi być Smokiem Nienawiści (dlatego oficjalnie nie wolno mu rozmawiać na przykład z call-center TePsy), bez trudu pokonał więc Panią P., pytając ją, czy ona wie, że wydzwania do nas o dwunastej w nocy (again: była zszokowana, sugeruję więc, żeby redakcja kupiła jej kalkulator, lub wyjaśniła, że jeśli na jednaj półkuli Ziemii jest dzień TO NA DRUGIEJ PANUJE NOC). Kategorycznie odmówił także udzielenia komentarza, oddania słuchawki żonie i w ogóle dalszej kooperacji. Słuchałam go z wyrazem uwielbienia na twarzy. Kocham mego Miśka. Zaś pani Paulinka w dalszych przygodach dziennikarskich,  powinna się naprawdę nieco opanować.

***

PS. Oczywiście, powie ktoś – pani Paulinka wykonywała tylko swoją pracę (w której, jak lojalnie wyznała mi przez telefon, jest nowa), robiła to, co jej kazano i nie można jej pociągać do odpowiedzialności za to, iż pracuje dla nierozgarniętych redaktorów. Tak się jednak niestety  (dla pani P.) składa, że ja sama jestem dzieckiem dwóch redaktorów, których uważam za nader rozgarniętych. Do tego lubię myśleć, że zostałam poczęta gdzieś na prasie drukarskiej, a w wieku niemowlęcym zamiast dobranocki oglądałam Wiadomości. Dlatego portaloza i upadek standardów prasy drukowanej oraz mediów telewizyjnych bardzo mię bolą i choć nijak nie jestem w stanie ich powstrzymać, będę do śmierci jeździć po wszystkich paniach Paulinkach świata, ich szefach oraz ludziach, którzy tak już się zglobalizowali, że przed telefonem na drugi koniec świata nie są nawet w stanie sprawdzić, która tam może być gdzina. Amen.

Czytam:  P.G. Wodehouse Right Ho, Jeeves – troszkę już wpadam w reisefieber a brytyjski humor z początku XX w dobrze rozładowuje me napięcie.
Słucham:  Nothing in particular
Dokonania:  Po pi razy oko pół roku ćwiczeń dzisiaj umęczyłam  wreszcie gemini, figurę pole dance, którą osobiście uważam za najpiękniejszą. Taraz drapię się po tyłku zastanawiając się, co będzie moim kolejnym celem i motywacją.
Fun Fact: A propos rocznic i świąt. Z okazji minionego dnia kobiet, roponuje Państwu bezcenny komiks, znaleziony gdzieś w otchłaniach tumblra – oto moje małżeństwo w telegraficznym skrócie:



środa, 7 marca 2012

„Coście się tak do mnie przysrali?!”*




Szósty marca, cały świat gra w Mass Effect 3... ja zaś wypełniam formularze, we łzach pochłaniam czekoladę oraz oglądam Muppety **


            Dzień dobry – dzisiejszy rant zasilany będzie specyfikiem Ibuprom Zatoki (ostatnie opakowanie środków przeciwbólowych w domu). W stanie upojenia paracetamolem walczę bowiem z machiną urzędniczą, zdobywam ostanie podpisy, piszę maile i w ogóle bawię się świetnie, nadal biorac udział w igrzyskach, towarzyszących tradycyjnie opuszczaniu Japonii przez sponsorowanego ministerialnie studenta.

        Plusy całej sytuacji są takie, że musiałam odkurzyć kalendarz (który, w związku z szalonym wirem aktywności, w jakim trwałam przez ostatnie pół roku, zdązył porosnąć kurzem). Wypełniam go teraz maczkiem tajnymi kodami typu „zanieś bzbrdl  do biura zwoqhf” albo „do 20-go rozlicz asoihfazsa” czy „rozwiąż umowę z sogboiasc” – generalnie żyję w ciągłym stresie... Dlatego też musiałam zwiększyć intensywność szycia oraz kręcenia się na rurze, by w ogóle zachować jako taką równowagę i nie zacząć mordować na oślep. 
          W ramach tego planu, we wtorek udałysmy się z M. na Akibę, gdzie w pewnej tajemniczej piwnicy można poćwiczyć za półdarmo na kręcącej się rurze (tak, tak – technologicznie rury dzielą się na statyczne i obrotowe –  jedne nadają się bardziej do jednych tricków a drugie do innych... mniejsza z tym – w każdym razie w moim studio ćwiczy się na tzw. ‘statykach’ i z obrotową rurą jeszcze doczynienia nie miałam). Szybko okazało się, że doznaniowo obrotowa rura przypomina karuzelę, więc pozwala wrócić do lat dzieciństwa (ewentualnie spowodować wymioty związane z zaburzeniami błędnika)... A ponieważ M. miała komóreczkę i nie zawahała się jej użyć: dla fanów mojego flubber-brzuszka prezentuję specjalnie nakręcony filmik!


FILMIK 1: czemuż jesteś taki ciężki, o zadzie? (filmiki są na prywatnym kanale na tubce, toteż nie mogę ich bezpośrednio zalinkować)

Spin, który tu prezentuje jest prosty jak konstrukcja cepa ale wyknuję go prawie dobrze (może wyjąwszy lądowanie na tzw. półdupie), więc podziwiajcie!



Tu zaś coś o wiele weselszego, czyli fristajl z ukrytej kamery. Chyba najpierw próbuję spinu z piruetu, w trakcie zapominam co chciałam zrobić, następnie zakładam tzw. sunwheel, spontanicznie przechodzę zeń do podstawowego firemana, żeby nabrać pędu, od pędu kreci mi się w głowie, więc zmieniam firemana w pike a potem zarzuca mię do czegoś na kształt reverse attitude. Tak się bawi, tak się bawi Długa Noga!!! W  tle słychać śmiech M., który jest umotywowany.


PS. Pytanie do szanownych Państwa (pytanie, dodam, które po raz kolejny udowodni, jak szalenie wykwalifikowaną panią domu jestem): po co żelazko ma tę opcję buchania parą?

----
*/Mały Wolffie to nie dotyczy Ciebie – Twoja prośba nie jest dla mnie uciążliwa i nie kwalifikuje się jako "przysranie" ;)
**/ polecam z serca.

Czytam: DOKUMENTA!!! Oceany dokumentów.
ucham: Selena Gomez & the Scene – Love You Like Love Song. Potworne, lecz od miesiąca, co niedziela od tego właśnie utowru  zaczyna się moja rozgrzewka u Diany, więc zaczęło mi się już dobrze kojarzyć.
Dokonania: Cross-knee release to średnio trudna figura z początkowego stopnia zaawansowania pole dance. Jedynie 5 procent tancerek ma problem z opanowaniem jej. Proszę Państwa, oto po raz kolejny znajduję się wśród wyjątków!
Fun Fact: W sobotę zgodnie z planem prowadziłam poranny panel na konferencji na Todaju. Odkryłam żałosną radość małych ludzi, jaką jest ucinanie sesji dyskusyjnej prelegentom, którzy nie trzymają się ram czasowych wystąpień. (Oh, how the power corrupts!)

czwartek, 1 marca 2012

Zaczyna się

 

...czyli: Pamiętaj, 90% wypadków ma miejsce w domu!


Panie i Panowie: pierwszy marca! (był wczoraj lecz, na potrzeby tej notki, uznajmy, że trwa do dziś) Do powrotu na pachnące łąki i w brzozowe zagajniki Ojczyzny został nam niecały miesiąc. W związku z tem, tradycyjnie, rozpoczyna się sezon katastrof, plag oraz nieszczęść, które przez ostatnie kilka miesięcy zbierały siły do ostatecznego ataku, mającego na celu doprowadzenie mnie w ramiona wykwalifikowanego personelu 
Na dobry początek, Małż, podczas szczytnej, nocnej wyprawy do lodówki, grzmotnął nogą w stolik. Ukochany jest kanciasty i podobne wypadki zdarzają mu się często, jednakowoż tym razem wydał z siebie tak nieziemski ryk, że zaniepokoił nie tyko mnie ale również sąsiadów. Na domiar złego, na goleniu pojawiła mu się błyskawicznie giga-gula, wyglądająca, jako żywo jak złamana kość. Ponieważ było koło trzeciej rano, uznalismy, że z wezwaniem karetki poczekamy do poranka, w międzyczasie okładając Miśka worami z lodem.... Rano okazało się, że lód zrobiony był najwyraźniej z wody święconej, albowiem gula znikła, zaś Małżonek stanął na nogach tylko troszeczkę się krzywiąc. Cud jak nic.
Z innych wieści: wczoraj złożyłam ostatni podpis na liście stypendialnej oraz ostatni raz  odwiedziłam centrum edukacji językowej (gdzie przez ostatnie osiemnaście miesięcy panie T. i N. próbowały bezskutecznie nauczyć mnie jak poprawnie akcentować partykuły). Pozostaje mi jeszcze telefon do biura podróży i odebranie biletów (albowiem Japonia jest krajem, gdzie papier jest święty a elektroniczny bilet najwyraźniej nie ma mocy sprawczej) plus odnalezienie dla siebie i Małża lokum na ostatnie cztery dni w Żółtym Kraju, ponieważ akademik musimy opuścić już 26-go...
Zamiast jednak stresować się i nerwić, zgodnie z planem ogłoszonym kilka wpisów temu, biorę się do budowy edwardiańskiego underbusta!



Muszę przyznać, że moje dwa nabyte w ciągu ostatniego roku hobby, znakomicie śłużą zdrowiu psychofizycznemu. Dzięki krojeniu gorsetów można uzyskać stan ukojenia bliski nirwanie, zaś pole dance dobrze pozwala radzić sobie z agresją (na przykład w stosunku do machiny urzędniczej).


Czytam: Nadal to samo co ostatnio. I przed-ostatnio.
Słucham: Fantastycznego serialu radiowego BBC Cabin Pressure o pracownikach kuriozalnej linii lotniczej MJN (My Jet Now), składającej się z jednego samolotu i jego nie do końca wykwalifikowanej załogi, wykonującej loty czarterowe w różne dziwne miejsca. Rzecz jest fantastyczna i budzi we mnie żal, że słuchowiska radiowe są gatunkiem na wymarciu.
Dokonania: Rok temu pisałam o tym, jak miłym doświadczeniem był dla mnie udział w todajowym sympozjum interdyscyplinarnym. Cóż, w tym roku zasiadam w komitecie organizacyjnym i prowadzę poranną sesję! Co oznacza także, że jutro musze wstać o nieznanej studentom porze w okolicach szóstej rano.
Fun Fact: . Z dobrych wieści: jak wykoncypował fellow-doktorant J., który także wraca do Polski Finnairem, dzięki taryfie Economy Y, którą zafundowało nam ministerstwo, mamy prawo  dopłaciwszy tylko 100 euro zabrać na pokład samolotu... DO 92 KILO BAGAŻU. Tak więc - hurra - moje buty nie będą skazane na trzymiesięczną podróż statkiem!!!

niedziela, 26 lutego 2012

Małe tragedie i drobne radości




...a w dzisiejszym odcinku:
 Gdy życie stypendysty staje się monotonne, zaś małe wydarzenia urastają do rangi zdarzeń wielkopomnych...



Tragedia 1: Śmierć butów kosmicznego wojownika



          Wśród wielu symptomów choroby umysłowej, które przejawiam, znajduje się nawyk konsumpcyjny, w myśl którego czasem kupuję elementy odzienia tylko dlatego, iż  przywodzą mi one na myśl pewne konkretne produkty popkultury. Dlatego, jakieś cztery lata temu, podczas gdy namiętnie zagrywałam się w pierwszego Mass Effecta, nabyłam godne komandora Sheparda buty, ochrzczone przez Małża (który podówczas nie był jeszcze nawet Narzeczonym) „SPACE WORRIOR SHOES”. Jeśli mnie znacie, prawdopodobnie widzieliście je kiedyś, bo są to jedne z dwóch znajdujących się w mojej kolekcjii par obuwia tzw ‘płaskiego’. Wiązane pod kolano, brązowe buciory były ze mną długo, wbrew sprzeciwom Mammy i Małża, którzy z niewiadomych powodów darzyli akurat to obuwie jadowitą nienawiścią (Mamma wzięła je nawet, pod pozorem reparacji, na rok w jasyr). Buty trzymały się dzielnie, lecz czego nie dokonał sabotaż najbliższych, dokonała Japonia. We czwartek, podczas jazdy metrem na pole dance, zamek w prawym Kosmicznym Bucie malowniczo pieprznął, zmuszając mię do skonstruowania awangardowego kostiumu, widocznego na zdjęciu powyżej,. W rzeczonym kostiumie podróżowałam dzielnie przez całe Tokio. Żegnajcie kosmiczne buty – będę myśleć o Was , kiedy odpalę Mass Effect 3!
PS. Nawiasem mówiąc, sportretowana na zdjęciu demobilowa kurtka (w oryginale bez futra) została nabyta w ciuchlandzie z 1500 jenów, z myślą o stylu ‘na Jacka Harknessa. Małż zakazuje mi ją jednak nosić, twierdząc, że staram się wyglądać za bardzo ‘młodzieżowo’ (?!).



 Tragedia 2: Fatalne wyczucie czasu Janyne Butterfly



          Okazuje się, że moja szkoła tańca sprowadza wkrótce na warsztaty samą Jenyne Butterfly, chyba najbardziej topowe nazwisko w światowym pole dance. Zajęcia z mistrzynią kosztują (i kid you not!) 10.000 Y (udział) albo 1000 Y (obserwacja z pianą na ustach). Odbywają się pierwszego kwietnia, DZIEŃ PO MOIM POWROCIE DO POLSKI. Aaargh. Z jednej strony przykro, bo nie zobaczę Jenyne na żywo, a z drugiej odczuwam pewną ulgę, bo zaoszczędzę gotówkę. Zresztą po obejrzeniu tej pani mogłabym nabrać przykrej chęci, zeby z pewnego rozpędu przygrzmocić łbem w ścianę. Ona robi TAKIE rzeczy (nie jest to mój ulubiony program Jenyne, kamerę trzyma jakiś epileptyk, dźwięk jest potworny ale NAPRAWDĘ polecam Waszej uwadze to, co dzieje się w dwudziestu sekundach, gdzieś między 3:25 a 3:50)



Radość 1: Dobrze wychowani goście



          W trakcie weekendu gościliśmy znajomych z Osaki, którzy przyjechali do Tokio na... międzynarodową galę UFC (tak Mamo, teraz takich mam kolegów i koleżanki...). Nie narzucali nam się za bardzo, pozwalając Miśkowi pracowac, a mię oglądać Black Books (patrz: Radość 2). Za to przed wyjazdem zrobili nam naleśniki. To się nazywa miła wizyta. Zapraszamy ponownie!



Radość 2:  Black Books



          Ponieważ angielskie poczucie humoru nie jest dla mnie jakimś niesamowitym wyznacznikiem jakości, nie poluję namiętnie na seriale komediowe z wysp brytyjskich. Srednio raz do roku trafiam jednak na coś, co okazuje się dla mnie objawieniem. Po Mind Your Language, IT Crowd i No Heroics przyszła pora na Black Books. W ciągu ostatnich trzech dni, przegryzłam się na jutubie przez trzy sezony tego cuda (nie róbcie wielkich oczu, to serial angielski, na jedną serię przypada ledwie sześć 25-minutowych odcinków!) i kilkukrotnie wypłakałam oczy ze śmiechu. BB opowiada historię trójki dziwologów – Bernarda, antypatycznego, nienawidzącego ludzkości, wiecznie skacowanego i nieumytego właściciela księgarni, jego (jedynej) znajomej Fran – neurotycznej alkoholiczki oraz bezwzględnie tyranizowanego przez wymienioną dwójkę Manny’ego, dobrodusznego księgowego. Ich przygody mają ton mocno surrealistyczny, zaś cytaty z Bernarda (wyglądającego jak niechciane dziecię Neila Gaimana i Philipa K. Dicka) stały się już zmorą Małża.


Czytam: Kawakami Otojirō... itd. Mam tylko nadzieję, że skończę tę książkę przed powrotem do Polski, bo inaczej wypełni mi ona pół bagażu podręcznego!
Słucham: Soundtrack z Dear Esther. Pyszny ambient jest pyszny.
Dokonania: Myhyhyy – Shoulder mount. Na razie tylko z poziomu ‘dupą-na-gruncie’ but I’m getting there!
Fun Fact: Dziś mieliśmy w Tokio maraton. Tzw. ‘event’ cały tydzień promował się w mieście, w intensywnym, japońskim stylu – na przykład hasłem ‘Jeśli dam radę przebiec  w stroju gigantycznego królika 42 kilometry, to na pewno dam też radę dostać się do wymarzonej firmy!’

b

środa, 22 lutego 2012

AfroMental



..czyli: Błogosławieni niech będa Włochacze!


                Atoliż, mało brakowało a w ogóle nie poszlibysmy wczoraj z Małżem do kina. Chociaż data przecież sprzyjała, bo w środy bilety dla pań tańsze, zaś obłożenie seansów znikome. Chociaż sprzyjał także repertuar, kuszący np. Leonardem wśród silikonowych zmarszczek czy Justinem w szafażu SajFaj.  Najlepszego z Mężów bolała jednak głowa i od rana odwalał krecią robotę, że może by tak jednak zostać w ciepłym łóżku, obejrzeć na laptopie jakiś nielegalnie ściągnięty z internetu film i po prostu napić się piwa. Nie ze mną jednak te numery i do kina jednak dotarliśmy. Choć wymagało to perswazji. Dlatego, trudno orzec czemuż to, skoro już wybraliśmy się do multipleksu, miast kuszących, błyszczących i migoczących dzieł amerykańskiej kinematografii, wybraliśmy Afuro-Tanaka – JAPOŃSKI ROMKOM.



...spójrzcie jednak na ten trailer i przyznajcie... czy sami nie bylibyście skuszeni?

                Gdy natknęliśmy się na powyższą zajawkę, natychmiast wykonaliśmy pospieszny risercz, dotyczący Afro Tanaki. Okazało się, że film stanowi adaptację popularnej mangi (a jakże!) autorstwa Masaharu Noritsuke. Komiks śledzi losy tytulowego Tanaki, rozkosznego nieudacznika, który, przerwawszy w przypływie szału naukę w liceum, przeprowadza się do stolicy i rozpoczyna tam życie na własną rękę, dryfując gdzieś w dolnych rejonach planktonu japońskiego społeczeństwa. Aha, Tanaka, poza rozkoszną naiwnością i nieprzystosowaniem do życia, charakteryzuje się również GIGANTYCZNYM AFRO, z którym... się po prostu urodził. W tym momencie możecie sobie zadać pytanie, czy ten zarys Was w ogóle śmieszy. Mnie śmieszy niepomiernie, ale być może jest to efekt już prawie 18-miesięcznego torpedowania zewsząt japońskim poczuciem humoru, słabo przekładającym się na zachodnie realia.



Oczywiście to, że materiał wyjściowy jest śmieszny, nie znaczy, że uda się go przerobić na choć szczątkowo zabawny film...

                Szczęśliwie, Daigo Matsui, debiutującemu filmem w roli rezysera, udało się zacnie. Jego kinowy Afuro Tanaka, łączący kilka wątków z oryginalnej mangi, ogląda się nader miło. Pomagają świetna, soczysta paleta kolorystyczna, zgrabny montaż i przede wszystkim dobre tempo dowcipów. Akcja filmu zawiązuje się, gdy 24-letni Tanaka, zatrudniony aktualnie jako kopacz tuneli metra, znajduje w skrzynce pocztowej list od jednego ze szkolnych przyjaciół. List jest równocześnie zaproszeniem na ślub. Nasz włochacz z drżeniem serca przypomina sobie, jak przed laty, na dachu liceum, składał wraz z paczką przyjaciół przysięgę, iż na ceremonię zaslubin pierwszego z nich, wszyscy inni przybędą z własnymi dziewczynami (które naturalnie do tej pory uda im się zdobyć, nawet jeśli są potwornymi dziwakami).  Przerażenie Tanaki wzrasta, kiedy dowiaduje się, że pozostali czterej koledzy, chociaż podobnie jak on oscylują gdzieś w okolicy nizin społecznych, faktycznie posiadają już różnych kształtów oraz rozmiarów partnerki. I tak rozpoczyna się dramatyczna i usiana przeszkodami droga Afro-Tanaki do odnalezienia miłości, sensu życia oraz własnego ja.
                Widz towarzyszy w niej bohaterowi z radością rodzącą się z kilku źródeł. Po pierwsze, Tanaka jest szczery, czasem do bólu dosłowny i ma w sobie coś z typowego LOL-kota. Jego rola została przykładnie obsadzona zaskakująco utalentowanym aktorem:


            
Shōta Matsuda, który bez wielkiego afro wygląda jak jeden z 10.000 generycznych lover-boyów, zaludniających lokalną popkulturę, zaskakująco dobrze wcielił się w Tanakę. Nie przesadza z karykaturą i tworzy postać raczej ultra-dziwaka niż przerysowanego idioty. Szczególnie rozczulające jest, jak dubbinguje z offu własne poczynania, korzystając z techniki humorystycznej typowej dla japońskich komedii romantycznych.


                Po drugie, Afuro Tanaka, chociaż w założeniu jest komedią o nieprzystosowanych do życia (zwłaszcza w związku) nieudaczników, znacznie odróżnia się od amerykańskich komedii w duchu Hangover. Po pierwsze, poczucie humoru może i nie jest wyrafinowane, ale należy raczej do gatunku ‘zwariowane’ niż ‘durne’. Wyobraźcie sobie na przykład, że chociaż akcja skupia się na perypetiach pięciu panów, nie ma ani jednego dowcipu o pierdzeniu (!).  Bohaterowie może i są nieudacznikami, ale bez przesady – da się uwierzyć, że tacy ludzie naprawdę istnieją. Podobnie zresztą jak ich partnerki. Wszyscy oni budzą raczej sympatię dlatego atmosfera filmu przypomina bardzo ciepłe, obyczajowe studium, cechujące się dużą dozą zrozumienia dla ludzkich dziwactw. Wreszcie, zakończenie jest zaskakujące - jednocześnie smutne, optymistyczne i bardzo zaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę gatunek.
                Aha, Afuro-Tanaka zawiera także jedną z dziwniejszych scen w historii kina, gdy program kulinarny służy za bardzo dziwną metaforę seksualną. Cudne.

Bottomline?  Dużo radości, sympatyczny komentarz kulturowy oraz ważny morał, że niekoniecznie dobrze jest spontanicznie rezygnować ze szkoły. Polecam.



Bonus: Wokół naszego odaibowego multipleksu, jak zwykle mnogość atrakcji. Tu ja, jako Złe Jedi dzielnie walczę z lordem Sithów, który, jak wyraźnie widać, próbuje stosować nieprzepisowe ciosy w krocze.


Czytam: Nadal Enter a Samurai: Kawakami Otojirō and Japanese Theatre in the West. So. Many. Pretty. Pictuhrs.
Słucham: Sklejam sobię plejlistę na pole-dance. Na razie wkleiłam na nią pięć razy Cinema Italiano z Nine i nic więcej.
Dokonania/Fun Fact: Z ministerstwa edukacji przyszły wreszcie szczęśliwe numerki kodujące mój powrót na łono Ojczyzny!

3/31 11:00 Narita    Finnair AY0047
3/31  15:15 Helsinki
3/31  18:40 Helsinki        Finnair AY0743
3/31  19:25 Warsaw

!!!

poniedziałek, 20 lutego 2012

Feministyczna Masa





...czyli nie ma to jak zdrowy rancik na początek tygodnia.


                Dzień dobry.  W weekend skończyłam lekturę Feminism in Modern Japan i naładowałam się po końcówki uszu bojową, pro-waginalną energią. Z tejże właśnie okazji, nie tylko wysłałam wkurzony fanmail do mojego ulubionego Internetowego Celebryty, lecz również postanowiłam uraczyć Was tyradą. Tyrada dotyczyć będzie częściowo ciężkiego życia kobiety-gracza, a częściowo tego, jak czasem (choć rzadko), poza przykrymi niespodziankami, można w owym życiu natrafić także na niespodzianki miłe. Za pretekst niech posłuży zbliżająca się data premiery Mass Effect 3 oraz (wierzcie mi) przełomowy  fakt, iż na okładce kolekcjonerskiej tegoż wydawnictwa znajdzie się zdjęcie głównego bohatera w wersji kobiecej, oraz to, że grę promuje historyczny trailer, w którym, zamiast męskiego protagonisty: niejakiego komandora Sheparda pojawia się.... pani komandor Shepard.

***

         Najsampierw jednak, disclaimer dla tych, ktrórzy nie urodzili się zrośnięci pępowiną ze swoim komputerem/konsolą (a mimo to, jakimś cudem, nadal czytają ten tekst). Wspomniany wyżej Mass Effect to seria gier elektronicznych w tonacji space opery, gatunkowo gdzieś  z pogranicza TPS i cRPG. Te tajemnicze skróty znaczą mniej więcej tyle, iż podczas gry w Mass Effect gracz wciela się w fikcyjną postać, nad której zachowaniem/wyglądem/losami ma pewną kontrolę.  Za pomocą tejże postaci morduje nasz gracz hordy elektronicznych przeciwników oraz podejmuje decyzje dotyczące tego czym/jak mordować, w co się podczas mordowania ubrać oraz jak rozegrać dialog dotyczący galaktycznej przyszłości.  Podobnych gier jest na rynku jak mrówków, lecz to Mass Effect cieszy się zasłużoną renomą jednej z lepszych. Wyróżnia się przyzwoitymi dialogami, w miarę spójną fabułą (chociaż ta ma wzloty i upadki) oraz tym, że przez trzy części gry prowadzimy tego samego awatara (czyli po zakończeniu ME1 możemy postać, którą graliśmy zaimportować, wraz z popełnionymi przez nią decyzjami do ME2 itd.). Nasz bohater, komandor Shepard może równie dobrze być małą Azjatką jak i grubym Murzynem – gra dostosowuje się do naszych wyborów i toczy się tak, jakby to nasza historia była tą jedyną, starając się zręcznie ukryć to, że jest zrobiona dla różnych graczy.
Ponieważ o twarzy, płci i generalnym nastawieniu do życia protagonisty Mass Effect decyduje sam gracz, nie istnieje coś takiego jak kanoniczna wersjia  bohatera. Jako, że na plakatach ktoś jednak musi występować, skończyło się na tym, że  w materiałach promocyjnych główny bohater ME wygląda mniej więcej tak:



 Defaultowy Shepard, wymodelowany na bazie holenderskiego modela Marka Vanderloo nie róźni się specjalnie od 10.000 generycznych  growych marines’ów z niedogolonym zarostem i fryzurą na zapałkę. Nuda? Pewno, że nuda! Jeśli  zdecydujemy się wcielić  w tego typowego grunta, Mass Effect dostarczy nam rozrywki na poziomie kina akcji klasy B – będą statki kosmiczne, wybuchy, galaktyczna konspiracja oraz dramatyczne walki i dzielny chłop, który to wszystko przeżywa (a jeśli ma gadane to nawet coś zarucha na boku).  Przyjemne, chociaż trochę miałkie... Gdy jednak na początku gry klikniemy magiczny guzik, który zawyrokuje, ze chcemy grać postacią kobiecą, nastąpi rzecz (nie bójmy się tego słowa) MISTYCZNA.



Uolaboga! Baba w kosmicznej zbroi!!!

              Tak, tak, w większości gier crpg mamy wpływ na to, czy nasza postać będzie panię czy panem – ale śmiem stwierdzić, że w serii ME pierwszy raz doświadczenie gry postacią kobiecą jest ciekawsze (i ze wszech miar lepsze) niż granie mężczyzną. Chociaż, wg. statystyk tylko  ok. 1/5 graczy decyduje się wypełnić kosmiczną zbroję babskim ciałem, to jest to bardzo wygadana grupa, tworząca mocną internetową subkulturę. Zwłaszcza wśród kobiet-graczy, które w postaci tzw. femShepa (czyli Sheparda z cycem) znalazły idolkę gotową pożreć 3000 Lar Croft czy innych Bayonett.


 

                Na miłość dziewcząt (i nie tylko) do pani Shepard składa się wiele spraw. Po pierwsze, to jak owa pani Shepard wygląda i nosi się. A robi to niczym kizior pierwszej klasy. Jej ekwipunek zakrywa (o rewolucjo!) całe ciało i nie zawiera elementów panzerbikini. Spokojnie można uwierzyć, że tak właśnie wygląda .. hm... „kompetentny kosmiczny marine przyszłości”. Po drugie, pani Shepard ciekawie się porusza – to akurat prozaiczna kwestia lenistwa animacyjnego, ale trudno nie docenić, że dzięki niemu animacja np. chodu pani komandor jest taka sama jak animacja pana komandora! FemShep porusza się męskim, zdecydowanym krokiem, nie kręci zadkiem, a podczas postojów w ruchu ani mysli zakładać kokieteryjnie rączkę na bioderko. Jest ultra-pro żoł.nie.rzem. Strasznie mnie to ekscytuje, bo są to rejony genderowe, w które nawet masowe kino do tej pory raczej nie wkraczało – zamiast kobiet-marines dostawaliśmy albo dmuchane lale w lateksie, wymiatające z karata w strojach z seks-szopu albo babo-chłopy model „GI Jane”, które połowę czasu ekranowego musiały poświęcać na udowadnianie facetom, że są tak twarde jak oni i, że też umieją siurać na stojąco. Dlatego bardzo łatwo kochać panią Shepard, która nikomu nic nie musi udowadniać tylko po prostu jest twarda niczym Jean Reno w spódnicy... Kto wie, może po prostu w przyszłości sajfaj nareszcie udało się osiągnąć równouprawnienie? (czasem trudniej mi w to uwierzyć niż w owe wszytskie napędy ponadświetlne...).
  Innym jeszcze powodem miłości, jaką budzi pani Shepard jest prozaiczna zasługa dubbingu – podkładająca głos pod kobiecego Sheparda Jennifer Hale o kilka długości  wyprzedza dubbingującego Sheparda-chłopa Marka Meera. Ma zdecydowany, charyzmatyczny, niski głos osoby, która nawet Bruce’a Willisa postawi do kąta.
                A propos rozstawiania po kątach – podczas fabuły Mass Effect femShep robi to wspaniale. Wszystkie te przygody, które dla generycznego marinesa wyglądałyby wtórnie, są nagle wykonywane przez samodzielną kobietę. Uratować  podkomendnych zrzucając ich ciosem z bara z linii ognia? Wynieść kogoś na własnych plecach z pola bitwy? Wepchnąć załoganta przemocą do kabiny ratunkowej albo warknąć rozkaz, który natychmiast jest wykonywany? PRZYWALIĆ Z BANI WIELKIEMU OBCEMU? Wszystko to FemShep może zrobić (naturalnie może =/= nie musi. Jeśli gracz woli wcielać się w łagodniejszą wersję pani komandor, ma takie prawo – ale przyznajmy – co to za radość?).


                Podsumowując: seria Mass Effect nie jest wolna od infantylnego seksizmu (jednej z największych plag całej branży), nie jest też najlepszą grą na planecie. Może stanowić zwyczajną, nudnawą rozrywkę, potrafi dawać radochę różnego typu graczom, (w tym trzynastoletnim pryszczatym chłopcom, którzy chcą poprowadzić swoją panią Shepard do romansiku z jakimkolwiek kobiecym członkiem załogi, tylko po to, żeby obejrzeć na ekranie dwie pary wyrenderowanych cycków)... Jednak chociaż daleki od doskonałości, ME dał światu jedno -  oto w grach tzw "komputerowych" pojawiła się nareszcie bohaterka, do której inne postacie, przez TRZY GRY Z RZĘDU odnoszą się z respektem per „komandor”.  A gracz siedzący przed ekranem im wierzy. Piękne to jest i dobre.

***

Aha - jeszcze jedno – nie jestem fanką cosplayowania ale uważam, że wszystko, co daje nastolatkom na konwentach szansę przebrania się za coś innego, niż odziana w obcisłe majciochy superbohaterka zasługuje na buziaka.



Zatem buziak! Anais Roberts jako femShep. Gdybym miała taki kostium chodziłabym w nim codziennie. Zdjęcie stąd.

Czytam: Joseph Anderson - Enter a Samurai: Kawakami Otojiro and Japanese Theatre in the West. Mało nie zemdlałam, kiedy zobaczyłam, że jeden z moich Japońckich idoli przełomu XIX I XX wielu dorobił się OLBRZYMIEJ biografii po angielsku. Jest tak wielka, że będę ją czytać przez najbliższy miesiąc. And I’ll be loving every friggin’ moment.
Słucham: Nic. Ale kupiłam sobie szalenie modny naramienny pokrowiec na ajpoda.
Dokonania: Inverted Crucifix – to nie jest szczególnie trudna figura ale trzeba zwalczyć wszelki instynkt samozachowawczy który wrzeszczy, że NIE NALEŻY PUSZCZAĆ SIĘ RĘKAMI RURY, JEŚLI WISI SIĘ GŁOWA W DÓŁ METR NAD PODŁOGĄ.
Fun Fact: Te pancie, które na obrazkach powyżej reprezentują femShepa to i tak małe miki. Mój Shepard jest wielką, napakowaną czarną babą, która wszystkie powyższe bohaterki zwinęłaby w rulonik i wciągnęła nosem. 'Cause I’m just that rad.

środa, 15 lutego 2012

Walentrauma



Z pewnym poślizgiem czasowym, lecz oto odnalazłam wreszcie walentynkową kartkę, która idealnie oddaje naturę mego małżeństwa!
 (Pobrana stąd)

***

            Och, Walentynki!
W jakimż to  tonie mam o was pisać?
Niby hip i cool byłaby notka w stylu wzgardliwym
ale z drugiej strony...
może lepiej zaćwierkać słodko na rzecz miłości?


Hm, najlepiej pewnie byłoby nie pisać wcale – lecz wtedy znika jakakolwiek okazja do blognotki... a do braku blognotki, wobec czytających mię milionów, nie można przecież dopuścić! Zatem pozwólcie, że zaprezentuję Wam: me Walentynki w Japonii.


***

Tak się bowiem składa, ze tutejsze obchody tzw. „święta zakochanych” mogą stanowić przeżycie równie traumatyczne co w Polsce. Konkretne zwyczaje znacznie się jednak różnią.  W Żółtym Kraju tradycją jest np. że to panie w ten szczególny dzień obdarowują panów (i to nie panów mężów czy chłopaków lecz WSZYSTKICH PANÓW W PROMIENIU 100 KM)* czekoladkami. Najpiękniejsze, najbardziej wypimpowane (ba! czasem własnoręcznie robione) słodycze trafiają oczywiście do tego Jedynego – resztę najłatwiej kupic taśmowo w delikatesach. Dlatego, od połowy stycznia z każdej wystawy sklepowej w Tokio wylewają się POTOKI WYSOKOKALORYCZNYCH PYSZNOŚCI. Wygląda to jak wnętrze fabryki Willy’ego Wonki.... Zaprawdę trudno utrzymać w mocy postanowienie o diecie.
*/ Oczywiście przesadzam. Jeśli jeszcze się Państwo nie zorientowali, na tym blogu często pojawiają się hiperbolizacje i kłamstwa, proszę zatem nie powoływać się na niego w swojej ewentualnej robocie antropologicznej.


               Naturalnie, my z Małżem także obchodziliśmy czternasty lutego. Poza świętowaniem premiery dema Mass Effect 3 (to tylko ja) celebrowaliśmy naszą miłosć za pomocą:

a/  flaszki białego lokalnego wina (chcieliśmy wspomóc żółtą gospodarkę, ale napój, mimo wcale wysokiej ceny, tak zionął siarą, że dla bezpieczeństwa na przyszłość zarzucamy eksperymenty z wszelkimi japońskimi winnymi szczepami).

b/ paczki truskawek (bardzo nieekologicznych, przywiezionych ani chybi wysokospalinowym samolotem gdzieś z Chile)

d/ FILMU O ZOMBIE. Bo nic tak nie mówi „Kocham Cię”  jak „Blaaaaaaaaaaaarghhhhh..”
               

***

PS. Także z okazji Walentynek, chciałabym zdementować plotkę, według której rzekomo już dwa razy wysiadłam z metra o stację później niż należało, tylko po to by napawać się urokiem pornograficznych ust Michaela Pitta (wyeksponowanych na billboardach kampanii, którymi obklejony jest sklep firmowy Prady na Ginzie.)

              

- Ach Michaelu, czy będziesz mą Walentynką?
- Hooka’ please...!


Czytam: Nadal Feminism in Modern Japan. Chociaż w tym tygodniu, wstyd przyznać nie przewróciłam jeszcze ani jednej strony.... By jednak udowodnić, że sprawa kobiet nadal jest mi bliska – odpowiedź na odwieczne pytanie: ZA JAKIEGO TYPU FEMINISTKĘ SIĘ UWAŻAM?



Nie wiem co to jest. Znalazłam to w internetsach i jestem zachwycona.

Słucham: Nachtmahr – Can you feel the beat. Oj, bo rozważam, czy nie jechać do Berlina na E-tropolis. Główną gwiazdą festiwalu jest jednak Nachtmahr, więc próbuję się z nim zaprzyjaźnić. Trudna to misja, albowiem Nachtmahr jest KOSZMARNY. Stanowi idealne mięso armatnie do wyśmiewania dla Małża, który określa tę muzykę mianem „Essen Sie bitte meine Sheisse”.
Dokonania: Jakiś tydzień temu blog przekroczył 40.000 kliknięć, za co bardzo klikaczom (umyślnym oraz przypadkowym) dziękuję. Szczególnie rozczula mnie zaskakująca liczba tych, którzy (wg. google analytics) trafili tu w poszukiwaniu „lalek z cycami” albo „lasek w lateksie” (po dwa tuziny kliknięć każde!) oraz Andrew Scotta (macie Państwo znakomity gust!)
Fun Fact: Katio W., jeśli tu zaglądasz będziesz na pewno rozbawiona tym, że od kwietnia planuję zapisać się na Tribal Fusion! (Przydałoby mi się troszkę tych Waszych izolacji...)




Last but not least:  ponieważ zaczęłam od Walentynki dla Małża, pozwólcie, że skończę na Walentynce dla Was, drodzy Czytelnicy!