niedziela, 5 czerwca 2011

W Świebodzinie Chrząszcz Brzmi w Trzcinie



.... czyli króciótko o tym, jak utrwalam szkodliwe stereotypy na temat naszej ojczyzny.
           Wybaczcie karygodny brak aktualizacji, ale mam taki zawał roboty, że nawet maszyna do szycia porasta od kilku dni kurzem. Treściwą notkę obiecuję w środę (znajdziecie w niej, między innymi, relację ze światowej rangi imprezy sportowej oraz kluczową informację, czym się różni 'tokijski drift' od 'tokijskiego poślizgu'.
           Na ten moment podzielę się z Wami tylko przebłyskiem geniuszu, który pozwolił wybrnąć mi z problemu, jaki to reprezentatywny dla Polski przedmiot zaprezentuję we wtorek na kursie językowym. Ponieważ nie mam pod ręką niczego odpowiedniego, a zdjęcie ciupagi albo kosy na sztorc jakoś mnie nie kusiło, postanowiłam w duchu chasła ‘THINK BIG’ wybrać coś w innej skali. Pora, by Japończycy dowiedzieli się wreszcie, czym jest POSĄG JEZUSA ZE ŚWIEBODZINA!

środa, 1 czerwca 2011

Na niepogodę: PONYO!


czyli, za co płaci mi japoński podatnik.
       Dzień dobry. Jak profetycznie przepowiedziałyśmy kiedyś z Kajusem, w Czekając na Mary (naszym przełomowym, licealnym filmie supereksperymentalnym) : KLIMAT SIĘ ZMIENIA. Straszliwy ten fakt dociera do mnie za każdym razem, kiedy próbuję sobie przyswoić fakt, że mamy pierwszy czerwca, a temeperatura w Tokio jakimś cudem zdołała spaść poniżej 20 stopni.
        Zimno, pada - czyli zupełnie jak w Ojczyźnie... tylko z dodatkiem tajfunów. Co (jakże płynnie!) naprowadza mnie na dzisiejszy temat: Ponyo. Ponyo (w oryginale 崖の上のポニョ[Gake no ue no Ponyo], czyli Ponyo znad klifu]  to film Hayao Miyazakiego, dotyczący właśnie szpetnej pogody, natury i japońskich tajfunów. Film ze wszech miar cudowny, co postaram się Wam zaraz wyłuszczyć.


          Najsampierw jednak disclaimer: generalnie nie przepadam za animacjami Miyazakiego i zupełnie nie pojmuję, dlaczego na świecie jest to główny (obok równie mi obojętnych książek Harukiego Murakami) japoński towar popkulturalnego eksportu. Nurtuje mnie, w jaki sposób Miyazaki został pieszczoszkiem białych krytyków, laureatem Oskara, podczas kiedy w żółtym kraju jest kilku bardziej utalentowanych reżyserów (na czele z boskim Kon Satoshim), którzy na dodatek nie robią w kółko jednego flmu o tym samym.... W każdym razie jest jak jest, Miyazaki budzi mój podziw swoją plastyczną wyobraźnią, ale nie dorobkiem artystycznym i generalnie najnowszych jego filmów (łącznie z Ponyo) nie odczuwałam specjalnej potrzeby oglądać. 
         Szczęśliwie jednak, do zapoznania się z nimi zmusiły mnie zajęcia na Todaju, na których, pod sztandarem prof. Wilsona zajmujemy się taśmowo analizą bajek dla dzieci. Analiza zazwyczaj sprowadza się do wydobywania wszelkiej maści, mniej lub bardziej domniemanych podtekstów seksualnych (tak, tak, był moment w którym usłyszeliśmy, I kid you not, że ‘oto wagina Królewny Śnieżki śpiewa!’), od czasu do czasu jednak jest to doświadczenie otwierające oczy, i zmuszające do robienia czegoś, czego z własnej woli bym nie robiła (a co i tak czeka mnie, kiedy się w bliższej lub dalszej przyszłości rozmnożę): oglądania bajek.


          Wiecie już zatem jakie okoliczności przyrody zetknęły mnie z Ponyo. Co jednak zacz ta Ponyo? W zachodniej prasie przypadło jej niewdzięczne określenie “japońskiej małej syrenki”. Faktycznie mamy tu dziewczynkę-rybę i jej pragnienie zostania człowiekiem, ale ten, zapożyczony od Andersena wątek jest tylko materiałem mocno luźnej adaptacji, dotyczącej głównie relacji człowieka z naturą i życia w kraju tak mocno związanym z morzem jak Japonia. 
          Co w Ponyo działa? Po pierwsze jej bajkowość. Film jest naprawdę skierowany do dzieci (a nie młodzieży, jak wiele innych produkcji Miyazakiego). W związku z tym, proste metafory, miast irytować pretensjonalnością, okazują się po prostu perfekcyjnie dobrane do odbiorcy. Bohaterowie też są tacy, żeby młodociany widz mógł się z nimi identyfikować: mają po kilka lat i zachowują się odpowiednio. Logika całości nie jest logiką dorosłego, raczej sprawnym połączeniem realizmu magicznego z teletubisiami, które dojrzałego widza może czasem przyprawić o zawrót głowy (ale też przyjemnie zasugerować mu wspomnienia własnego dzieciństwa).



         Podwodny świat, gdzie odbywa się duża część akcji jest oszałamiająco piękny i to nie “ładnym” disneyowskim pięknem: tutaj na iście kambryjską eksplozję morskiego życia składają się realistyczne meduzy, kraby, krewetki i inne stwory, w większości robakowate oraz obce, w żadnej mierze “śliczne”, raczej fascynujące, jak wyjątkowo udana żywa arnżacja z oceanarium.




      Ponyo jest nie tylko cudownie bezpretensjonalna ale także niesie kilka przesłań, które rzadko ujawniają się w innych produkcjach dla maluchów. Poza podejściem pro-ekologicznym, (ktore chyba po trochu przeniknęło już także do Disneya) znajdziemy tu konkretne i silne postacie kobiece - gatunek wymarły w bajkach na całym świecie. Nie doczekamy się wyraźnego i oczywistego podziału na bohaterów dobrych i złych - boć i mali ludzie tego rodzaju uproszczeń akurat niekoniecznie i nie zawsze potrzebują. Próżno też szukać w Ponyo wysilonych "mrugnięć okiem" do rodziców, oglądających z latoroślami film - i dobrze - po wszelkich Szrekach ta taktyka potężnie się zużyła i chyba lepiej,  żeby filmy dla dzieci starały się po prostu być możliwie dobrymi filmami DLA DZIECI.



        Krótko mówiąc: jeśli macie małych potomków albo chcecie przynajmniej poczuć łącznoś z własnym wewnętrznym dzieckiem: polecam Waszej uwadze Ponyo! (...zwłaszcza z oryginalnym dubingiem!)



...ewentualnie jeśli macie więcej czasu: Where the Wild Things Are. I Up. I Despicable Me. (Hmm... ostatnie lata były całkiem udane jeśli chodzi o mądre filmy dla maluchów, prawda?)
Czytam: http://winter-is-coming.net/. Co za wstyd.
Słucham: MGMT - Kids. Jedna z tych upierdliwych piosenek, które słyszy się w sklepie, a potem nie można się do nich uwolnić.
Dokonania: Zakupy w Forever XXI. Lubię tę firmę, bo za cenę jednej sukienki z Zary można mieć tu trzy podobne i buty. (Buty oczywiście rozpadają się tego samego dnia...)
Fun Fact: Japońskie ambulansę są najwolniejszymi ambulansami na świecie. Zwalniają przed przejściami dla pieszych i skrzyżowaniami, żeby przez przypadek nie spowodować wypadku. Naprawdę nie chciałabym tu mieć jakiejś medycznej sytuacji awaryjnej.
PS.


Po kolejnym odcinku Gry o Tron mogę tylko zaznaczyć, że oczywiście rozumiem, iż adaptacja filmowa ma swoje prawa i bynajmniej nie uważam za profanację zmieniania książkowych wątków/postaci. Niemniej martinowy Littlefinger-kreatywny księgowy jakoś bardziej mi się podobał niż telewizyjny Littlefinger-alfons. A mówię to z głębi miłości do Aidena Gillena, aktor nie jest tu niczemu winien.
Also, Myles McNutt wymyślił wdzięczny termin na to, co scenarzyści GoT wnieśli do tradycji małego ekranu: SEXPOSITION (czyli naświetlanie historii świata/bohaterów przez monologi z cyckiem w tle). 

niedziela, 29 maja 2011

Ach, gdyby tak być kappą...


czyli: mała pora deszczowa powraca, Małż śni o ludziach-krabach a ja zamieniam się w Crazy Corset Lady.
    
     Kappa (河童) to rzeczne stwory z japońskiego folkloru. Są trochę mniejsze od ludzi, pokryte łuską i (najczęściej) zielone. Żyją we wszelkich tzw. ciekach oraz zbiornikach słodkowodnych Ryżowej Krainy. Świetnie pływają. NIE BOJĄ SIĘ WILGOCI. Zważywszy na tę ostatnią cechę, od kilku dni rośnie we mnie żądza, żeby choć na chwilę (a najlepiej w ogóle na cały kolejny tydzień) zamienić w małego, szpetnego kappę z błoną pławną między palcami.
     Od piątku wszędzie wokół jest niemożliwie mokro. Pada bez przerwy. Przez niskociśnieniowe lenistwo w gruzach legły nasze ambitne sobotnio-niedzielne plany. Jakakolwiek impreza miała się tym razem odbyć na akademikowym parkingu - została odwołana. Dlatego dziś nie będzie zdjęć japońskich samochodów ani zwariowanych fanów anime. Tkiwimy w stuporze. Oglądamy The Wire (sezon drugi, traktujący o przemycie w dokach, cudownie śledzi się mając za oknem nasze lokalne doki tokijskie!). Jesteśmy w intelektualnym limbo. Lecz bez obaw: doświadczenie uczy, że prędzej czy później nad Daibą zaświeci wreszcie słońce....Zanim zaś to nastąpi: przekrój fotograficzny przez mój weekend.


1. Elementy gorsetu ‘Pretty Housemaid’, już zszyte i z wmontowanym zapięciem.


2. Proszę zwrócić uwagę na podszewkę, wykonaną z z najsolidniejszego i najbardziej niezawodnego materiału: tkaniny obrusowej!


3. Fiszbiny wymierzone, pocięte i poukładane w kolejności starszeństwa. Pomieszanie fiszbin to jedno z najbardziej upierdliwych potknięć, jakie można popełnić podczas montażu gorsetu. Believe me, I have been there.



4. Pomysł był taki, żeby z wierzchniej strony pokazać trochę anatomii projektu. Stąd obszycia poszczególnych kawałków wykroju.



    5. Fiszbiny na amen wszyte między materiał. Dolna krawędź obszyta i uporządkowana.




    6. Cztery złamane igły i szpulkę nici później - naszyta nitkowa fakturka. Góra zabezpieczona (nie znam ŻADNYCH fachowych terminów szwalniczych, więc mogę wymyślać własne!).
     Przymiarka do przyszycia koronki



      1. 7. Koronka przyszyta. Wbite 50% dziurek do wiązania





      8. Zamontowane robocze wiązanie do pierwszego mierzenia.


      Igorze, TO DZIAŁA!!!
      Pierwsze mierzenie. Obowiązkowo po kąpieli, bez makijażu i z ręcznikiem na głowie.
       T-SHIRT NIE JEST CZĘŚCIĄ ZESTAWU.
                I tak właśńie wyglądał mój weekend. I am now officially the Crazy Corset Lady.
               Jeśli nie przestanie padać (błagam, niech przestanie!) w kolejnym odcinku czeka Was: montowanie gorsetowego panelu  na plecy “Ślicznej Pokojówki” i ręczne wyszywanie detali - moje nemezis!
      Czytam: Nada.
      Słucham: Diary of Dreams - The Wedding. To chyba przez te wszystkie śluby!
      Dokonania: CZTERY. ZŁAMANE. IGŁY.
      Fun Fact: Kappy przepadają za ogórkami. Stąd maki-sushi z ogórem nazywa się kappa-maki (河童巻き), ‘zawijasem kappowym’.

      czwartek, 26 maja 2011

      P(r)etty Housemaid



      czyli, nie ma nic logistycznie prostszego niż konstruowanie gorsetu!
              Kochani, serdecznie dziękuję wszystkim, którzy pamiętali o moich, kolejnych już, osiemnastych urodzinach (chociaż nie przypominał im o nich żaden Fejsbuk, Twitter czy inna społeczna proteza). Nie ma odwrotu, oto wkraczam w kolejny rok życia - zbrojna w bloga, maszynę do szycia i Małża. Zaprawdę, gdyby ktoś zasugerował mi jeszcze parę lat temu, że kiedyś znajdę się w takich okolicznościach przyrody, dostałby ode mnie srogiego kopa w zadek... Zatem weźcie pod uwagę moją starczą radę:  CHAOS ZAWSZE ZWYCIĘŻY, niezależnie od tego, jak szczegółowe plany macie odnośnie własnej przyszłości.
               Nie chcę popadać w nostalgię ani wyliczanie, jak to czas szybko płynie. Ale nie da się zaprzeczyc: znajomi rodzą dzieci (ewentualnie są od porodów tuż-tuż), biorą śluby (ściskamy Was Anio i Tomku!) albo przynajmniej robią kariery. Ja zaś mieszkam naprzeciw doków w porcie Tokijskim i piszę pracę semestralną o staniku Małej Syrenki (THIS IS NOT A JOKE. THIS IS MY LIFE). I jeszcze: szyję gorset, na podstawie modelu “Śliczna pokojówka” od Symingtona - rocznik 1890. Taka najwyraźniej jest moja karma.
      ***
                Aha, ponieważ, patrząc na statystyki ludzie trafiają na tego bloga, zadając w google NAPRAWDĘ dziwne pytania (‘Czy nad Polskę nadchodzi toksyczna chmura z Japonii?’ albo ‘Jak radioaktywny jest banan?’), podzielę się pewną ekskluzywną wiedzą. Najlepsze materiały do gorseciarstwa w Tokio można nabyć w Odakai, 10-piętrowej mekce cosplayowców i studentów krawiectwa na Shinjuku. W piwnicy tego budynku znajduje się także jeden z niewielu w Żółtym Kraju sklepów bieliźnianych, oferujących szeroką rozmiarówkę (czytaj: rozmiary poza 70A, lokalnym odpowiednikiem niesławnego polskiego 75C) oraz sporo importów Panache oraz Frei.
                 Anyhows... o czym ja to... a, tak - przemyślenia rocznicowe. Hm - to może podsumuję tak:


      Jak wiadomo, wśród prezentów urodzinowych najlepsze są te, które człowiek sam sobie sprawia. 
      Na przykład kupione w makulatorni 5 kilo tomów o wymianie kulturowej Wschodu z Zachodem!
      Słucham: Antony & the Johnsons - The Spirit Was Gone. Nie miałam pojęcia, że ta piosenka poświęcona jest pamięci Kazuo Ōno. Piękny, piękny teledysk
      Czytam: Nadal Orientalism Saida, muszę czytać dokładnie, robić notatki i przygotowywać się do prezentacji tego tekstu na forum publicznym, albowiem...
      Dokonania:... założyliśmy Wielkie, Dumne oraz Ze Wszech Miar Wspaniałe Koło Naukowe Polskich Studentów Todaju. Zamierzamy motywować się nawzajem, dzielić wiedzą oraz narzekać i spożywać wielkie ilości napojów wyskokowych!
      Fun Fact: W Japonii, podobnie jak w Polsze, popularne jest wysyłanie bliskim w podarku gotówki. Można na ten cel nabyć nawet specjalne, ozdobne koperty. Dopiero mój Mąż uświadomił mi, co to oznacza: W RUCHU POCZTOWYM KRĄŻĄ BEZPIECZNIE (?) TYSIĄCE KOPERT NA KTÓRYCH WOŁAMI NAPISANE JEST, ŻE ZAWIERAJĄ GOTÓWKĘ. Takie cuda tylko w Japonii!


      Harry Lloyd, I now officially hate you. 
      HOW ON EARTH DID YOU MAKE ENJOY MR. SLIMY??!!
      Also, jeśli oglądacie Grę o Tron a nie znacie TEGO tumblra, omija Was moc radości. To relacja z eksperymentu społecznego, przeprowadzanego na bieżąco przez pewną kobietę. Kobieta owa wystawiaja swoją sześćdziesięciokilkuletnią, zadziwiająco przenikliwą matkę na cotygodniową dawkę GoT. Relacje z reakcji (hm) starszej pani są naprawdę obłędne!

      niedziela, 22 maja 2011

      Mamo, czy ja już jestem blacharą?


      Czerwone samochody, jak powszechnie wiadomo, jeżdżą szybciej.
      Lecz co z tymi czerwonymi samochodami, na które ktoś nalepił porno-loli-króliczka?
                Dzień dobry. Tyle ciekawych rzeczy zdarzyło się w tym tygodniu. Na przykład: byliśmy z Małżem na koncercie Mimozy. Albo: do portu w Tokio zawinęły trzy statki z kadetami japońskiej marynarki. Czy też: zmuszona byłam zniszczyć jeded ze swoich projektów szwalniczych... Wszystkie te zdarzenia stanowią całkiem przyzwoite materiały na blogowe wpisy. Niestety, dzisiaj rano obudziło nas wycie motorów - i to właśnie dzięki niemu przeczytacie (o ile za kilka linijek nie uciekniecie z krzykiem)  notkę na zupełnie inny temat.
                 Nic bowiem nie poradzę. W obrębie parkingu akademikowego odbył się dziś kolejny event motoryzacyjny. Nawiasem mówiąc, mało brakowało a zignorowalibyśmy go, bo tematyka samochodowa troche nam już po ostatnich weekendach zbrzydła. Ale podczas porannej wyprawy do konbini odkryliśmy, że to wcale nie taka zwyczajna impreza. Wyszło na jaw, iż tuż pod naszym progiem miały miejsce Czwarte Japońskie Pokazy Grafik Samochodowych G-FESUTA. Potworność ta, sponsorowana przez magazyn G-Tsū (G通), poświęcona była w całości MALOWANIU NA SAMOCHODACH POSTACI Z MANG I ANIME... Wypisz, wymaluj materiał na Epicką Blognotkę!
               Tak więc, z narażeniem życia (było bardzo gorąco) oraz zdrowych zmysłów, wniknęliśmy za ogrodzenie i sprokurowaliśmy dla Was PT. Czytelnicy, tę oto fotorelację.
         

      Ja jestem dopiero na początku drogi do blacharstwa - za to Małż jest już blacharzem pełnoprawnym. Nie przeraża go nawet kartonowa lolita. 


      Pokaz oczywiście nie służył tylo pokazywaniu, lecz także wyłonieniu najwypimpniejszej maszyny. Tutaj tryumfator kategorii “motocykle”.

      Japończycy wbrew powszechnemu mniemaniu nie są wcale narodem szczególnie ceniącym subtelność. 
      Na pokazie, poza odpicowanym samochodem, obowiązuje totalne wypimpowanie jego otoczenia - obejmujące par example: maskotki, gadżety i często osobę właściciela mobilu, przebranego za sportretowaną na masce postać. 
      Kostiumy budziły moje przerażenie, ale równocześnie podziw (w końcu jestem świeżoupieczonym adeptem szycia!)


      Jeśli właściciel akurat stracił swój kostium (np. w pożarze) może go zastąpić lalka przedstawiająca daną bohaterkę (ale podejrzewam, że są za to punkty ujemne)

      ...no chyba że “zastępcze” lalki są w skali 1:1. Wtedy dostaje się punkty dodatkowe.
      Chociaż ja na miejscu PT jury raczej nie dotykałabym tych rekwizytów. Mam pewne podejrzenia do czego, poza dekoracją, były (i są) przez właściciela wykorzystywane... 


      W Polsce, kiedy człowiek otwiera bagażnik samochodu ma 30% sznas, że znajdzie tam jakiś przedatowany pokarm, 40% szans na zapasową oponę, 20% na niedziałającą gaśnicę, 8% na niezidentyfikowany śmieć i 2% na ciało.
      W Japonii zaś dochodzi jeszcze możliwość znalezienia czegoś TAKIEGO.


      Widzieliśmy rzeczy straszne: drzwi otwierające się we wszystkie możliwe strony...

      ..naklejki przedstawiające wszystkie możliwe.. pozycje...


      ...plastikowe nakładki udające... nie wiem.. DZIAŁA?!


      ...oraz pory.
      Jest taki koszmarny internetowy mem z piosenką o porach
      (Chudy, pomożesz? Za diabła nie pamiętam jak to-to się nazywało...)
      dzięki tym ozdobom na wycieraczki, można pokazać całemu światu, że bardzo lubi się piosenkę o porach.

      A tu, Kochani macie przykład, jak spektakularnie zrujnować nowe, piękne BMW.
      (BTW:  zadziwia mnie skąd Ci młodzieńcy na pokazach mają w ogólę na te automobile pieniądze...)

      Aha, trzeba przyznać, że wśród prezentowanych opcji były też malowania, które chętnie bym sprawiła własnemu autku. Toć dopiero bym się wyróżniała na drodze! 

      The name “Pussywagon” just got a whole new meaning.

      THIS. IS. YOUR. CAR. ON. DRUGS.
      Poza samochodami pimp treatment otrzymały także motocykle, skutery wodne I ROWERY:


      Hm, czy gdybym wychowała się w Japonii to moje Różowe Ostre wyglądałoby właśnie tak..?


      Między mobilami pałętali się oczywiście wypimpowani właściciele. Najczęściej w wieku okołostudenckim i najczęściej przebrani za dziewczynki w wieku szkolnym.


      ...chociaż wyraźnie nie było ograniczeń wiekowych ani... posturowych. 
      W kulturze Japonii, zwanej (błędnie) “kulturą wstydu” są takie okoliczności, w których nie ma żadnego obciachu - i to akurat w Żółtym Kraju bardzo z Małżem lubimy.
      Jeśli gruby Pan chce się przebrać za różową pokojówkę: proszę bardzo.


      ...jeśli rodzice pragną przebrać swoje dziecko za postać z anime - proszę bardzo


      ...pod warunkiem oczywiście, że są w pobliżu i pilnują latorośli!
      (Najlepiej też w przebraniu, by potomek nie czuł się głupio...)


      Wśród właścicieli były też opłacone (i okostiumione) przez organizatora modelki, ale zaprawdę nie dało się ich odróżnić od przebranych za swoje idolki chłopców.

      O, to prawie na pewno jest dziewczynka!



      I jeden z nielicznych identyfikowalnch mężczyzn. Mój idol!


      Weirdos Galore!


      Na prośbę kogokolwiek z aparatem większość przebierańców potrafi nawet wykonać (solidnie przećwicony wcześniej w domu) program artystyczny!


      ...albo przynajmniej przybrać trademarkową pozę.

      Is it so very wrong that I kinda want this wig?



      ...not this one though.

      Jeszcze jedno: podczas targów widzieliśmy LEGENDARNEGO CZŁOWIEKA KOZŁA!!!
      (do tej pory nie do końca pojmuję co on tam robił)
               I ostatnia rzecz, już bardziej na poważnie. Japonia ma duży problem ze swoim stosunkiem do osób niepełnosprawnych - nie na poziomie infrastrukturalnym, (wszystkie budynki są przystosowane do obsługi wózków inwalidzkich etc.) tylko raczej psychologiczno-społeczym. Zobaczyć na ulicy jakiegokolwiek inwalidę to rzadkość. Niestety, dotyczy to nawet uniwersytetu, gdzie niepełnosprawnych studentów (w porównaniu chociażby z UW), prawie w ogóle nie ma. JEDYNYM miejscem, gdzie widziałam osoby na wózkach w normalnej sytuacji społecznej są właśnie wszelkie imprezy animo-mangowe oraz koncerty j-popowe. I dlatego, chociaż czasem tego typu imprezy mnie przerażają,  przyznaję, że mają one przynajmniej jeden ważny cel socjologiczny.

      Czytam: O Boże, nic nie czytam. TO PRZEZ TO SZYCIE!!!
      Słucham: Tears for Fears - Shout. Czasem tak mam.
      Dokonania: Wyraźnie poprawia się moje rozumienie znaków. Czyżby terror Żaby jednak przynosił jakieś efekty?!
      Fun Fact: Jeśli wydaje Wam się, że polskie przybytki weselne są OAZĄ POTWORNOŚCI, wyraźnie nie widzieliście nigdy przybytków japońskich. 

      Na Daibie mamy ich kilka, na przykład ten, imitujący kawałek renesansowej Florencji. 
      Na tle innych nie wypada on nawet tak źle, przynajmniej widać, ze Pan architekt był kiedyś oryginalną Florencję widział. Chociaż pewnie na zdjęciu. I tylko przez chwilę. 

      PS. Ponieważ, wygłodzeni brakiem filmowych premier (japońskie kina wprowadzają filmy na ekrany z około dwuletnim, w stosunku do reszty świata, opóźnieniem) popełniliśmy karygodny błąd i udaliśmy się do lokalnego multipleksu na Piratów z Karaibów 4 (albowiem Piraci z Karaibów wraz z Harrym Potterem to jedyne tytuły premierujące w Żółtym Kraju równocześnie z Zachodem)  apelujemy: nie powtarzajcie naszej pomyłki. Jeśli WY kupicie bilet to właśnie WY będziecie odpowiedzialni za to, że powstanie kolejna JESZCE BARDZIEJ POTWORNA część.



      Nie dajcie się omamić promocji, ani ścianom fotografii Johnny’ego Deppa!


      Zamiast kaszanki z przemielonego Jacka Sparrow’a polecamy Waszej uwadze na przykład Princess Bride. Cudowny, prawdziwie przygodowy film, z czasów, kiedy konwencja fantasy rządziła w kinach, a parodiowano ją za pomocą inteligentnych dialogów, ewentualnie absurdalnego humoru A NIE DOWCIPÓW O KUPIE (I am looking at you Your Highness!!).