wtorek, 15 lutego 2011

Patriarchalne czekoladki



...czyli o tym jak japońska mizoginia partyzancko przejęła Walentynki.
          Dzień dobry. W Polsce ferie podobno mają się już ku końcowi, tymczasem w Japonii  dopiero weszliśmy w rozbiegówkę przed zimową labą. Jako, że rok akademicki zaczyna się tu z początkiem kwietnia, większość marca to dla studentów, którzy przebrnęli już przez egzaminy czas wolny. Z drugiej strony, dla tych, którzy próbują dostać się na uniwersytety w całym kraju, rozpoczyna się właśnie 試験地獄 (shiken-jigoku), to jest ‘piekło egzaminacyjne’, stanowczo najgorszy okres w ich dotychczasowym życiu. 
          Ja, poza testem językowym oraz drobną aktywnością okołokonferencyjną mam okazję bardziej niż zwykle się poobijać, z czego skwapliwie korzystam. Zamawiam więcej niż zwykle z amazon.jp, zwiększyłam limit dzienny partii w Race for the Galaxy do dwóch oraz (do wczoraj) oglądam japońskie przygotowania do starojapońskiego tradycyjnego święta: Walentynek.
         Tak, tak, wszyscy mamy wdrukowane, żeby nie znosić czternastego lutego. Ale zaprawdę powiadam Wam, w porównaniu do Walentynek japońskich nasze, przaśne, polskie Walentynki to tzw. Małe Miki. Dla japonistów oraz japonofilów to, co dalej napiszę, to nie będą co prawda żadne rewelacje, ale mam nadzieję, że wśród czytelników znajdzie się choć jedna osoba, która nie jest zaznajomiona z tutejszym.. specyficznym świętowaniem tego, co brzydko nazywamy dniem zakochanych.
          W Żółtym kraju symbolem tegoż święta jest wielki kawał wysokokalorycznej czekolady. Już od połowy stycznia każdy szanujący się sklep, spożywczak i delikates wystawia przed swe oddrzwia straganik-nibynóżkę, gdzie można kupić pralinki, serduszka, czekoladki i co tam jeszcze. Po co? BY ZA SWOJE CIĘŻKO ZAROBIONE PIENIĄDZE MOGŁY JE KUPIĆ JAPOŃSKIE KOBIETY. Po co? BY W DZIEŃ ŚWIĘTEGO WALENTEGO MOGŁY ROZDAĆ JE WSZYSTKIM OTACZAJĄCYM ICH MĘŻCZYZNOM. To nie są żarty. Giri-choko (義理チョコ), specjalny walentynkowy typ czekoladek, darowuje się współpracownikom, współstudentom, współrezydentom i wszelkim innym współmężczyznom - na czele oczywiście z tym jednym, jedynym, dla którego czekoladowy dar przygotowało się własnoręcznie und z pietyzmem.
JAK 60 MILIONÓW KOBIET MOGŁO SIĘ DAĆ WMANEWROWAĆ W TAKI KANAŁ?!


jedna z możliwych (acz nietypowych) form 義理チョコ, Czekoladek Zobowiązania, czy też może raczej Czekoladek Szowinizmu.

A to mój (najlepszy możliwy) prezent walentynkowy. Pocztówka z Urzędu Imigracyjnego, głosząca, że mogę już odebrać pozwolenie na pracę!
Czytam: Sławomir Mrożek - Dzienniki 1962-1969. Zaczęłam je już dawno, ale pora wreszcie skończyć, plus zawieźć wreszcie tę cegłę do Polszy. Ech, kiedyś, kiedy czytało się pamiętniki, w których autor ujmuje myśli, jakby nasze własne, w nieskończenie bardziej wyrafinowany sposób, niż my bylibyśmy w stanie to zrobić, ogarniała człowieka frustracja. A teraz przeciwnie: satysfakcja, że ktoś to tak pięknie napisał. Hm, starość?
Słucham: Minor Majority - (Think I’m) up for you and I. Jakaś internetowa muzodajnia kiedyś poleciła mi Minor Majority, w związku z mą szeroko deklarowaną miłością do norweskiej formacji Madrugada. Perfect match!
Dokonania: Meblujemy się! 



W związku z tym, że usiłujemy rozsądnie zagospodarować nasze 15m2 mam ostatnio wrażenie, jakbym mieszkała w katalogu szaf z Ikei.

Fun Fact (jak dla kogo, he he): Zadłużenie publiczne Japonii wynosi 200% PKB.


PS. Jesli jeszcze nie czytaliscie, koniecznie przeczytajcie TO. Chciałabym tę Panią ukochać! 

piątek, 11 lutego 2011

Tōkyō yuki matsuri! (東京雪祭り!)



Wbrew pozorom ja wcale nie płaczę. Przeciwnie, jestem bardzo zadowolona. Tylko śnieg mi się na gębie topi.
          W Tokio nie ma czegoś takiego jak święto śniegu. Święto śniegu (czyli tytułowe yuki matsuri) obchodzi się za to w Sapporo, daleko na północy. Mieliśmy się nawet na nie wybrać z Lady Adą, lecz niestety zabrakło funduszów. Okazało się jednak, że czasem nawet góra może przyjść do Mahometa, i oto, w piątek doświadczyliśmy w Żółtej Stolicy najprawdziwszego, nieudawanego opadu! 
         Ciekawie się złożyło, że tajemniczy Atak Zimy nastąpił dokładnie w jedyny w lutym japoński dzień wolny - Rocznicę Założenia Cesarstwa (建国記念の日)... Jest to jedno z tych świąt, które się w Japonii niby obchodzi, ale, ze względu na ultraprawicowe konotacje, celebracje nie są szczególnie huczne. Od rana śledziliśmy telewizornie, żeby może zobaczyć kawałek parady albo przynajmniej przemowy cesarskiej, lecz bez skutku. Tak więc śnieżny dzień spędziliśmy na słodkim nieróbstwie, dziękując, że w Japonii podczas świąt nieczynne są tylko urzędy i banki - sklepy zaś pracują pełną parą... (Ergo: nie trzeba jak w Ojczyźnie dreptać na najbliższą stację benzynową, żeby kupić suchą bułę)


A oto i samo mityczne Założenie Japonii. Jest rok 660 pne. Cesarz Jimmu zstępuje na ziemię i zakłada Państwo Yamato. 
Czytam: Valerie Steele. Corset (A Cultural History). Wróciłam do tej książki, bo potrzebna mi pilnie przerwa w wypisywaniu nieskończonych ciągów znaków z rozprawy o nō. Jest świetnie udokumentowana i jak na ‘modową’ rzecz całkiem naukowa. No i rozbija mnóstwo mitów, narosłych wokół gorsetu (gorset jako narzędzie patriarchalnej opresji etc.). Jedyne co mnie niepokoi to to, że autorka przejawia iście nienaukową fascynację tight-lacingiem
Słucham: Mortiis - You Put A Hex On Me. Mortiis gra podobno 24 lutego w Polsce. Jeśli przyjdzie mu do głowy umieścić na setliście przynajmniej jeden utwór z wyklętego albumu Smell of Rain, to ja poprosiłabym ten!
Dokonania: Ech, z rozżewnieniem wspominam czasy, kiedy czwartek, dzień w którym nie mam zajęć, był platformą do beztroskiego wylegiwania się i słodkiego pierdzenia pod kołderkę. Teraz, niestety, każdy kolejny czwartek spędzam walcząc z maszyną urzędniczą - najczęściej w Tokijskim Urzędzie Imigracyjnym. Ostatnio głównie wokół mojego pozwolenia na pracę i małżowego statusu pobytu. 


Tokijski Urząd Imigracyjny jest trochę jak seks. Trzeba poświęcić mnóstwo czasu a satysfakcja trwa tylko kilka sekund... Może już pora demonstrować?
Fun Fact: O! Skoro już wypłynął temat okołoświąteczny... W Japonii, podobnie jak w Polsce jest trochę świąt ruchomych. Między rokiem 1998 a 2001 podjęto ciekawą próbę ich uporządkowania i stworzono tak zwany system Szczęśliwych Poniedziałków (I kid you not! Po japońsku nazywa się to ハッピーマンデー制度, czyli Happī Mandē Seido). Ustalono po prostu, że rzeczone święta przypadać będą zawsze na któryś konkretny poniedziałek danego miesiąca. I wułala! powstały automatyczne, ustawowe długie weekendy. Fajne.


A mój Małż nie za bardzo lubi śnieg...

środa, 9 lutego 2011

Ostatni taki wtorek!



Nigdy. Więcej. Żabyyy!!!

         Kochani, z okazji ostatniego w tym semestrze Strasznego Wtorku, garść refleksji natury różnorakiej:
1/ Dlaczego lektorki języków obcych na całym świecie, są całkowicie niezdolne do opanowania prostej sztuki obsługi odtwarzania płyt cd/dvd na najprostszym sprzęcie elektronicznym?... Anybody?
2/ Urząd imigracyjny domaga się wyciągu z mojego konta, żeby sprawdzić, czy faktycznie jestem w stanie utrzymać mojego Ślubnego. Ok. A teraz uwaga: Na wydruk z konta w japońskim banku czeka się TYDZIEŃ DO DWÓCH. Yup, jak wyjaśnił mi Pomocny Amerykanin, (dysponujący stosownym wykształceniem ekonomicznym) żółte banki po prostu nie chcą, by ludzie zakładali w nich konta, a tym bardziej nie daj boże w ogóle trzymali na tych kontach jakiekolwiek pieniądze. Stąd brak bankowości internetowej, obsługi kart debetowych oraz w ogóle jakichkolwiek udogodnień. Na tym przykładzie doskonale widać fundamentalną nieprawdziwość mitu japońskiej nowoczesności (oj poświęcę temu mitowi jeszcze kiedyś osobny wpis...).
3/ Odfajkowałam pierwsze zlecenia z mojej translatorskiej fuszki. Jeśli za około rok, obsługując na przykład nowy biurowy, wielofunkcyjny skaner, wspaniałej japońskiej firmy, traficie na wyświetlaczu na komunikat “Wspieraj Front Wyzwolenia Białych Świń!”, wiedzcie czyja to sprawka!
4/ Ostatnio w Centrum Edukacji robimy dziwne rzeczy, na przykład ćwiczymy emisję. Moja emisja nie wymaga korekt.  Według pani sensejki nie powinnam mieć problemów ze śpiewem, długimi, publicznymi przemowami, lub dowolną kombinacją powyższych. Poderzewam, że ci, którzy mieli pecha być ze mną na karaoke, mogą mieć co do tego niejakie zastrzeżenia.
5/ Namiętnie kupuję ostatnio pewne japońskie czekoladki. Nie są szczególnie dobre ale a/ nie kosztują wiele oraz b/ na wewnętrznej stronie opakowań mają nadrukowane przeróżne lekcje angielskiego, na zasadzie: wyrażenie/tłumaczenie+zdanie przykładowe.  O tak,


Dobór zdań przykładowych budzi we mnie jednocześnie grozę i fascynację.

6/ Cierpimy z Małżem na wielki niedobór Najlepszego z Kotów. Dlatego, nabyliśmy w lokalnym sklepie Profesjonalną Japońską Protezę Kota



Może też służyć jako stojak na telefony!
7/ W ostatni wtorek pisałam trochę o Hoshim Shin’ichim. Straszny wstyd, że jako miłośniczka ambitnej telewizji oraz Japonii nie miałam pojęcia, iż zrealizowana przez NHK z okazji 10-lecia śmierci Hoshiego seria krótkometrażowych animacji w różnych technikach dostała w zeszłym roku nagrodę Emmy (w kategorii najlepsza zagrniczna produkcja). Haha! Widziałam niektóre z tych filmików i koniecznie muszę zamówić więcej z amazona. A wtedy niech drżą wszyscy japoniści, z którymi będę kiedykolwiek mieć zajęcia z wideo!!!
Czytam: e... tym razem zamiast standardowego wykazu, coś z dawna nie widzianego!
          Post-notkowy kącik serialowy:
         Jako, że koniec grudnia i styczeń to okres serialowej posuchy, podumarł mój zwyczaj pisania na blogu o ulubionych programach. W tych ciężkich czasach świeżą dostawę rozrywki zapewniała mi tylko niedziela w Showtime (promowana teraz, nie bez racji jako Best. Sunday. Ever.). Niestety, dwa z trzech seriali, które składają się na Wesołą Niedzielę to świeżynki, zatem, jakkolwiek bardzo by mi się nie podobały, dam im jeszcze trochę czasu, żeby się zepsuły, zanim zacznę je tu wychwalać. Szczęśliwie trzeci tytuł to stary wyga Showtime i jeden z ważniejszych programów ostatniej dekady. Ladies and Gentlemen.. i give you.... 
Californication!



          Ekhm, ekhm. Hank Moody jest wziętym amerykańskim pisarzem. Jego ostatnia, skandalizująca powieść dostała właśnie zielone światło w Hollywood i życie trudno byłoby uznać za bardziej udane. Przynajmniej do momentu w którym Hank nie dociera do Los Angeles, mekki showbuisnessu, nie okazuje się, że jego cyniczne dzieło zostało przerobione na komedię romantyczną, a Karen, matka ukochanej córki Hanka, straciła wreszcie cierpliwość, czekając na jakiś poważniejszy krok z jego strony i zaręczyła się z łysawym ale solidnym nudziarzem. Do tego Hank (zupełnie) przypadkiem spędza noc w towarzystwie ponętnej Mii. Która okazuje się córką nowego narzeczonego Karen. Będącą najwyraźniej w wieku córki Hanka. A to zaledwie zawiązanie akcji.
          Californication, półgodzinna tragikomedia, (czyli format w którym Showtime jest najlepsze) skupia się wokół walącego się życia Hanka, mężczyzny nękanego blokadą twórczą, miłością do Karen oraz własną nadmierną inteligencją i przystojną twarzą. Najważniejsze jest jednak to, że Hank, jakkolwiek parszywa staje się jego egzystencja, nie pogrąża się w modnej pisarskiej depresji. Wręcz przeciwnie, wbrew rozsypującemu się dookoła światu, zachowuje hedonistyczne, dowcipno-gorzkie podejście do rzeczywistości. Odurza się przeróżnymi substancjami, uwodzi nieskończone rzesze kobiet, a wszystko to na tle przerysowanego krajobrazu Hollywood, pełnego pustogłowych aktorów, bezwzględnych agentów i bajecznie bogatych producentów.
           Podobnie jak True Blood, Californication nie szczędzi widzowi tzw. ‘momentów’, chwilami ocierając się o soft-porno. Szczęśliwie, scenarzyści próbują (lepiej lub gorzej) równocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko, czyli niby kusić widokiem nagich tyłków, lecz w tym samym momencie mrugać do widza, że owe tyłki to przecież tylko taki wygłup i pastisz. Generalnie udaje się to całkiem nieźle. Przede wszystkim z powodu dialogów. Dialogi są w Californication oszałamiające.
        Fakt, serial od czasu do czasu zahacza o treści absolutnie obraźliwe, ale autorów z opresji ratuje to, iż przedstawiony świat, w sposób oczywisty i zamierzony, jest tak bardzo odrealniony, że nijak nie odnosi się do naszego. No i to, że Hank, osaczony przez silikonowe piękności i robiący wszystko, na co tylko ma ochotę, w zasadzie jest przegranym człowiekiem, rozpaczliwie tęskniącym za swoją córką i jej matką.
         Cóż, może najlepiej naturę Californication oddaje autotematryczny cytat z głównego bohatera: Yes, I am kind of retarded, but I’m also kinda amazing.
Highlight: David Duchovny jako Hank Moody. Wystarczy mniej więcej dwa odcinki, żeby zapomnieć, że to ten sam facet, który grał w Z Archiwum X. Poza tym wszyscy aktorzy, którzy okazyjnie pojwaiają się na drugim planie, jako festiwal psychopatów, związanych z showbuisnessem Los Angeles
A lot like: Entourage
Dla kogo: Mizoginów oraz feministek. Wszystko zależy od podejścia. Negatorów, miłujących cytaty, łączące treści intelektualne z obrzydliwymi.
PS. Aha, po noworocznej suszy, od zeszłego tygodnia nadeszła klęska serialowego urodzaju. Oglądamy z Misiem dużo, dając szansę prawie wszystkiemu, co nie jest romantycznym sitcomem. Odkryliśmy już parę świetnie rokujących nowości (Shameless US, Episodes), odrzuciliśmy kilku słabeuszy (Bedlam i chyba Chicago Code), a raz zostaliśmy zupełnie niespodziewanie i całkowicie oszołomieni (Outcasts). Powtarzam: mam nadzieję, że przyjdzie mi tu jeszcze napisać za jakiś czas o kilku z debiutantów, kiedy już upewnimy się co do ich jakości.


Czy Outcasts będzie nowym Battlestar Galactica? Żyję nadzieją. Na pewno decyzja, żeby obsadzić Jamiego Bambera w jednej z głównych ról była marketingowym strzałem w dziesiątkę! Plus to całkiem przyzwoity aktor jest.

niedziela, 6 lutego 2011

No, no, nō!


Weekend update from Kanze Nōgakudō!
          Odgrażałam się i odgrażałam, że pójdziemy na prawdziwe nō, aż wreszcie poszliśmy. Dzięki darowanym przez Todaj biletom (pozwalającym zaoszczędzić, bagatela, 7000 jenów!) spędziliśmy z Małżem sążnisty kawałek ubiegłej niedzieli na Shibui w Kanze Nōgakudō: stuletnim teatrze Szkoły Kanze, największej obecnie japońskiej ‘szkoły’ nō.
          Najsampierw musicie wiedzieć, że wyprawa na nō to nie przelewki. ‘Spektakl nō’ to raczej ‘dzień z nō’. Rozpoczyna się zazwyczaj około południa i trwa dobre kilka godzin. Nie wystawia się jednej sztuki, lecz jakiś (dogłębnie przemyślany) ich układ (zazwyczaj 3-5). W ramach przerywników splata się między poszczególne inscenizacje krótkie utwory tradycyjnego, komediowego teatru kyōgen. W powstałym pięcio-sześciogodzinnym kombinacie stężenie sztuki jest tak wysokie oraz długotrwałe, że zawstydziłoby nawet Krzysia Warlikowskiego. Na szczęście, co mniej więcej godzinę (bo tyle trwa przeciętnie realizacja jednego tekstu), występują przerwy, a podejście do wchodzenia i wychodzenia widzów na salę jest luźniejsze niż w teatrach europejskich. To, że ktoś na przykład opuszcza jeden przerywnik kyogen, idąc na lunchm nie jest żadną demonstracją, tylko raczej typowym zachowaniem. Można przyjść na jedną sztukę, której akurat nigdy się nie widziało, albo na jednego aktora, albo na dowolną kombinację powyższych. Światła na widowni są przytłumione, ale nie wyłączone - po pierwsze, żeby umożliwiać poruszanie się widzom, a po drugie (i o wiele bardziej kluczowe), by dać im szanse zerkania do libretta, podstawowego wyposażenia każdego miłośnika nō.



Owo libretto (to naturalnie nie jest właściwa nazwa), wygląda tak. Jest swoistą ściągawka, zawierającą cały tekst danego dramatu i umożliwiającą śledzenie tego, co akurat mówią aktorzy. (Zrozumienie ich ze słuchu może bowiem stanowić pewien problem, jako, że tekst podaje się z bardzo specyficznym zaśpiewem.)


W ‘ściągawce’, poza tekstem właściwym, są też wskazówki dotyczące  gestów, ruchu scenicznego oraz tonacji zaśpiewów. Bardzo przydatne, jeśli ktoś sam ćwiczy nō. (A wielu Japończyków, zwłaszcza w wieku okołoemerytalnym hobbystycznie uczy się podstaw tego teatru). 

          Generalnie fabułę większości sztuk nō da się streścić w trzech zdaniach. Kłopot jednak w tym, że znajomość owej fabuły niewiele wnosi do poziomu radości, jaki można z oglądania nō czerpać. Rzecz jasna jeśli nie mamy pojęcia o co w danym tekście chodzi, to marne szanse, żebyśmy z akcji scenicznej byli w stanie cokolwiek wywnioskować, więc zawsze lepiej rzeczoną podkładkę fabularną jednak znać. W każdym jednak razie znacznie więcej przeżyć dostarcza poetycki tekst (poezja jest zazwyczaj naprawdę wysokiej próby) oraz jako-takie zrozumienie zhieratyzowanych gestów aktorów. Do tego zaś niezbędna jest rzeczona książeczka. Tak więc, żadnym zaskoczeniem nie powienien być widok Japończyków, którzy więcej uwagi poświęcają śledzeniu tekstu na papierze, niż temu, co dzieje się na scenie. Podobnie niespecjelnie powinien dziwić widok białych małpiszonów, sporadycznie obecnych w teatrze, pozbawionych Świętej Ściągawki i pochrapujących wesoło. Chociaż żeby oddać sprawiedliwość - Żółci też czasem przysypiają. 


 Otóż i nasz bilet! Oraz moja mądra książka, którą kupiłam na fali nō-entuzjazmu.
          Dramat, który wybraliśmy jako największą atrakcję soboty, czyli Morihisa okazał się jak na nō nietypowy. Nie ma w nim masek, duchów ani bóstw, a standardowe role pierwszego i drugiego aktora są... hm.. nieco odmienne niż zazwyczaj. Nie dziwota więc, że kiedy rozejrzałam się w połowie spektaklu po moim sektorze (z przymusu wypełnionym obcokrajowcami, którzy załapali się na todajowe bilety), większość (w tym mój najdroższy Mąż) smacznie spała. Cóż, ja w związku z posiadaniem Cud-książeczki byłam całkiem zaangżowana. Dopóki nie okazało się, że w akcji wcale nie chodziło o to, o co wydawało mi się, że chodzi. Ale to sprawdziłam dopiero, kiedy wyszliśmy na przerwę...
         Cóż, na kolejną cud-książeczkę z tekstem następnej sztuki już nie było nas stać, więc po pierwszym kyōgen (sądząc z reakcji publiczności był całkiem śmieszny...) wróciliśmy do domu... Chociaż nawet Ślubny powiedział, że było o wiele bardziej dynamicznie niż się spodziewał. Więc pewnie nawiedzimy jeszcze kiedyś Kanze Nōgakudō!

Teatry, podobnie jak nieszczęścia lubią chodzić parami. W drodze do Kanze minęliśmy też budynek Bunkamury. A tam Yukio Ninagawa najwyraźniej po raz kolejny pastwi się nad Yukio Mishimą... I to podwójnie! Spektakl nazywa się Mishima-daburu (‘Double Mishima’) i obejmuje inscenizację Madame de Sade oraz Mojego przyjaciela Hitlera... Oczywiście, że idziemy! Z Ninagawą mam co prawda mocne love-hate relationship i wiecznie drażni mnie jego przerost formy nad treścią, ale come on! Japońscy aktorzy przebrai za francuskich mieszczan?! This cannot be missed!!!
Czytam: Głupszą z dwóch książek o nō, które kupiłam w teatrze (Kanze ma w lobby naprawdę zaskakująco dobrze zaopatrzoną księgarnię branżową!). Tuszę, że, nauczywszy się z niej słownictwa, będę mogła dokonać awansu do drugiej książki - zbioru mocno skomplikowanych wykładów. 
Słucham: Zager & Evans - In the Year 2525. Film Gentlemen Broncos był ze wszech miar okropny. Ale pozostała mi po nim ta piosenka, więc dwóch godzin nie sposób uznać za stracone! Dzięki Ci, o Dyniasku!
Dokonania: To raczej anty-dokonanie. Oprowadzałam w weekend Finkę po Kōenji. Moje solemne postanowienie, że nie kupię już niczego w kwiatowe wzory nie wytrzymało. Japonia ma upierdliwy zwyczaj podprogowego wsączania do mojej szafy floralnych nadruków oraz kokardek. Must. Resist. Aargh!!! 
Fun Fact: W tokijskim nō-teatrze Kanze istnieje happy hour! Pod tą zwodniczą nazwą kryje się możliwość wejścia na wolne miejsca i zobaczenia tylko ostatniego z trzech dramatów danego dnia. Happy hourowa wejściówka kosztuje bardzo niewiele i jest idealną opcją dla gaijinów, niezdolnych wytrzymać sześciu godzin kontaktu ze skondensowanym nō.  
PS. 

Podjęliśmy też z Misiem heroiczną próbę obejrzenia Burlesque, najnowszego skoku na kasę, związanego z szalejącą modą na burleskę. Nie dotrwaliśmy do końca. Christina Aguilera buczy jak syrena okrętowa na maksymalnych obrotach.. Tzw. taniec polega głównie na teledyskowym wierzganiu i rzucaniu grzywą. Nawet makijaże i kostiumy są słabe (jak można zepsuć ekranowe cekiny i perły?). Ale wiecie co? Cher wymiata! Nie można nie kochać Cher. 


Thou shall love me!

czwartek, 3 lutego 2011

Setsubun! (節分)



‘kiedy wkraczasz między wrony, świętuj świnio jak i ony!’
          Dzień dobry! Dzisiaj w Japonii setsubun, czyli lunarny odpowiednik naszego Sylwestra. Chociaż Skośna Kraina oficjalnie zarzuciła księżycowy kalendarz, ergo Nowy Rok obchodzi się tu tak samo jak w Europie, to na początku lutego można nadal przeżyć jego swoisty ‘replay’.
         Kulminacja celebrowania wypada trzeciego lutego i objawia się właśnie świętem setsubun, mającym na celu oczyszczenie żółtych domów i miast ze wszystkiego co wredne, oraz zaproszeniu na jego miejsce wszelkiego dobrobytu. 
         Jako że dobrobyt bardzo by nam się przydał a wyganiania nieszczęść jak wiadomo nigdy za wiele, postanowiliśmy ze Ślubnym dołączyć do rytualnych japońskich działań setsubunowych, na czele z tzw. mamemaki (豆まき to jest ‘rzucaniem fasoli’)


...fasolę można było pobrać na Todaju - jest to w pełni profesjonalna, atestowana i znana ze swoich antydemonicznych właściwości, prażona soja.
          Musicie wiedzieć, że żeby właściwie odegnać nieszczęście, postrzebne są conajmniej dwie osoby. Jedna personifikować będzie wszystko co niedobre, a druga wykona rytuał wypędzania. 


...hm, podział ról przyszedł nam zaskakująco łatwo. Odpowiednia charakteryzacja też. Co prawda zwyczajni Japończycy najczęściej nie malują się jak pajace, tylko wykorzystują specjalne maski (takie jak te pod tytułem posta), ale mnie niełatwo przekonać do rezygnacji z szansy wysmarowania siebie (i Męża!) szminką po gębie!
         Mając już własnego ‘diabła’ oraz własnego ‘wypędzacza’, mogliśmy rozpocząć mamemaki właściwe. Polega ono z grubsza na tym, iż domownik, przebrany za szczęście, wali do domownika-diabła fasolką, wywrzaskując przy tym obowiązkową formułkę ‘Oni wa soto, fuku wa uchi!’ (w wolnym przekładze: ‘Diabeł: won, szczęście: chonotu!’). Sama radość.
         Kiedy już znudzi się znęcanie nad uosabiającym zło nieszczęśnikiem, można przejść do nieodłącznej części każdego japońskiego święta: konsumpcji. W setsubun na stół wjeżdżają, poza wspomnianą prażoną soją (której dobrze jest pożreć tyle, ile ma się lat lub o jedno ziarenko więcej), także ehōmaki, to jest specjalny typ sushi, podobny do zwykłych maków ale kupowany w niepociętych rolkach.


...tu zestaw ‘eho-maki-zrób-to-sam’
         Ehomaki spożywa się, zwróciwszy twarz w odpowiedni, szczęśliwy kierunek świata, ale to już pachnie pełnym pogaństwem, więc w naszym gaijińskim domu zamiast sushi zdecydowaliśmy się na spaghetti. Wyszło taniej. Ach, losie emigranta!
Czytam: Terry Pratchett I Shall Wear Midnight. Mój instynkt macierzyński objawia się ostatnio głównie poszukiwaniem książek dla mego ewentualnego, przyszłego dziecka. Chodzi mi o takie lektury, które nie zlasowałyby mu mózgu, jak jakieś nie przymierzając Zmierzchy. ISWM to pierwsza z ‘nastolatkowych’ książek Pratchetta, która wpadła mi w ręcę i póki co jestem nią bardzo pozytywnie zaskoczona. Jest dużo mniej śmieszna oraz bardziej... poetycka niż się spodziewałam.
Słucham: Laurie Anderson - Slip Away
Dokonania: Zarejstrowałam Różowe Ostre na Todaju i pracuję nad umięśnieniem tyłka, zasuwając codziennie na uniwersytet rowerem! Yay!
Fun Fact: W Japonii są dwa szczyty komunikacyjne: poranny, między siódmą a dziewiątą i... nocny między dwudziestą trzecią a północą (tzw. ‘złap ostatni pociąg do domu, Żółtku!). Trzeci tradycyjny szczyt w okolicach osiemnastej jest raczej mało wyczuwalny. Może dlatego, że po pracy przeciętny Japończyk albo zostaje na nadgodziny albo idzie na piwo ze swoim szefem.
PS.
Kiedyś, w zamierzchłych czasach licealnych, miałam drag-kingowe alter ego, niejakiego Don Pedro. Przypomniałam sobie dzisiaj o nim, malując ‘diabelską’ brodę. (Hm, a potem się dziwię skąd we mnie zamiłowanie do Face Off...)

wtorek, 1 lutego 2011

Bośka miała fajny biust!



Hoshi Shin’ichi (1926-1997)
          Kochani, dzisiaj chciałabym uraczyć Was próbką literatury trochę większego kalibru, chociaż niestety przefiltrowanej przez me własne, pokraczne tłumaczenie. Do działań przekładotwórczych zmotywowało mnie króciótkie opowiadanko, które przyniosła nam dzisiaj Żaba. Rzecz nazywa się Bokkochan (ボッコちゃん), została opublikowana w 1961 roku i rozczuliła mnie tak doszczętnie, iż podczas wyjątkowo nudnych zajęć w centrum edukacji wysmażyłam dla Was poniższe tłumaczenie. 
          Autorem tej perełki jest Hoshi Shin’ichi, specjalizujący się w podobnych mikro-formach, zwanych tu shōto-shōto (‘short-short’). O dziwo, chociaż dość znany na świecie, Hoshi doczekał się (przynajmniej według mojej wiedzy) polskich tłumaczeń ledwie trzech opowiadań (Miasto jak pastwisko + JWP Hipopotam w Fantastyce i Upominek w antologii Kroki w nieznane). Wielka szkoda, bo literatura tego pana jest wysokiej próby, do tego lubiana przez japońską młodzież oraz nas gaijinów (cóż, znaków mało, a zdania raczej proste)...
          Jeśli Was zainteresuje polecam angielskie przekłady. Ja osobiście kocham hoshowy nastrój ironicznego retro-SF. Przywodzi mi na myśl jakąś tajną kooperację Lema z Mrożkiem. (Skojarzenia z Weselem w Atomicach są bardzo na miejscu!) 
Zatem, naprzód!
Bośka
(ボッコちゃん)
          Robot był  naprawdę zmyślnie skonstruowany. Miał postać kobiety. Zaprojektowano go jako skończoną piękność. Przy budowie wykorzystano wzorce różnych ślicznych dziewcząt, kompresując je w obraz doskonałej urody. Trzeba co prawda przyznać, że w tym idealnym wyglądzie było coś nadętego, lecz tylko dlatego, że, jak powszechnie wiadomo pewna sztywność jest nieodzownym warunkiem bycia naprawdę pięknym. 
          Nikt wcześniej nie wpadł na pomysł budowy takiego właśnie robota. Składanie antropomorficznych konstruktów, które wykonywałyby tę samą co ludzie pracę, uważano wtedy za dziwaczny pomysł. Nawet gdyby ktoś dysponował odpowiednimi środkami, pewnie przeznaczyłby je na budowę bardziej efektywnej maszyny, ale po co miałby to w ogóle robić, skoro najtaniej byłoby zatrudnić pracowników z pośredniaka? 
          Dlatego ten egzemplarz mógł powstać tylko w ramach hobbystycznego projektu. Skonstruował go pewien właściciel baru. Właściciele barów, musicie bowiem wiedzieć, kiedy wracają do domu nie mają już raczej chęci na picie. Dla tego szczególnego człowieka alkohol stanowił narzędzie pracy i nie nadawał się do spożycia. Osobnik ów miał dzięki bywalcom swojego przybytku dosyć gotówki, czasu też mu nie brakowało, zatem wykorzystując jedno i drugie zbudował robota. Zrobił to tylko i wyłącznie dla własnej rozrywki.
          Kto wie, może właśnie dlatego udało mu się stworzyć tak wymyślną piękność? Skóra maszyny była tak gładka, że nie dało się jej odróżnić od ludzkiej. Ba, była nawet od ludzkiej doskonalsza!
          Niestety przy całej urodzie, głowa robota pozostawała prawnie zupełnie pusta. Na zaprojektowanie umysłu jakoś brakło jego twórcy motywacji. I tak, konstrukt potrafił tylko odpowiadać na proste pytania, wykonywać podstawowe gesty oraz pić wódkę. 
          Po ukończeniu właściciel przyniósł swoje dzieło do pracy. Chociaż znajdowały się tam normalne stoliki, robot usadzony został przy barze. Pewnie dlatego, że jego twórca obawiał się, iż natura maszyny wyjdzie jednak na jaw. 
          Widząc nową twarz w lokalu, stali klienci zaczęli grzecznościowo zagadywać robota. Spytany o imię i wiek doskonale sobie radził, ale potem zaczynały się kłopoty. 

- Jak masz na imię?
- Bośka.
- Ile masz lat?
- Jestem jeszcze młoda.
- To znaczy ile?
- Jestem jeszcze młoda.
- No ale...
Jestem jeszcze młoda.


          Ponieważ klienci tego baru byli raczej dobrze wychowani, żaden z nich nie drążył tematu.


- Ładnie wyglądasz.

- Rzeczywiście, raczej ładnie, prawda?
- Co lubisz?
- Co też ja lubię?
- Może gin?
- Może gin.


          Pić robot mógł bez żadnych ograniczeń. Mało tego, w ogóle się nie upijał. Wkrótce wiadomość, że w pewnym lokalu można spotkać młodą, atrakcyjną panią, która nader sprawnie gasi każdego amanta, rozniosła się po okolicy i do baru schodziło się coraz więcej zaciekawionych mężczyzn.
          Zagadywali Bośkę, popijali wódkę i poili nią robota.


- Powiedz, ktory z klientów najbardziej ci się podoba?
- Który też może mi się najbardziej podobać?
- A może, na ten przykład, ja ci się najbardziej podobam?
- Właśnie ty mi się najbardziej podobasz!
- To przejdźmy się razem do kina.
- Może rzeczywiście się przejdziemy...
O! Kiedy?


          W chwilach, gdy robot nie potrafił wybrnąć z sytuacji, zapalało się specjalne, zakamuflowane światełko alarmowe i właściciel baru wkraczał do akcji. 
- Drogi panie, nie uchodzi narzucać się tak pięknej pani... -  zaczynał, a klient, pojąwszy aluzję mógł tylko uśmiechnąć się i zakończyć rozmowę. 

         Właścicielowi zdarzało się też czasem kucnąć i za pomocą plastikowej rurki, zamocowanej w nodze robota przelewać “wypite” przez niego drinki do nowych szklanek, które podawano potem kolejnym klientom. Żaden nigdy się nie zorientował. Nie przestawali za to wychwalać młodości, urody i opanowania Bośki, oraz tego, że najwyraźniej nie dało się jej upić. I tak popularność robota rosła, a coraz więcej osób przychodziło do lokalu zobaczyć tajemniczą piękność na własne oczy.
         Wśród jej adoratorów znalazł się jeden dość szczególny typ. Zapałał do Bośki gorącym uczuciem, odwiedzał ją codziennie, a im bardziej jego starania zwrócenia na siebie uwagi pozostawały płonne, tym bardziej rozpalał się płomień jego namiętności. W związku z tym szybko zaczął pić na kredyt, a nie będąc w stanie się wypłacić podjął próbę wykradzenia pieniędzy z domu. Niestety przyłapał go na tym ojciec, który, doprowadzony do pasji ostro zmył synowi głowę.
- Więcej tam nie pójdziesz! Masz tu pieniądze, zanieś je właścicielowi, spłać dług i żebym o całej sprawie drugi raz nie usłyszał!


         Tak więc mężczyzna udał się do baru po raz ostatni. Przekonany, że więcej wizyt w przybytku już nie zazna, pił do upadłego i ile wlezie wlewał wódkę w Bośkę. 

- Więcej już nie przyjdę.
- Już więcej nie przyjdziesz?
- Martwi cię to?
- Bardzo mnie to martwi.
- Chyba jednak nie, co?
- No, chyba jednak nie.
- Nie ma na tym świecie drugiej tak nieczułej kobiety jak ty, Bośka!
- Nie ma na tym świecie drugiej kobiety, tak nieczułej jak ja.
- To może ja powinienem cię zabić?
- Zabijaj do woli.

          Słysząc taką odpowiedź, zrozpaczony klient dyskretnie wyjął kieszeni zawiniątko z trucizną, wsypał je do kieliszka, a kieliszek postawił przed robotem.

- Napijesz się?
- Napiję.

              Na oczach amanta Bośka wychyliła drinka duszkiem.


    - To chyba teraz pora, żebym poszedł w diabły.

    - Idź w diabły. 
                Na to amant mógł tylko zostawić pieniądze na pokrycie długu i wyjść. Jego sylwetka szybko rozpuściła się w nocy.  
                Właściciel lokalu tymczasem schylił się do wylotu plastikowej rurki, ukrytej pod barem.


      - Kolejka na koszt zakładu dla wszystkich! - zawołał uradowany, że udało mu się odzyskać spory kredyt. 

      - Ooo!
      - Nieźle, nieżle! - rozległy się ochocze okrzyki.

               Po chwili klienci, wraz z obsługą wznosili już świeżo napełnione kieliszki. W odpowiedzi na toast, właściciel sam uniósł do góry własną szklaneczkę i wychylił ją na raz.
      ***
       Tej nocy światło w oknach baru świeciło się do późna. Grała muzyka z radia. Nikt nie wyszedł, wrócić do domu, a jednak z wnętrza nie dochodziły żadne ludzkie głosy. Wreszcie nadszedł moment, kiedy radiowy spiker powiedział “Dobranoc” i stacja zakończyła nadawanie. 
      - Dobranoc - odpowiedziała spikerowi Bośka, czekając z nadętym wyrazem twarzy, aż jakiś kolejny klient ją zaczepi. 
      終わり

      I co, fajne, prawda? Przeraża mnie tylko, że nie za bardzo widzę czym różni się taka Bośka od typowej hostessy w japońskim barze. No może tym, że hostessa już po pierwszym drinku ledwo trzym się na nogach (fuj!) 

      niedziela, 30 stycznia 2011

      Random Acts of Meaningless Joy:



      1. Dziwo na Shinjuku

                 W Tokio najbardziej nie lubię Shinjuku i Shibui. Ale prawda jest taka, że to właśnie tam najłatwiej natrafić na najodjechańsze japo-dziwa. Czasem więc lubię się wyprawić w owe okolice - nawet za cenę ataku agorafobii i epilepsji.



      2. Jedzenie z Okinawy

                  Okinawa, tropikalna prefektura daleko na południu, do XIX wieku zachowała (przynajmniej nominalną) niezależność od reszty Japonii. W związku z tym może  poszczycić się własną, wyjątkową kulturą kulinarną (i nie tylko!). Z Pomocnym Amerykaninem i jego japońską dziewczyną testowaliśmy w sobotę okinawski pokarm.  Powyżej: coś jakby jajecznica z zielonym brokułem i... KONSERWĄ! (Hm, obecność wojskowej konserwy w okinawskim menu to zapewne wpływ amerykańskich wojsk stacjonujących na wyspie...)


              A tu przystawka: ‘morskie winogrona’. Słony smak i dziwna tekstura. Coś jakby kawior dla wegan!


      3. Face Off

                 Pisałam już o tym jak lubię Project Runway. Teraz Kanał Znany Kiedyś Jako SciFi zaadaptował ten format do czegoś, co ekscytuje mnie jeszcze bardziej niż design ciuchów. W zeszły piątek zadebiutowało Face Off: reality show, w którym konkutują ze sobą makijażyści - nie ci od ‘ładnego’ make-upu, ale tacy od makijażowych efektów specjalnych. W jury zasiadają największe nazwiska tego (dość szczególnego) biznesu, a zawodnicy naprawdę sprawiają wrażenie zdolnych i zdeterminowanych. W erze niesmacznego CGI, obserwowanie jak wiele można zdziałać analogowymi metodami (i jak obłędny jest proces, prowadzący do końcowego efektu!) to czysta przyjemność oraz miód na każde nerdowe serce!


      4. Nihon Buyō

                   Z nowym rokiem wzmogły się moje ćwiczenia japońskich wygibasów. Ostatnio zamiast tańca bardziej przypominają one gimnastykę. Dzisiaj czterdzieści minut ćwiczyliśmy jedną nader skomplikowaną pozę, której 90% jest dla widza po prostu niewidzoczne. WHYYY?!


      5. Okonomiyaki (お好み焼き) czyli ‘usmaż sobie co Ci się podoba’

                  Na Okonomiyaki zaprosiła nas na Shimokotazawę Doktor M., która chyba nadal ma wyrzuty sumienia, że to jej ręka skreśliła mego Męża z listy studentów japonistyki. Ze wspólnego, jakże miłego wieczoru, Zachowało się tylko jedno zdjęcie. Widać na nim nawet kawałek łokcia Doktor M.



      6. Astronut

                Powoli przekonuję się do gier na Ajfona. Astronut to perełka designu, a przy tym nieskończone źródło mej radości/frustracji!
      Rzeczy które się w weekend nie udały:


      1. Wyjście do onsenu na Daibie

                Onsen nazywa się Odaiba Oedo Onsen Monogatari (‘Opowieść o onsenach z epoki Edo’) i jest rekonstrukcją kawałka Tokio z okresu szogunatu. Goście przechadzają się w yukatach, mocząc od czasu do czasu tyłeczki w gorących źródłach (pod dachem lub na wolnym powietrzu). W OOOM można też nieźle zjeść, albo na przykład zamówić sobie pedicure, wykonywane przez małe, tresowane rybki (yuck!). Niestety, mój Mąż jest: a/ niewidomy bez swoich okularów, oraz b/ wytatuowany. Z pierwszego powodu do onsenów chodzić nie lubi, a z drugiego raczej nie jest do nich wpuszczany... Szkoda.
      Czytam: Jeśli chodzi o czytelnictwo, ostatnio wyznaję technikę sandwitcha. Uważam, że po przyciężkawej lekturze należy zresetować neurony czymś mocno idiotycznym. W myśl tej filozofii podczas weekendu przetykałam sobie Słobodzianka i Rymkiewicza Yawarą oraz Pratchettem.  Anyhows: Samuel Zborowski poruszający, chociaż napisał go mitoman. Nasza Klasa doskonale skonstruowana, chociaż stworzył ją nadęty pajac. I co zrobić z tymi pisarzami, którzy mają takie przebłyski geniuszu, a przecież wiadomo, że prywatnie są wariatami/ bucami?
      Słucham: Arcana - We Rise Above. O, słuchało się tego kiedyś na zapętleniu i po paru godzinach popadało w stany pół-mistyczne!
      Dokonania:-
      Fun Fact: -