niedziela, 16 stycznia 2011

Japoński Cieć przybywa znienacka!



...i zawsze bladym świtem!
        Wczorajszy rant miał być w zamierzeniu jedyną notką z weekendu, ale dziś rano spotkała nas taka radość, że koniecznie musimy się nią z Wami podzielić. Znienacka zawitał bowiem do nas Mr Klima-man i zakończył kilkudniowy okres naszego mroźnego klimakterium (ha! see what I did there?). Zresztą nie będę oszukiwać - tak naprawdę ‘znienacka’ to pewne nadużycie - Mistrz dzień wcześniej  uprzedził o swoim przybyciu. Powiedział. ‘Nadejdę przed południem’. Nadszedł przed dziesiątą. Za karę musiał naoglądać się białych świń w pidżamkach! Trauma do końca życia.


Mój Ślubny dzielnie wskazuje problem (konstrukcja w rogu pokoju to odsunięte łóżko...)


W tym momencie Pan Cieć poszedł po więcej narzędzi...
       Trochę to trwało, ale jak już napisałam: naprawił! Niech błogosławiona będzie jego mała, żółta głowa!
Czytam: Procedury wizowe dla utrzymanków
Słucham: Buczenia klimatyzacji! Muzyka dla mych uszu!
Dokonania: W ramach świętowania naprawy ogrzewania zobiliśmy dzisiaj (znaczy: Mąż zrobił, ja dolewałam oleju) prawdziwe, polskie KOTLECIORY. W końcu ileż można żreć tę rybę!?

sobota, 15 stycznia 2011

My husband, the Trickster



Ostatnio na zajęciach z konwersacji mieliśmy wybrać trzy rzeczy, które chcemy koniecznie zrobić, zanim opuścimy Żółty Kraj. Cóż za wyzwolony anarchista ze mnie! Zamiast (wzorem azjatyckich robotów) wyznać, że chcę pięknie się uczyć, zostać wyjątkowym naukowcem oraz przynieść chlubę ojczyźnie, wydukałam, iż raczej marzę by: a/zobaczyć skośną wersję musicalu Król Lew, b/ zatańczyć pogo w moshpicie na lokalnym koncercie punkowym i c/ kupić płaszcz od Rei Kawakubo. Ha!
           Na blogu nie ma zbyt wielu tego świadectw, ale, odkąd przyjechaliśmy do Tokio, trwa niekończący się maraton procedur oraz dokumentów, mających na celu zarejstrowanie w stolicy Japonii mego Ślubnego. Cała ta biurokratyczna epopeja to w zasadzie urozmaicona wersja traumy, którą musiałam już raz przejść w październiku, zatem perspektywa skakania jeszcze raz przez papierkowy tor przeszkód przypomina mi rozdrapywanie zabliźnionego strupa... Lecz cóż zrobić, w końcu ślubowałam, że w szczęściu i niedoli będę stać za swym Miśkiem....tak więc stoję.
           Trzeba Misia przemycić na targi pracy todajowiczów? Przemycam. Dostarczyć garnitur? Dostarczam. Znaleźć sposób, by wpiąć w japońską sieć jego Ajfona? Szukam. JESTEM ŻONĄ IDEALNĄ!!!
(Btw: blog Męża reaktywował się. Polecam, zaglądać tam by skonfrontować z prawdą moją mitomanię)
         A propos telefonów. Dawno nie pisałam o dziwnych japońskich reklamach, a od pewnego czasu mam nowego faworyta w tej, jakże wdzięcznej, kategorii. Zawdzięczam go sieci komórkowej docomo, promującej ostatnio telefon Samsung Galaxy S. Idea stworzonej dla tejże pormocji kampanii jest taka, żeby pokazać konsumentom dwie twarze maszynki: sympatycznego przyjaciela oraz mechanicznego potwora, o szalonej mocy obliczeniowej. Pomysł prosty, ale egzekucja mnie rozbroiła: “Sympatyczną” twarzą ustrojstwa jest bowiem Ken Watanabe (tak, tak TEN Ken Watanabe), w klipach zawsze u boku swego właściciela - tak jak TU. A techniczną personifikację sprzętu stanowi....Darth Vader (czy jak to się tu mówi Dāsu Bēdā). Poważnie: Dāsu Bēdā szuka właśnie Ciebie, byś został jego szefunciem!!! ... HILARIOUS!!! 

           Poniżej, zupełnie bez związku kilka migawek z okolic naszego nowego lokum: Hotelu W Którym Straszy (Gaijin). Obrazków miało być więcej, lecz Małżonek, idąc dzisiaj na wspomniane targi pracy, pozbawił mnie (niechcący) kluczy do domu i nie mogłam dostać się do aparatu... 


Nasze piętro - to, co tu widzicie, moi drodzy, to chyba najsolidniejsze drzwi do mieszkań, jakie widziałam w tym kraju!


Ze stacji Komagome bardzo łatwo do nas trafić. Wystarczy iść ulicą Hongo, nawigując na protestancki kościół. Przybytek szczyci się oszałamiającą 10-letnią historią, ma wielki neonowy krzyż i wygląda trochę jak siedziba sekty...


....Welcome to the Church of the Creepy Jesus! HE SHALL GIVE YOU THE JIBBLY-WIBBLIES!!
Na koniec: Wycieczki osobiste:

Spóźnione życzenia urodzinowe dla Kasi M. Zajeżdżamy Race for the Galaxy na śmierć. Doradzamy też, żebyście z Jasiem jednak spróbowali zagrać według zasad (he, he) - wtedy słowo ‘wyścig’ w tytule nabiera sensu!



Wolffenschwesters: Dostarczone przez Was akcesoria są w nieustającym, intensywnym użytku! Sankyuu!

    ***

    W dalszej części posta, tematy niezwiązane z Japonią. Osobą o słabej odpornoci na popkulturę proponuję opuszczenie bloga!



    You have been warned!
    Primo: powód dla którego w tym tygodniu było mniej aktualizacji. Jego imię szepta się w intersieci ze zgrozą: Echo Bazaar!!! Gra przeglądarkowa łącząca campowy klimat Draculi Coppoli, mechanizmy najlepszych gier planszowych oraz cudną historię! Normalnie denerwuje mnie narastająca moda na steampunk/gothic horror: ale to.. TO JEST PRZEBŁYSK NAJCZYSTSZEGO GENIUSZU!!! Try it! TRY IT NOW !!!
    Secundo: Zaniedbany Kącik Serialowy. Tym razem trzy(miliony trzysta trzy) słowa na temat tegorocznych Złotych Globusów - mojej ulubionej serialowo-filmowej nagrody. Ceremonia już w niedzielę (btw: w tym roku poprowadzi ją niemożliwy do zniesienia Rick Gervais. WHYYYY??). Szczerze mówiąc: nie mam pojęcia do kogo w tym roku powędrują szpetne statuetki (jakoś nie był to najbardziej udany sezon dla większości stacji telewizyjnych) ale ośmielę się wytypować, kogo moim zdaniem powinna uhonorować HFPA:




    Najlepszy dramat (nominowani: Boardwalk Empire, Dexter, Good Wife, Mad Men, Walking Dead). Bezsprzecznie Boardwalk Empire. Nawet w wypadku dużej konkurencji zawsze postuluję nagradzanie debiutantów, ponad wyjadaczami. Plus, zasypywanie Mad Men kolejnymi nagrodami, nie będzie miało żadnego znaczenia (chociaż rzeczywiście serial zaliczył najlepszy sezon dotychczas). A Walking Dead było za mało.
    Najlepsza aktorka dramatyczna (J. Marguiles, E. Moss, P. Perabo, K. Sagal, K. Sadgwick) - Tu jak na złość nie ma żadnego debiutanta... Hm. Katey Sagal? I mean: od Peggy Bundy do motocyklowej Lady Makbet? Hell Yeah!


    Katey Sagal

    Najlepszy aktor dramatyczny (S. Buscemi, B. Cranston, Michael C. Hall, J. Hamm, H. Laurie) - znowu prawie same oklepane gęby. Trzem ostatnim powinno się oficjalnie zakazać występowania w odpowiadających im serialach, tacy już są męczący. Anyhows: pewnie Buscemi, bo Cranston już Globusa dostał.
    Najlepsza komedia/musical (30 Rock, Big Bang Theory, Big C, Glee, Modern Family, Nurse Jackie) - Big C. Wiwat debiutanci! Plus finał serii udowaodnił, że w tej kategorii nic lepszego nie ma i być może długo nie będzie.
    Najlepsza aktorka komediowa (T. Colette, E. Falco, T. Fey, L. Linney, L. Michelle) - Jak słusznie zauważono w pewnym skeczu SNL, Colette, Falco i Linney graja w swoich serialach Showtime w zasadzie trzy wariacje tej samej osoby. Wszystkie są świetne ale najlepsza chyba jednak Falco (choć ten osąd zależy od tego w jakim jestem danego dnia nastroju)


    Edie Falco
    Najlepszy aktor komediowy (A. Baldwin, S. Carell, T. Jane, M. Morrison, J. Parsons) - Thomas Jane. Idealnie balansuje w Hung między kilkoma skrajnościami. Coż: Jest telewizja i jest HBO.
    Najlepszy miniserial/ film telewizyjny (Carlos, Pacific, Pillars of the Earth, Temple Grandin, You Don’t Know Jack): You Don’t Know Jack. Wydawało mi się, że doskonale wiem, co mnie czeka, podczas opartego na faktach  filmu o lekarzu walczącym o prawo pacjentów do eutanazji. Guess I didn’t know Jack!.. ale cóż, jak już napisałam: jest telewizja i jest HBO
    Najlepsza aktorka w miniserialu/filmie telewizyjnym (H. Atwell, C. Danes, J. Dench, R. Garai, J.L.Hewitt). Szczerze: nie wiem? H. Atwell ma to coś.. ale jak nie wiem komu kibicować to zawsze kibicuję Judi Dench.
    Najlepszy aktor w miniserialu/filmie telewizyjnym (I. Elba, I. McShane, A. Pacino, D. Quaid, E, Ramirez). Ian McShane. Kropka. Diaboliczny biskup, który zawsztydziłby nawet czarne charaktery z bajek Disneya!


    Ian McShane

    Najlepsza aktorka drugoplanowa (H. Davis, J. Lynch, K. Mac Donald, J. Stiles, S. Vergara): jakoś aktorki generalnie w tym roku mocniesze niż aktorzy, zauważyliście? Chyba Kelly MacDonald, bo ma najtrudnieszą rolę (musi całować Buscemiego na ten przykład!)
    Najlepszy aktor drugoplanowy (S. Caan, C. Colfer, C. Noth, E. Stonestreet, D. Strathairn) Hmm... Ok - to jest ekstremalnie skrzywione spojrzenie, ale trzymam kciuki za Chrisa Notha (nie ma ŻADNYCH szans na tę nagrodę) - marzę, żeby wreszcie wydostał się z ciemnej doliny, w którą wepchnęła go kreacja Mr. Biga w Sex and the City.
    Czy trafiłam choć jedno? Hm, przekonamy się jutro!
    PS. A jeśli nie macie jeszcze dość poplultury (WHAT?!): Obejrzeliśmy wreszcie z mężem Black Swana, na którego tak się od pół roku nakręcałam.


    Thoughts? Kocham Darrena Aronofskyego, miałam szczęście być jedną z 30 osób, które jego pierwszy długometrażowy film: π widziały w kinie (a nie kradły go z internetu po sukcesie Requiem dla snu). Nie przeszkadza mi, że mój idol nie grzeszy subtelnością i ma manierę maltretowania widza skoncentrowanym przekazem na pograniczu wrzasku.
     Ale tym razem mr. A wesoło porzucił wszekie ograniczenia i wlazł na terytorium do tej pory zajmowane przez Davida Cronnenberga oraz inncyh czcicieli grand guiginole’u. 
    Wyszła groteska - film błagający o trochę bardziej subtelne potraktowanie psychologii. Zwłaszcza kobiecej. NA LITOŚĆ BOSKĄ: myślałam, że idea kobiety, jako albo dziwki albo świętej już zmarła (przynajmniej w kinie aspirującym do miana <tfu!> artystycznego). Hm, jak widać nie. 
    Aha: Dlaczeeego jedyną metaforą, w jaką można oblec ideę ‘zapomnienia się’ zawsze będzie hardcore’owy, obsesyjny seks. (To akurat w kinie artystycznym wymóg konieczny, pokazanie zdrowej relacji seksualnej najwyraźniej natychmiast kasuje wszelkie pretensje reżysera do wyższej półki)
    Nie zrozumcie mnie źle Black Swan to całkiem dobry film, ale obiecywałam sobie po nim tak dużo, że psycho-horror, jakkolwiek wizualnie piękny i niezrównanie zagrany, nie ucieszył mnie tak, jak sobie projektowałam. Balet? ok. Obsesja? ok. Kostiumy od Rodarte? ok. Różowa landrynka? Not so much.

    środa, 12 stycznia 2011

    Dzień Ukończenia Człowieka



    Nadchodzą! Która z nich niesie nasz piecyk?

               Najsampierw pragnę ostatecznie rozwiać wątpliwości dręczące (jak sądzę) zwłaszcza moją Mamę: MAMY GRZEJNIK. Więcej szczegółów na końcu notki, a tymczasem nadrabiam obiecany (przed)wczoraj, napisany dzisiaj, a zapostowany zaraz tekst o japońskim Dniu dorosłości/ Dniu wejścia w dojrzałość. Tak najczęściej tłumaczy się bowiem złożenie 成人の日 (Seijin-no hi) - czyli dosłownie: Dzień-w-którym-człowiek-staje-się-kompletny.
              Celebracja ta, szczycąca się bardzo długą tradycją, przypada obecnie na pierwszy poniedziałek stycznia każdego roku i jest świętem państwowym. Co się wtedy świętuję? Cóż, krótko mówiąc wszystkich osobników, którzy w poprzednim roku ukończyli 20 lat. Dla lokalesów (zwłaszcza tych we właściwym wieku) najczęściej oznacza to wyprawę do lokalnego urzędu miejskiego na niewielką uroczystość, (po której oficjalnie mogą, na ten przykład, naprać się pierwszym legalnie zakupionym piwskiem). Dla nas, białych świnek to jednak przede wszystkim szansa, żeby na ulicach (a zwłaszcza w okolicach świątyń shinto) naoglądać się za wszystkie czasy pięknej młodzieży w kimonach.


    O, właśnie takiej. 
    (Jak wspomniałam zdjęcia w tej notce nie są moje. To na przykład pochodzi stąd)
               Jako, że na codzień w pełnym, japońskim kimonie najłatwiej zobaczyć pary ślubne, starszych państwa, ewentualnie dzieci w trakcie obchodzenia 7-5-3, to okazja do pogapienia się na odpicowaną na tradycyjną modłę żółtą młodzież stanowi naprawdę niezłą podnietę.


    Niestety bardzo trudno przydybać panów w (jakże pięknych) męskich kimonach - dranie zazwyczaj wbijają się w zachodnie garnitury (Co niestety jest w ogóle plagą wszelkich japońskich uroczystości - piękne, obleczone w jedwab kobiety oraz wciśnięte w krawaty żółte samce-karzełki)
    (Zdjęcie stąd)
               Panieńskie kimona, nazywane tutaj furisode (振り袖 - dosłownie: ‘majtające rękawy’!) charakteryzują się: właśnie długimi, majtającymi rękawami (duh!), oszałamiającymi, jaskrawymi kolorami plus (naturalnie!) niebotyczną ceną. Generalnie jednak, jeśli dana panienka ma naprawdę dobrze dobrane furisode, (niezależnie czy pożyczone czy nabyte), oraz ktoś (najczęściej pani w salonie piękności) pomógł jej je właściwie założyć, plus upiął kunsztownie włosy/odpowiednio umalował, widok jest powalający. Sunie taka panna w sandałach tabi ulicą i wygląda jak kolorowy, królewski żaglowiec. Naprawdę - wystarczy spojrzeć by ostatecznie przekonać się, iż do japońskiego typu urody żadna Prada ani Vuitton nie pasują bardziej niż kimono!

    Oczywiście zdarzają się także potworne odstępstwa od zasady wszechwdzięku - najczęściej w okolicach (a jakże!) Harajuku i/lub pod sztandarem Hello Kitty
    (Potworna dokumentacja foto STĄD)


    Generalnie jest jednak bardzo wiele radości!
               Aha! Jako, że mamy styczeń <i to podobno wyjątkowo zimny - zdarzyły się nawet trzy słownie: 3> stopnie!!! ) jest także okazja zobaczenia Japonek w futrzanych ocieplaczach do kimon (bardzo urokliwe)!
    Czytam: TEN blog. Taka będę, jak będę duża!
    Słucham: Odgłosów, wydawanych przez telewizor, oraz konkurujących z nimi dźwięków, dochodzących z mężowych gierek na Ajfonie... Jednak pod pewnymi względami samotne życie w akademiku było ok.
    Dokonania: JEST! JEST PIECYK! Wczoraj przywieźli go z agencji najmu, przypominając nam dlaczego jednak lubimy japońską obsługę klienta!

    Wasza oddana autorka (w nowych okularach!), wraz z Mężem, celebrują Dzień Wejścia W Dorosłość znany także jako Dzień Nadejścia Piecyka
    Fun Fact: Nasze mieszkanko ma w czynsz wliczone wszelkie opłaty, co zważywszy jaką ilość prądu wydaje się pożerać nasz grzejnik (z nawilżaczem, regulowanym strumieniem powietrza oraz kosmiczną mocą!) okazało się nadzwyczaj dobrą inwestycją!

    poniedziałek, 10 stycznia 2011

    Piecyku mój, ogrzej mnie!



    czyli 'beggars can't be choosers... or can they?'

            Najszanowniejsi! Dziś wyjątkowo zgłaszam się do Was z budynku todajowej administracji, gdzie jak się dowiedziałam, stoją Maki wolnego dostępu dla wtajemniczonych, a Pani sekretarka ma miękkie serce, które łatwo rozczulić widokiem zmarzniętej, białej świni. Choć od razu zaznaczę: nie sprowadził mnie tu ani Mac, ani rzeczona Pani Sekretarka lecz MRÓZ!
            Ale od początku: wczoraj, wykoncypyujcie sobie, nie tylko znaleźliśmy z Mężem mieszkanie, ale wręcz od razu zdołaliśmy się do niego wprowadzić! Pośpiech nasz wynikał z entuzjazmu, związanego z kolei bezpośrednio z faktem, że polecone nam w agencji lokum po primo znajduje się w komunikacyjnym Wunderlandzie, a po secundo jest zlokalizowane w OPUSZCZONYM HOTELU. HOW AWESOME IS THAT? Wygląda na to, że ten akurat biznesowy hotel (o nazwie już zapomnianej przez historię i usuniętej z frontu budynku) na Komagome budowano, budowano, aż wreszcie zbudowano - wtedy zdarzył się kryzys ekonomiczny i hotelu nigdy nie otworzono. Zatem mamy mieszkanie na dziewiątym piętrze, z pięknym widokiem,  estetyką nieco hotelową oraz upiorną, porzuconą recepcją na parterze. BOSKO! Jedyny minus odkryliśmy niestety wieczorem, już po tym, jak przetaszczyliśmy z Mitaki 15 z 30 ton naszego dobytku. Piękna, biznesowa, wysokiej klasy klimatyzacja w naszej kawalerce owszem działa, ale gdy przestawić ją na tryb grzania to. UWAGA: POKRYWA SIĘ W ŚRODKU LODEM i odmawia podwyższania temperatury. AARGH!!! Tak więc wczorajszej nocy Miś spał w czapce, ja zaś rozważałam poważnie powrót do akademika po grzejnik, albo wręcz nocleg w wannie z gorącą wodą... Anyhows: po czymś, co na pewno przejdzie do histori jako NAJMROŹNIEJSZA NOC MOJEGO ŻYCIA perspektywa udania się dzisiaj na Todai i siedzenia tu w cieple do 17tej (w końcu mamy Straszny Wtorek) wydała mi się nagle miła. Zwłaszcza tu, w centrum studenckim, gdzie temperatura jest iście tropikalna! W domu zaś Miś, żywiciel rodziny walczy o odzyskanie przez nas ciepła!

    ***

    Aha: wczoraj obiecałam, że we wtorek napiszę o jednym z moich ulubionych japońskich świąt i zamieszczę obrazki. Niestety w związku z zimnem i szeroko zakrojoną przeprowadzką, cały ten wspaniały plan rozbił się o kant mego wielkiego, krągłego zadka. Lecz obiecuję: post na temat rzeczonego święta będzie jutro, najpewniej niestety zdobiony zdjęciami skradzionymi z innych zakątków internieta. Znaczy: będzie jeśli  naprawią nam klimatyzacje. Bo jeśli nie to zamarznę. I NIC JUŻ NIE BĘDZIE!

    Czytam: Nic nie czytam. Jestem partyzancko zadekowana na uczelnianym komputerze, co mam niby czytać?
    Słucham: Jak wyżej
    Dokonania: Odebrałam moje nowe pingle od Miki Ninagawy (znaczy 'pingle są jej designu' a nie 'odebrałam je od niej'). Hurra! Jeśli jej nie znacie: Mika jest stanowczo najsłynniejszą współczesna japońska fotografka. W jaki sposób kwalifikuje ją to do projektowania oprawek nie mam pojęcia. No ale od razu czuję się modniejsza :D
    Fun Fact:  W naszej agencji, wyspecjalizowanej w krótkoterminowym wynajmie (NIEOGRZEWANYCH) mieszkań obcokrajowcom można na przykład znaleźć mieszkania bez kibla. Albo pół-apartamenty bez prywatnego prysznica. Lecz loków bez dostępu do internetu nie ma. Co za czasy!

    niedziela, 9 stycznia 2011

    ... and we’re back!



    Na specjalne życzenie Małego Wolffa: od Nowego Roku Długa Noga z polskimi znakami!

              Kochani, jestem już z powrotem w tej dziwnej krainie, gdzie, wyobraźcie sobie, nie gra Wielka Orkiestra (nawet w ambasadzie!). Trochę się tu od mojego wyjazdu zmieniło: opadło sporo liści, temperatura zaś spadła do mroźnych 8 stopni. Przy drodze na mitacki dworzec pojawiło się kilka nowych budynków (kilka innych zostało zrównanych z ziemią.. japońskie tempo budowlane nadal mnie zadziwia!). Jeszcze wspominam sobie miłe chwile w doborowym galicyjskim/ stołecznym/ stanowskim towarzystwie (wielkie dzięki dla wszystkich, którzy mieli czas sie ze mną spotkać, przeprosiny dla tych, do których nie zdążyłam się odezwać..) ale nieubłaganie nadchodzi pora porzucić ciepłe, wygodne kapciochy nostalgii za domem i zabrać się za nowy (lepszy) rok! Zatem z entuzjazmem drodzy państwo!!! Miejmy nadzieje, że 2011 przyniesie nam odpowiedzi na wiele dręczacych pytań: zarówno japońskich (Czy mogę się wyprowadzić z akademika przed terminem? Jak przeprowadzić 30 ton dobytku za pomocą jednego różowego roweru?) ale także rodzimych (Czy Duży Wolff wyda wreszcie Zawieszonych? Czy Długą Nogę można czytać w krakowskiej siedzibie IBM?)
              Jako, że dla mnie i mego pobranego z ojczyzny Męża, 2011 to pierwszy rok emigracji, zatem spodziewamy się wielu przygód. Zaczęliśmy ostro, bo od lotu z Aeroflotem (bardzo zresztą miłego, współczynnik zagubionych przez Rosjan bagaży w naszej rodzinie spadł ze 100 do zaledwie 30 procent!). Zaraz po przylocie zaś przemyciłam Małżonka do akademika (gdzie za takie właśnie przemycanie grozi między innymi policja, deportacja oraz przypalanie żelazem). Na szczęście w sobotę, kiedy dotarliśmy do Mitaki w głównym budynku odbywała się jakaś bliżej niezidentyfikowana (ale oferująca darmowy pokarm, więc szczodrze odwiedzana) noworoczna impreza AIKOMowców. Zaabsorbowała ona akademikowego Pana Ciecia na tyle, że nie miał głowy patrzeć w kamery. Dlatego dopiero dziś przedstawiliśmy mu Misia, zyskując pozwolenie by przebywał (Miś) w zamknięciu w mym pokoju bez prawa błądzenia po korytarzach. Zatem za dnia mogę mieć ukochanego na podorędziu, na nocleg jednak musi udawać się na Asakusę do hostelu. Taki model living together apart, zachwalany m.in. przez państwa Bellucci-Cassel nie bardzo nam podchodzi, więc już od jutra rozpoczynamy Drogę Przez Mękę, czy też Drogę Do Własnego Mieszkania w Tokio. W poniedziałek lokalesi obchodzą też pewne bardzo szczególne święto, więc poza relacją z agencji nieruchomości spodziewajcie się też wielu jakże fantastycznych zdjęć. Tymczasem ściskam Was wszystkich jetlagowo!
    Czytam:  Naoki UrusawaYawara! t. 15. ALE zanim oskarżycie mnie o ostateczne komiksożerstwo usprawiedliwię się, że podczas pobytu w domu pilnie nadrabiałam literaturę ojczystą i naprawdę muszę się nieco po niej rozerwać...
    Dlaczego? No cóż:
    Nowy Głowacki nadal cuchnie bufonem, nie pisze o Kosińskim tylko o sobie a do tego zupełnie nie rozumie kobiet. Plus każdą psychologiczną sytuację musi ilustrować za pomocą tzw. kutasików, to jest niepotrzebnego seksu... Ale jednak przy tym wszystkim to nadal wspaniały pisarz: mistrz struktury i języka.
    Nowy Piątek moim zdaniem znalazł świetne miejsce między Twardochem a Littellem - cudowna historia, zupełnie nierealistyczna ale bardzo realna. Z serca życzę Paszportu Polityki!
    Nowy Dukaj mnie zmęczył. Ciągle ten sam bohater, ciągle te same pytania i, co już zupełnie niewybaczalne: ciągle te same na nie odpowiedzi. Po co nowe Solaris albo nowa Gra Endera?  Ale przede wszystkim: DRAMATYCZNY BRAK JAKIEJKOLWIEK REDAKCJI! (ja wiem, że w polsce redaktor tekstu to postać pogardzana, ale żądam przywrócenia jej szacunku, bo książkom takim jak ta mógłby niesamowicie pomóc). Jestem sfrustrowana: lubię Dukaja, ma talent, nie boi się ciężkiej pracy, ale na litość boską: kto wydaje w Polsce ‘zbiór powieści’?! Można się z takiej decyzji długo i gęsto tłumaczyć, ale i tak czytelnik przyjmie taki zlepek jako ‘zbiór pomysłów, które nie okazały sie dość dobre, żeby wydać je osobno’. Bo tak to właśnie wygląda.
    Nowy Rylski zbiera cięgi za wtórność i nieznośną gide’owatość. To moja pierwsza jego książka (wstyd!), więc wtórność mnie nie boli a gideowatość nadal rozczula (w końcum młoda). Na skrzydełku okładki napisano, że powieść jest ‘zwarta’ i to doskonałe określenie - daj bozia zdrowie jeśli ktoś znajdzie innego pisarza tak umiejącego oszczędzać słowa a mimo to budować psychologię i nastrój. Sto razy wolę Iwaszkiewicza według Rylskiego niż Kosińskiego według Głowackiego. 
    Amen. 

    (Hm... jak widzicie fajnie prowadzić małego bloga, chociażby dlatego, że można wypuszczać w internetosferę bezczelne sądy o tuzach literatury :D)
    Słucham: Trent Reznor i Atticus Ross - ścieżka dźwiękowa do filmu Social Network. W szale ekscytacji (genialną) muzyką Daft Punk do Trona (prawie) wszyscy zapomnieli, że inny muzyk alternatywny też popełnił był w tym roku świetny soundtrack.
    Dokonania: Jako, że w ramach pożegnania z Polską sąsiad rozjechał mi samochodem moje piękne, niepowtarzalne oprawki okularów, zamówiłam sobie dzisiaj nowe. Długo szukałam takich, które byłyby dziełem lokalnego designera i znalazłam! 50% New Years Sale for the win!
    Fun Fact: dzisiaj u Pierwszych Chrześcijan otowrzyłam na chybił-trafił śpiewnik i mieli tam japońską wersję Gdy sie Chrystus rodzi, opisaną poprawnie jako polska kolęda i nawet z przypisem wyjaśniającym co to ‘in excelsis deo’. Spóźniony, japoński cud świąteczny?
    PS.


    Mwahahaaaaa! I kto jeszcze śmie twierdzić, że to nie będzie wspaniały rok?

    czwartek, 16 grudnia 2010

    Zzzzzip!


    Mrozna Kraino, here I come!

              Walizki zapiete, smieci wyrzucone, Finka pozegnana. Napompowalam tez oponki w Rozowym Ostrym, zeby za bardzo nie sflaczaly przez dwa tygodnie postoju. Krotko rzeklszy: wszystko gotowe do wyjazdu. Niniejszym dziekuje Wam Szanowni za tegoroczne strzeliste akty czytelnictwa - wczoraj blog zaliczyl klikniecie numer 5000! Mam nadzieje, ze uda mi sie z Wami wszystkimi spotkac w Polsce... Tymczasem Dluga Noga ulega oficjalnemu zawieszeniu do 07.01.2011. Juz w nowym roku: ekskluzywny coverage nominacji do Zlotych Globusow, wiecej o przejawach japonskiej popkultury, poszukiwanie lokum na Odaibie i (miejmy nadzieje) wiele, wiele innych! A poki co: Wesolych Swiat!



    Yahs!

    środa, 15 grudnia 2010

    Spank Me, Mister Grog! - Konsumpcyjny Spacerownik po Kōenji


    Specjalnie dla Was, Najszacowniejsi Czytelnicy: mala ojczyzna japonskiego punku. Plus kucyki Pony!
             Powoli zbieram manatki, oprozniam lodowke i szykuje sie do wylotu. Pozegnalam sie z wpolkursantami, znajomymi Polakami oraz Mimoza. Dzis pozostalo mi zatem tylko powiedziec ‘sayōnara’ mojemu najlepszemu japonskiemu przyjacielowi - Kōenji. Z tej okazji, (oraz dla zainaugurowania cyklu, w ktorym bede zachwalac rozne dziwaczne miejsca w Tokio, zachecac byscie mnie tu odwiedzili) chcialabym zaprezentowac Wam Unikalna Dlugonoga Trasa Wycieczkowa Wokol Dworca Kōenji!

    ***

              Kōenji to najdalej wysunieta w strone Mitaki (czyli ogolniej mowiac wglab ladu) dzielnica Tokio. Dobrze skomunikowana z Shinjuku, rozpoczela kariere jako typowy rewir ‘sypialniany’, lecz jakims cudem udalo sie jej uniknac boomu budowlanego z lat 80tych. Dzieki temu w lokalnym krajobrazie nadal dominuja niewysokie budynki, male domki oraz pycie sklepiki. Byc moze wlasnie dzieki takiemu staromodnemu charakterowi, okolica jest teraz osrodkiem handlu uzywanymi dobrami oraz centrum tokijskiego ruchu retrofili. Mozna tu kupic stare plyty, ubrania vintage, albo posluchac rockowego kncertu w jednym z bazyliona klubikow. To tutaj podobno narodzil sie japonski punk (w sensie: gatunek muzyczny, a nie nieznosnie pretensjonalny trend modowy, zwiazany ze skorzanymi paskami, butami z cwiekami i spodniczkami w krate etc.)... Wiele wiecej wiedziec nie trzeba - zapraszam zatem na fotostory!


    Po dotarciu linia Chūō na stacje kolejowa Kōenji, nalerzy namierzyc poludnie i w gaszczu uliczek odnalezc pasaz handlowy PAL - jesli zobaczycie po swojej lewej lewitujacy makaron soba, jestescie na wlasciwym tropie! (ON SIE RUSZA!!!)


    Rzeczony makaron oznacza, iz na pewno  znajdujecie sie po wlasciwej stronie torow i mozecie razno ruszac naprzod. Zwracajcie uwage na okna okolicznych budynkow, zwlaszcza na wysokosci  pierwszego pietra (w Japonii w sklepy czesto polozone sa nad poziomem ulicy i trzeba nielada sprytu, zeby w ogole je wypatrzec, a co dopiero zlokalizowac ich wejscia!). Tymczasem wlasnie w za taka, pierwszopietrowa witryna czyha nasz przystanek numer jeden: Spank!


    Mam w sercu specjalny kat dla tego sklepu - to pierwsze miejsce, ktore odwiedzilam na Kōenji. Moja uwage zwrocil banner w ksztalcie MONSTRUALNEGO ROZOWEGO KOTA. (Niech szanowana wycieczka zwroci uwage, ze okreslenie 2F oznacza w Japonii pierwsze pietro)
              Podazajac za rozowym kotem wspinamy sie waskimi schodami w gore...


    ..i magicznie przenosimy w kraine majtkowego rozu, Barbie oraz disco!


    Wlascicielka sklepu Spank! z podziwu godna wytrwaloscia kolekcjonuje wszystko co zwiazane z blyszczaca dyskotekowa odmiana lat osiemdziesiatych - od obuwia...



    ...po koszulki z Madonna oraz Vanilla Icem! Sa tez oldschoolowe czterokolowe wrotki! (OCZYWISCIE, ZE MOZNA TU  ZAOPATRZYC SIE W PORTKI MCHAMMERA!)
              Jesli nie padniemy na twarz porazeni tak cudnym pokazem, mozemy wrocic na dol i podreptac kilkanascie metrow dalej, do charakterystycznego zielonego fragmentu sciany


    To Grog Grog! Me najulubiensze miejsce w calej okolicy, bijace reszte na glowe stosunkiem jakosc:cena!


    Czegoz tu nie ma? Ceny wiszacych wokol cudow wahaja sie od od dwoch do pietnastu tysiecy jenow 


    A tu, droga wycieczko tak zwana Sciana Placzu, gdzie podobni mi milosnicy kapeluszy lamentuja nad swym niewielkim budzetem!


    Wychadzac z Groga warto zwrocic uwage na druga strone ulicy. Miesci sie tam siedziba konkurencji: sklep Small Change. Dwa pietra (jedno damskie i jedno meskie) starannie wyselekcjonowanych vintage’owych ubran und akcesoriow.


    Jesli chodzi o mnie nikogo nie faworyzuje: w Grogu kupuje sukienki a w Small Change’u dodatki do nich... Coz, SC trudno sie oprzec: maja tam SCIANE BUTOW (na szczescie dla mojego portfela w wiekszosci za malych na wielkie, biale nogi)...

    ....z szufllad zas doslownie wysypuja sie paski i bizuteria


    A te kapelusze! Prosze nie zapominac o kapeluszach!
              Z duza doza prawdopodobienstwa wizyta w dwoch powyzszych sklepach skonczy sie ruinacja, a w dalsza droge ruszymy ze zwieszonym nosem...


    Naprawde warto jednak przejsc jeszcze kawalek - przynajmniej do malutkiego i slodkiego jak ciasteczko Vielle du Temple. Na zewnatrz zawsze stoi wieszak z przecenami, ktory wodzi na pokuszenie nawet mocno pustawe portfele!


    Dokladnie drzwi w drzwi z Templem znajduje sie zas Tatouage. Tu klimat jest jak na moje gusta troche zbyt a la Domek na Prerii...


    ... niemniej jednak rotacje towaru maja najwieksza na calej ulicy, a nadzieja, ze wsrod falbanek i sweterkow uda sie znalezc cos fajnego nigdy nie umiera.
              Cztery wymienione sklepy to me ulubione miejsca zakupow odziezowych, lecz w okolicy znajduje sie istne zatrzesienie podobnych butikow. Tak naprawde najlepiej puscic sie na zywiol!


    Kiedy dotrzemy do kawiarni Noble znaczy to, ze konczy sie handlowa czesc ulicy. Zanim zawrocimy trzeba koniecznie wejsc do srodka na legendarne ROZANE CAPPUCINO (mozna wziac na wynos). Przy okazji: Japonia to chyba jedyne miejsce gdzie mozna sie chwalic napisem na sklepie gloszacym ‘since 1999’!)
             Wracajac, skupiamy wzrok na odwrotnej niz poprzednio stronie ulicy, ablowiem tam czekaja nas nowe atrakcje - tym razem pozaodziezowe:


    PRZERAZAJACY salon tatuazu, ktory budzi we nie niezdrowa fascynacje - kiedys musze tam wniknac! 


    Lokalny oddzial franczyzowanej sieci ksiegarni Village Vanguard. Nazwa ‘ksiegarnia’ jest tu mylaca, bo akurat ksiazki sa w tym miejscu najmniej interesujace. Jest to jednak swietne miejsce, by zaoparzyc sie we wszelkie ‘japonskie dziwactwa’ (ktorych niezmiennie domagaja sie znajomi w Polsce, podjudzeni zdjeciami w internecie, przedstawiajacymi przerozne lokalne wynalazki). Niestety chwilowo nie moge podac zadnych przykladow cudow, do nabycia w srodku, bo wiekszosc z nich przywoze ze soba do ojczyzny w roli prezentow swiatecznych!

    Inna lokalna franczyza to oddzial Zocalo - tokijskiego projektanta rzucajacej sie w oczy bizuterii. Jest mnostwo rzeczy inspirowanych Indiami i Meksykiem a kolczyki mozna kupowac na sztuki, zamiast na pary!


    Wreszcie last but not least (i przepraszam za zdjecie, ale za kazdym razem kiedy jestem w okolicy z aparatem to dranstwo jest zamkniete - musialam wiec wygrzebac obrazek z otchlani internetu) Akimbo: LUKSUSOWY BUTIK Z UBRANKAMI DLA PSOW. Hilarious!


    A dla najbardziej wytrwalych zakupowiczow nagroda: Olbrzymi stek w restauracji Devil’s Kitchen - tuz przed przejsciem na dworzec!
    I co, jak Wam sie podoba Kōenji?
    Czytam: Naoki Urusawa - Yawara!, t.12 Nie. Moge. Przestac.
    Slucham: White Lies - Nothing to Give - smece sobie wyjazdowo.
    Dokonania: Brak.
    Fun Fact: Na mitackim dworcu odbywa sie wlasnie akcja ‘Wish Tree’:


    Jedna sciane przearanzowano na wielki wieszak dla swiatecznych kartek z prosbami do Mikolaja czy innego Gwiazdora.


    A tu moje, nieco samolubne zyczenie!