poniedziałek, 6 grudnia 2010

Lekarzu, wyjdz z szafy!



Czasem slucham opowiesci Pomocnego Amerykanina o systemie ubezpieczen zdrowotnych Stanach, albo przygladam sie temu, jak opieka medyczna wyglada w Japonii i nagle nasze polskie, smierdzace NFZ-y oraz bankrutujace szpitale nabieraja niespodziewanego uroku...
         Ech, moj organizm jakos nie moze sie przyzwyczaic do lokalnych mikrobow. Co zwalcze katarek, to pojawia sie bol gardla. Co przemecze bol gardla, wyskakuje mi ogolne rozbicie i bol glowy. Niby nic powaznego, ale chetnie wreszcie wrocilabym do pelnej funkcjonalnosci... Tymczasem, na wypadek gdyby (tfu, tfu odpukac!) jednak przydarzylo mi sie przed wylotem do ojczyzny jakowes powazniejsze chorobsko, postanowilam wybadac medyczne zaplecze Todaja. 
          Zaplecze owo niczym jak sie okazuje nie rozni sie od zaplecza UW. W piwnicy, ktora wyglada, jakby byla miejscem eksperymentow szalonego (acz biednego) doktora Frankensteina, trzeba odnalezc wlasciwe okienko, wypelnic wlasna karte pacjenta (AAAA!! PODAWALAM SWOJE DANE DO SYSTEMU MEDYCZNEGO TRZY RAZY!!! WYNIKI POLROCZNYCH TESTOW ZDROWOTNYCH WYSLALI MI MAILEM, A KARTE PACJENTA MAM WYPELNIAC SAMA?? DO CZEGO SA TE WSZYSTKIE KOMPUTERYYYY???) i juz mozna czekac az Pan Doktor nas przyjmie. A w zasadzie nawet czekac nie trzeba (choc moze to kwestia tego, ze przybylam do centrum medycznego kwadrans przed zamknieciem i w poczekalni nie bylo zywej duszy). Pielegniarki przepuszczaja nas przez swoja baze, (bedaca swoistym barbakanem, broniacym lekarzy przed pacjentami) poczym razno wkraczamy do szafy, w ktorej przyjmuje internista. Uwaga - okreslenie ‘szafa’ nie jest tu metafora! - moj Dottore faktycznie mial gabinet w pomieszczeniu, w ktorym (ledwie) miescilo sie krzeslo oraz pol biurka. W pierwszym momencie myslalam, ze w zwiazku z tym, ze Dottore zajmuje juz krzeslo, ja powinnam usiasc mu podczas badania na kolanach, lecz na szczescie objawil sie taborecik. Spaczawszy na taboreciku wyjasnilam, ze w zasadzie przyszlam w odwiedziny, a potrzebuje tylko skierowania na okresowe badania krwi.... Slyszac to pan lekarz.... wyciagnal wielka ksiege (!), w ktorej zaczal wyszukiwac moje objawy oraz leki (sprawdzal dran, czy nie probuje naciagnac japonskiego NFZu!) - niepomny, ze w kacie szafy ma komputer. Trzeba jednak przyznac, ze kartkowanie tomiszcza okazalo sie skuteczne, albowiem zlokalizowalismy dokladnie to lekarstwo, ktore biore. Potem juz poszlo sprawnie i szybciutko: przekazano mnie do Pacjent-Pinballa, to jest systemu w ktorym pacjenta odbija sie od okienka do okienka w celu pobrania wlasciwych pieczatek, zaswiadczen i oswiadczen, niezbednych do wykonania badania krwi. Pacjent-Pinball w ogole mnie nie przeraza, bo jest blizniaczo podobny do Student-Pinballa, ktorego doswiadczam za kazdym razem, kiedy chce cos zalatwic w biurze studenckim. 
         W kazdym razie doswiadczenie kontaktu z Todajowa opieka medyczna nie bylo az tak stresujace, jak sie obawialam. Badania sa chyba mocno refundowane - za pobranie i analize zaplacilam mniej niz w Polsce. Pielegniarka wklula sie w moja biala zyle nader latwo (za co wznosze dzieki do nieba, wspominajac niektore meki, jakim poddawaly mnie panie w lokalnym, tarchominskim centrum pobran)...

Jedyne, czego sie obawiam, to to ze spedzilam duzo czasu wsrod zoltych zarazkow - mam nadzieje, ze nic we mnie nie wniknelo... Hm - moze powinnam wreszcie zaopatrzyc sie w jedna z legendarnych, japonskich maseczek nagebnych...!

***
Tymczasem, skoro juz przy tematach medycznych jestesmy, pozwolcie, ze (zgodnie z wyartykulowana  niegdys grozba) przedstawie Wam moj ulubiony (pseudo)medyczny element japonskiej popkultury:


Iryū czyli 医龍 czyli ni mniej ni wiecej tylko MEDYCZNY SMOK (sic!), znany rowniez jako Team Medical Dragon
        Pierwszy raz mange te odnalazl moj niezastapiony maz, podczas swojego pobytu w Japonii. Oboje bylismy zafascynowani faktem, ze ktos opublikowal komiks o tym, jaki to japonski system hospitalizacji jest ZLY. Wyobrazacie sobie cos takiego w Polsce?
        Fabulka snuje sie wokol genialnego kardiochirurga Ryūtarō Asady (tytulowego “medycznego smoka”), wyrzutka i outsidera, nieprzystosowanego do zycia ani w spoleczenstwie, ani w japonskim szpitalu. Tenze Asada zostaje wydobyty z zawodowego niebytu przez Akire Katō, ambitna pania doktor. Katō planuje zdobycie profesury/przejecie wladzy w lokalnym uniwersyteckim szpitalu, a jej sposobem osiagniecia celu ma byc publikacja pracy na temat pewnego rzadkiego typu operacji, do ktorej poza genialnym chirurgiem Asada, potrzebny jest caly zespol wyjatkowych lekarzy: od anstezjologa po pielegniarki. Dlatego tez, walczac z systemem, okolicznosciami oraz podlym charakterem Asady, Katō rozpoczyna proces rekrutacji do swojego dream-teamu przeroznych  wyrzutkow oraz ofiar japonskiego NFZ... Od tej pory akcja odbywa sie na dwoch poziomach: w salach operacyjnych, gdzie maja miejsce nieprawdopodobnie wymyslne procedury medyczne (operacja na niemowleciu z odwroconym ukladem organow? prosze bardzo!), oraz w pokojach konferencyjnych, gdzie z kolei trwa walka o utrzymanie pozycji Katō, ktora szybko dostaje sie na celownik wszystkich innych lekarzy w szpitalu. W miare rozwoju historii pojawiaja sie coraz to nowi wrogowie oraz sojusznicy, tempo jest dobre a postacie na tyle przemyslnie skonstruowane, ze czytelnik automatycznie im kibicuje.


Do tego na okladkach mozna sie natknac na prawdziwe perelki japonsko-angielskiego. “Only to care the disease/ not to care the sick./ They don’t notice the fact that/ <<Leading part of the scene of/ medical treatment is a practice>>/  The <<Ikyoku Kouzasei>> of/ a university hospital made/ many doctors of this sort/ Still, they produce these doctors”. WSPANIALE!
        Uwazam, ze trzeba miec szacunek do dobrej popkulturalnej papki, a Iryū stanowczo nalezy do tej kategorii. Dodatkowo, o ile wiekszosc mang wyglada potwornie, tutaj obcujemy z dynamiczna i dosc szczegolowa kreska Nagisawy Tarō, ktora sprawdza sie naprawde swietnie - w twarzach bohaterow jest na tyle detali, zeby pokazac emocje, a waga przykladana do rysowania przeroznego rodzaju sprzetu medycznego (oraz wnetrznosci!) robi wrazenie. Oczywiscie jak przystalo na japonska pop-produkcje wszystko jest takze (zbyt) mocno dramatyczne: doktorzy chodza po korytarzach w targanych wiatrem kitlach, swiatlo odbija sie pieknie w ostrzach narzedzi chirurgicznych...


... nogi pan lekarek stanowia 3/4 ich wysokosci....
         ...ale ostatecznie wszystko to ma sens i jest twardo trzymane w garsci przez Akire Nagai,  zdolnego scenarzyste (niestety juz zmarlego), ktory sam mial doswiadczenie w dziennikarstwie medycznym, co natychmiast widac (do tego seria ma takze zewnetrznego medycznego konsultanta Yoshinume Mie) 


Nie dziwota, ze Team Medical Dragon doczeklalo sie takze adaptacji telewizyjnej - oficjalnie jedynego japonskiego serialu, jaki udalo mi sie doogladac do konca. Prawdopodobnie powodem tego, jest to, ze tworcy zdolali odnalezc w Japonii az dwoch przystojnych aktorow (zadanie graniczace z niemozliwoscia!) i zaangazowac ich obu (NIEWIARYGODNE!!!)
Bottomline: Jesli juz musicie czytac japonskie mangi, czytajcie Team Medical Dragon! Zwlaszcza Wy, japonisci - nauczycie sie wielu przydatnych slowek (超音波メス = skalpel ultradzwiekowy!) 
Czytam: Wiecej Team Medical Dragon, niz jest to zdrowe. W przerwach troche reportazy (chwilowo nie mam serca meczyc politycznych komentarzy do wyborow samorzadowych) Duzy Format ostatnio zawyzyl swoj (i tak bardzo dobry) poziom. Na przyklad to,  Wyciskajaca lzy historia w tekscie, ktory absolutnie wyciskaczem lez nie jest. Piekne. 
Slucham: Robots in Disguise - Turn it Up. Grr... jestem wsciekla, ze przegapie polska czesc trasy koncertowej tych pan. Ich producentem jest Chrs Corner (i nie trudno sie tego domyslic, bo ich muzyka brzmi dokladnie jak to, co robil Corner, zanim zajal sie bardziej tym jak wyglada, niz tym, co gra).
Dokonania: Wreszcie wdalo mi sie zloklalizowac + nabyc droga kupna wklady do automatycznego olowka. Japonia czesto zadziwia mnie tym, jak trudne moga tu byc najprostsze z pozoru rzeczy!
Fun Fact: W weekend bylismy z nerdami na Harrym Potterze (no, co? to jedyny film, ktorego premiera tutaj nie jest opozniona 10 miesiecy w stosunku do reszty swiata!). Dawno czytalam te ksiazki ale chyba ANI RON ANI HARRY NIE POWINNI BYC AZ TAK NAPAKOWANI O_O. Mam wrazenie, ze przez te kilka lat, ktore minelo od premiery pierwszego filmu, aktorzy rozrosli sie troche ponad przewidywania ekipy!

piątek, 3 grudnia 2010

Burza (嵐)



Przypadkowo Arashi, czyli wlasnie ‘burza’, to takze nazwa bardzo popularnego w Japonii boysbandu, ktorego piosenka Dear Snow (sic!) torturuje mnie ostatnio zewszad!

         W piatek obudzila mnie burza. Prawdziwa, japonska burza. Nie zadne popierdki, lecz konkretny sztorm z blyskawicami, deszczem padajacym poziomo, rwaca rzeka pod oknem i poczuciem radosci, ze mieszkam na drugim pietrze akademika. Powiercilam sie troche w lozku i powrocilam do spania... Kiedy znowu roztworzylam oczy na zewnatrz bylo dwadziescia stopni, swiecilo piekne slonce, a po epickiej nawalnicy nie bylo sladu, wyjawszy gory lisci zwianych z drzew. CZY MI SIE TO TYLKO PRZYSNILO?!


Podobno Tokio ma spektakularny system sciekowy, sluzacy odprowadzaniu wody z naglych, gwaltownych opadow... Zaczynam wierzyc, ze rzeczywiscie kilka metrow pode mna moze byc cos TAKIEGO

         Poza liscmi burza przyniosla tez cudowny wiater - cieply i przepotezny. Krotko mowiac: zupelnie poprawny halniaczek... Od razu zatesknilo mi sie za domem. (Ale potem w pociagu, na pociagowej telewizji zobaczylam zdjecia z zasypanego sniegiem Okecia i momentalnie odechcialo mi sie wracac do ojczyzny...)
        W kazdym razie, wykorzystawszy piekne okolicznosci przyrody postanowilismy z Pomocnym Amerykaninem ozywic tradycje Klubu Dyskusyjnego Intensywnych Kursantow Japonskiego. Wesoly Brazylijczyk (ktory jest tez dosc profesjonalnym gorolazem) wyprowadzil nas popoludniem na dach budynku stolowkowego, gdzie (przy wtorze urywajacego glowy wiatru) dyskutowalismy. Tym razem glownie o depeszach ujawnionych przez WikiLeaks. Bylo tez piwo. W Japonii piwo mozna nabyc zarowno w kampusowej kantynie jak i we wszystkich sklepach na terenie uniwersytetu - nikt nie robi z tego problemu, dopoki nie probujemy flaszki przemycic na zajecia. Fajne, prawda?

Moja ulubiona zagryzka - cytrynowe zelki w ksztalcie wloskich makaronikow fettuccine. Mniam!
          A wieczorem nawiedzilam wydzial literatury slowianskiej (KTO U DIABLA WYMYSLIL, ZE WSZYSTKIE TAMTEJSZE NADPROGRAMOWE WYKLADY ODBYWAJA SIE W PIATEK KOLO 18TEJ?? To cud, ze ktokolwiek sie na nich pojawia...). Pani Ogura Aya (小椋彩 - na wypadek, gdybym cos poplatala z czytaniem nazwiska) mowila o wlasnym przekladzie Domu dziennego, domu nocnego Tokarczuk na japonski. Naprawde super sprawa! Czasem mysle sobie, ze moze wolalabym przebywac na stypendium w jakims mniejszym miescie niz potworne MegaTokio, ale trzeba przyznac, ze studia w centrum naukowej Japonii tez maja swoje plusy...
Czytam: Nagai Akira - Team Medical Dragon t. 9 (no co? czasem trzeba sie zrelaksowac po intensywnym, akademickim zyciu!)
Dokonania: Oczywiscie bylam jedynym bialym na wykladzie pani Ogury, totez zostalam szybko zdemaskowana jako Polka i wyrwana do odpowiedzi (chociaz bardzo staralm sie wtopic w Poczet krolow polskich stojacy na polce za moimi plecami....). Udzielilam ultraelokwentnych wyjasnien na temat mlodych, popularnych wsrod krajan autorow. Mam podejrzenie, ze w zwiazku ze wspanialym poziomem mojego japonskiego zaden ze sluchaczy niczego nie zrozumial.
Fun Fact: Ostatnio odkrylam, ze w moim pokoju jest GUZIK ALARMOWY. Hilarious!

środa, 1 grudnia 2010

It’s aliiiive!!!


Plusy pustelniczego zycia: nie trzeba sie malowac. Ani przejmowac, ze nasz szaliczek a la Ciechowski jest poplamiony soczkiem z pomaranczy...
          Kochani, ostatnimi dniami zajmuje sie sprawami naprawde kuriozalnymi (sprawdzanie procedur wynajmu mieszkania, rezerwacja miejsca w autobusuie na lotnisko, kupno magnezu, testowanie szamponow przeznaczonych do japonskich wlosow na moich gaijinskich strakach, rezerwacja grupowych biletow na harrego pottera etc.), totez, zamiast regularnego sprawozdania, publikuje tym razem kilka nie-koniecznie-zwiazanych-z-Japonia highlightow poczatku mojego tygodnia:

1. Wywiad Sroczynskiego z Kondratem w Duzym Formacie. Poezja. Swietny rozmowca i swietny dziennikarz. Sroczynski w przeciwnosci do Zakowskiego dba zeby jego pytania byly krotkie, na temat i pozwala swojemu gosciowi mowic. A gosc mowi rzeczy cudowne. Wielka klasa!

2. Najnowszy kalendarz Pirelli ze zdjeciami Karla Lagerfelda. Nie uwazam fotograficznej pasji modowego gejozaura za cos wielce wartosciowego artystycznie, ale podoba mi sie decyzja, zeby najbardziej szowinistyczny kalendarz swiata oddac do zrobienia homoseksualiscie. Niezly pomysl ze stylizacja modelek na greckie boginie i przyzwoite wykonanie... A Julianne Moore w roli Hery: Spectacular!

3. Ta sukienka! Mam na jej punkcie fiksacje, lecz nie wiadomo dlaczego w japonskiej Zarze dranstwo kosztuje 22000 jenow. Moze sprawdze lokalne ceny po przyjezdzie do Polski (ale po prawdzie to boje sie w ogole spojrzec na nia na zywo bo na pewno nie jest tak piekna jak na zdjeciu!)




4. Ami Takeuchi z Japonii. Wicemiss Swiata transseksualistow. You go girl!

    5. Ja i moi wspolpanelisci z niedzielnej konferencji. (Ten niepozorny Pan ktory stoi za mna dostanie za jakies 80 lat nagrode Nobla - mark my words!) Troszke widac, zem chora i umierajaca, co? Lecz coz, nic co ludzkie nie jest mi obce! Plus chcialam oficjalnie pochwalic sie moimi butami od Kostiumu Pirata!

    Coz, to by bylo na tyle (Mamo, widzisz: zyje!) A jaka pogoda? Coz, okolo pietnastu stopni i piekne slonce. DON’T HATE ME ‘CAUSE I’M NOT FREEZING.
    Czytam: Satoru Makimura - Believe. Szajs uokrutny, ale kosztowalo tylko 100 jenow... a na ksiazki z amazona musze czekac do jutra
    Slucham: Neurotic Fish - They're coming to take me away. Dobry, gruby, gotycki Niemiec!
    Dokonania: Znalazlam drugi po bananie tani owoc w Japonii: MANDARYNKI
    Fun Fact: Moj agent nieruchomosci nazywa sie Okazaki. Podobnie jak jakies 5 milionow innych ludzi w tym kraju, ale nadal za kazdym razem jak widze to nazwisko to sie smieje do siebie!

    poniedziałek, 29 listopada 2010

    Winter is Coming!



    Dochodza mnie sluchy, ze w Polsce trwa atak zimy. 
    W zwiazku z tym publikowanie ponizszych zdjec moze zakrawac na sadyzm, lecz bede bezlitosna!

             Z poczatkiem nowego tygodnia wreszcie sie zmobilizowalam i zabralam na Todai fotoaparat. W oczekiwaniu az machina administracyjna przemieli kolejna porcje papiurow, zdolalam przygotowac dla Was krotka prezentacje pod haslem: ‘Dlaczego japonski listopad jest BARDZIEJ?”... Powyzej zdjecie, z widokiem z glownej bramy kampusowej na wieze zegarowa. 


    A tu to samo w przeciwna manke


    Budynek Literatury 3 - na najwyzszym pietrze Literatura Wspolczesna, to jest: ja. Jako bonus: babcia, ktora wytrwale probowala mnie rozjechac


    Widok ‘spod spodnicy’ mojego budynku

    Nauki spoleczne i dziennikarstwo. To spokojniejszy kat kampusu, wiec bardzo go lubie. Tedy zwykle zmierzam na kurs jezykowy



    Akamon, czyli Czerwona Brama - z daleka...


    ...i z bliska!
    Ladnie, prawda? Bardzo zachecam: prosze przyjezdzac!
    A z okazji Cotygodniowego Kacika Telewizyjnego zachecam rowniez do wspolekscytacji z okazji najbardziej mozliwie ‘zimowej’ produkcji telewizyjnej evahr!


              Wstyd przyznac, ale niniejszym chcialabym zarekomendowac serie, ktora jeszcze pol roku poczeka na premiere. Normalnie brzydza mie takie praktyki, staram sie przed poleceniem komukowiek czegokolwiek, rzetelniej wyrobic sobie opinie (yeah, right...), lecz tym razem zbyt wiele cudownych okolicznosci zlozylo sie w jednym miejscu, bym mogla powstrzymac wlasny entuzjazm! Panie i Panowie: Game of Thrones oraz trzy powody by od kwietnia je ogladac:
              Po pierwsze: serial GoT produkuje HBO, stacja do ktorej mam spory kredyt zaufania. Teraz dochodzi do niego jeszcze pewna doza respektu, ze dyrektorzy  wylozyli pieniadze na temat tak bardzo nietelewizyjny.
              Po drugie: No wlasnie - temat. Ta historia to.. hmm.. (nie bojmy sie tego slowa!) FANTASY. Fakt, faktem: nietypowe (mnie do przeczytania pierwszej z serii ksiazek, na ktorej opierac sie bedzie GoT, zachecil bezwstydny napis na okladce: “Fantasy for hip people!”). Nie da sie jednak ukryc: choc smokow, czarow oraz magicznych ludkow jest tu jak na lekarstwo, to jednak cala kraina, gdzie umieszczono akcje, jej historia oraz glowni gracze polityczni pozostaja wyssani z palca George’a R.R. Martina. W skrocie mamy tu bowiem opowiesc o wymyslonej wojnie o wladze, prowadzonej przez wymyslone postaci w wymyslonym krolestwie. Na skraju wymyslonej, majacej trwac dziesieciolecia zimy. Po prostu bujda na resorach!
               Po trzecie: obsada i ludzie stojacy za projektem: Fundamentem (again: nie bojmy sie tego slowa!) genialnosci powiesci Martina stanowi swietna konstrukcja okolo dwoch tuzinow glownych bohaterow. Dlatego z takim entuzjazmem sledzilam donosy o pierwszych, (zaskakujaco dobrze przemyslanych) angazach aktorskich. U Martina zarowno kobiety jak i mezczyzni sa pelnokrwisci, skomplikowani, skonfliktowani oraz poplatani w stopniu iscie szekspirowskim. Nie ma tu szczegolnie pozytywnych wzorcow osobowych, a nawet jesli sie pojawiaja, maja tendencje do szybkiej smierci. W ogole trup sciele sie gesto i bez zwazania na ‘donioslosc’ postaci. Proza Martina czasem przeraza swoja logicznoscia: samotny, dzielny woj, otoczony przez wrogow zostaje najczesciej w zupelnie-nie-fantasy-stylu przerobiony na szaszlyk. Wesela zamieniaja sie w rzezie, dobrzy ojczulkowie traca glowy a mlodzi, piekni ksiazeta sa okaleczani, maltretowani i mordowani na peczki! Jak tu sie nie ekscytowac? Zaprawde: Winter is Coming! - zapamietajcie to haslo oraz tytul Game of Thrones
    Highlight:  Hm, trudno to dzisiaj ocenic, ale stawiam na Petera Dinklage’a i Nikolaja Closter-Waldau, ktorzy beda mieli okazje sportretowac dwoch skrajnie rozniacych sie od siebie braci - jedno z moich ulubionych rodzenstw w historii popkultury!
    A lot like: Hopefully: Rome. W przypadku kleski: Saga o Ludziach Lodu plus Makbet
    Dla kogo: Wszystkich, ktorzy przecierpieli przynajmniej jedna partie planszowki GoT ze mna. Nareszcie bedziecie wiedziec o co chodzi w calym fluffie!!! A serio: dla wszystkich - Licze ze uda sie zrobic z tego bardzo popularna serie, ktora zmieni historie telewizji i potrwa pelne osiem sezonow!

    niedziela, 28 listopada 2010

    Weekend update



    Karaoke heals, science kills!


             Dzien dobry. Moj stan zdrowia wkroczyl w rejon irracjonalny - prawdopodobnie nawet Gregory H. mialby problem ze zdiagnozowaniem mnie...( OMG, maybe it’s lupus...!!!) Piatek, nieomal ozdrowiala i rozochocona brakiem flegmy w zatokach, spedzilam na imprezie urodzinowej Pomocnego Amerykanina. Zaczelismy w hiszpanskiej restauracji (w ktorej kuchnia byla wspaniala, lecz zolci kelnerzy nosili niewiadomo dlaczego falszywe iberyjskie imiona...) a skonczylismy w salonie karakoe na Shibui...


    Ponizej, ze specjalna dedykacja dla dwoch osob, ktore jeszcze go nie znaja, trzy slowa o japonskim karaoke. 

              Japonskie karaoke zazwyczaj odbywa sie nie w barze (chociaz taka opcja tez bywa z rzadka praktykowana), lecz w gronie przyjaciol, w przytulnym, wynajetym pokoiku - jednym z bazyliona dostepnych po przybyciu do dowolnego karaokowego przybytku. ‘Karaoke-kabine’ oplacamy na godziny, a w jej wyposazeniu znajduja sie: kanapa, system naglasniajacy, telewizor, dwa mikrofony oraz tomiszcze wielkosci ksiazki telefonicznej, zawierajace kazda mozliwa piosenka na ziemi. Aha - jest jeszcze jeden kluczowy element - telefon w scianie, dzieki ktoremu mozna dodzwonic sie do ‘recepcji’ oraz zazadac stamtad dowolnych napitkow lub pozywienia (z naciskiem na to pierwsze)... Bardzo pomyslowe, prawda? Trzeba  sie tylko wystrzegac wyjsc z lokalesami, alibowiem oni sprawe traktuja stnowczo zbyt powaznie, to jest faktycznie UMIEJA spiewac piosenki (a na pewno jeden popisowy numer - tak zwane o-hako). 



    Typowy ‘pilot’ do karaokowego telewizora

             Radocha, radocha, ale darcie gardla do wczesnosobotnich godzin porannych nie bylo takim do konca swietnym pomyslem, skoro nastepnego dnia mialam referowac na konferencji... Szczesliwie konferencja byla interdyscyplinarna, wiec nikt (poza jednym panem specjalizujacym sie w polowie traulerowym...WTF?) nie zadawal mi zbyt podchwytliwych pytan. W kazdym razie na zlocie todajowych doktorantow i post-dokow bylo nadspodziewanie.... ‘fajnie’! Takze ze wzgledu na  obledny obiad w hinduskiej knajpie (tym razem z prawdziwa hinduska obsluga a nie z Japonczykami przebranymi za hindusow)!.. No co? Najpierw pozywienie, potem nadbudowa!
             Niestety, po tak intelektualnye owocnym dniu, dzisiaj rano smarkalam wszystkimi kolorami teczy. Z pewna niesmialoscia udalam sie na niedzielne, starojaponskie tance. W sali cwiczen zainstalowano jedna z cudnych japonskich klimatyzacji, dzieki ktorym jest albo goraco jak w piekle, albo zimno jak w psiarni - bez zadej opcji posredniej. Zdelklarowalam sie wiec jako zadzumiona i cala probe przesiedzialam na lawce rezerwowych, razem z Cesarzem Bobo. Cesarz Bobo chyba nalezal do ktorejs z kursantek (prawdopodobnie tej, ktorej najbardziej dokuczal i usilowal urwac rekawy od yukaty...). Coz, zolte dzieci w wieku przedszkolnym sa slodkie. Z jednym zastrzezeniem: absolutnie wszystko im wolno, co u niektorych powoduje krancowe zdziczenie. Nie mozna gnojom niczego zakazac, biora sobie co chca, namietnie kopia i maltretuja mamy oraz generalnie zachowuja sie jak male belzebubiatka.... No, ale potem ida do japonskiej szkoly, gdzie czekaja na nich cierpienia tutejszego systemu edukacji, wiec jak sadze wszystko sie jakos tam wyrownuje....
    Czytam: S. Tanaka - Japan’s Orient. Rendering Pasts into History. Hehe, jakze piekne jest uczucie, kiedy w taniej jatce ksiazkowej trafi sie na cos, co idealnie nadaje sie do bibliografii!
    Slucham: DIary of Dreams - Haus der Stille
    Dokonania: Brak
    Fun Fact: Moja ulubiona pociagowa kampania spoleczna:


    How awesome is that?

    czwartek, 25 listopada 2010

    Dziecko w Klozecie (Closet Child i trzy inne przystanki na Harajuku)



    Japonia! Kraina, gdzie spelniaja sie modowe sny.. I KOSZMARY!!!
            Dokladnie trzy tygodnie minely, odkad z Jednoreka Finka ostatni raz nawiedzilysmy Harajuku, rezerwat rozowych lolit, zoltych pseudopankow i poliestrowych gotow. Wtedy mialysmy tylko czas przejsc sie wzdluz ulicy Takeshita i zajrzec do La Foret, pietrowca wypelnionego butikami japonskich projektantow. Wszystko bylo drogie, przesadzone i malo pociagajace... Nie pojmuje jak to mozliwe, ze na swiecie najwieksi japonscy designerzy slyna z prostoty, a lokalnie nie moga sie powstrzymac, zeby gdzies nie dodac falbanki, a na falbance koronki, a na koronce kokardki A NA KOKARDCE DIAMENCIKA!
            Niemniej gdzies posrod tych sklepow dla doroslych ksiezniczek, milosnikow visual-kei, j-rocka oraz  innego talatajstwa ukrywal sie co najmniej jeden butik ze starymi, uzywanymi kolekcjami Vivienne Westwood. A nic tak nie pomaga na chorobe, jak wyprawa na zakupy. Plus: uwazam, ze moim obowiazkiem jest nadwyzke pieniedzy ze stypendium wpompowac na powrot w japonska gospodarke, a nie wywozic ja do domu, (jak namietnie czynia Chinczycy)... W kazdym razie stalo sie: dzisiaj drugi raz starlysmy sie z Finka z Harajuku.
            Tym razem przed ekspedycja przeprowadzilysmy rozeznanie za pomoca Google Street View, co znaczaco ulatwilo nam nawigacje. W zwiazku z tem , na podstawie naszej dzisiejszej wyprawy, chcialabym zasugerowac wszystkim, ktorzy kiedykolwiek beda w Tokio MAJZILLOWA TRASE WYCIECZKOWA PO HARAJUKU I OKOLICACH

    Przystanek 1: Closet Child - sklep z uzywanymi ubraniami gothic-lolita, punk i gothic (a przynajmniej tym, co w tym kraju za punk i gothic uchodzi. Glownie szkocka krata z cwiekami oraz kokardkami w przypadku punka, oraz czarna guma z kokardkami w przypadku gotyku). 
            Jesli rzeczywiscie interesujecie sie tego typu odzieza to... IDZCIE SIE LECZYC!!! ekhm.. to znaczy jesli interesujecie sie tego typu odzieza, na pewno zachwyceni bedziecie Closet Child. Wszystkie ubrania sa w swietnym stanie a kosztuja mniej wiecej 1/3 tego, co musielibyscie wydac na wersje nieuzywana takiej na przyklad kreacji Victorian Maiden... Co oczywiscie wcale nie znaczy, ze ubrania w CC sa tanie - ich ceny oscyluja wokol 10000 jenow.


    Wewnatrz niestety nie mozna robic zdjec, jest tam jednak bardzo rozowo i..gesto. Tu odcinek z butami.
            Tych, ktorym bardziej przypada do gustu europejski model second-handowy polecam jednak inne miejsce...

    Hala Kinji - nasz przystanek numer dwa. Dokladnie na przeciwko La Foret.
            Ten sklep to gratka dla naprawde zacietych vintage’owych mysliwych. Wyglada niespecjalnie, ciuchow sa tony, na pierwszy rzut oka nie baudzo atrakcyjnych (za to bardzo tanich)...

    Nie dajcie sie jednak zwiesc! Byl i Mark Jacobs i Comme des Garcons. Nawet jesli rozmiar nie do konca pasuje, poczucie spelnienia po odnalezieniu takiej perelki jest wielkie! Na pocieszenie zawsze mozna wybrac sobie cos z kosza “za 200 jenow”, gdzie zywot koncza chyba wszystkie harajukowe ubrania.
            Kiedy juz czlowiek rozgrzeje zakupowy entuzjazm pozostaje tylko jedno miejsce do odwiedzenia:

    Need I even say anything?
             Zolci maja szkodliwa obsesje na punkcie Vivienne. Ona sama wypowiadala sie pare razy nie do konca przyjaznie o swoich psychopatycznych japonskich fanach... niemniej jednak to wlasnie dzieki japonskiej fiksacji na punkcie Brytyjki powstaja miejsca takie jak ten butik. Gotowy wchlonac kazda ilosc pieniedzy, bo jest tu wszystko: od najnowszych akcesoriow po perelki z kolekcji od lat 70tych. Czesc w gablotach, chociaz i ich zawartosc mozna nabyc, jesli nasz portfel jest dostatecznie wypchany... Ale stanowczo najpiekniejsze jest to, ze znajduja sie tez rzeczy na kieszen studenta!
            (Tu wtret historyczny: mialam kiedys obsesje na punkcie butow, ktore Vivienne zaprojektowala w kolaboracji z Melissa - krolowa plastikowego (!) obuwia. To bylo doprawdy ciezkie zakochanie, kilka miesiecy je odchorowalam... A tu wchodze do sklepu, patrze i widze: dokladnie te buty w dokladnie tym kolorze, ktory mi sie najbardziej podobal. Drzaca dlonia sprawdzam rozmiar. TAK, TO ZNAK Z NIEBIOS. Ja te buty musze miec!)



    My precioussssss... 6800 jenow!
             Aha! Na zakonczenie dnia na Harajuku polecam jeszcze wizyte w Sweets Paradise. - knajpce przy wyjsciu z Takeshity, gdzie placi sie za wstep i mozna wpychac w siebie dowolne ilosci ciast, ciasteczek, kremowek, tortow, galaretek etc.

    Na przegryzke jest tez curry, kanapki i kawa, ale kto by sie tam przejmowal!


    OCZYWISCIE, ZE MAJA CZEKOLADOWA FONTANNE!!!
            Po tej monstrualnej bombie kalorycznej pozostaje tylko potoczyc sie na stacje i opuscic magiczny, slodziutki swiat Harajuku...
    Czytam: Swoj referat na konferencje Turkow.  
    Slucham: Diorama - Truth and Movement. To takie Hit me baby one more time w wersji dark-electro
    Dokonania: I GOT DA SHOEZ!!!
    Fun Fact: Z Finka przysieglysmy sobie tym razem nie zbaczac do Topshopu ani Forever 21. Zajrzalysmy jednak do lokalnego H&M, sprawdzic, jak sprzedaje sie hamowa kolekcja Lavina (taz sama, o ktora jak slysze zabijano sie w Zlych Tarasach). Ha! Na Harajuku szmatki wisialy smetnie na wieszakach w pustawej sali. Wyglada na to, ze Japonki nie daly sobie wcisnac kitu i (w przeciwnosci do Polek oraz polowy globu) spostrzegly, ze wiekszosc z sukienek jest z naprawde tandetnego materialu. Do tego zle pozszywanego. Shame on you H&M!
    PS. Zeby nie bylo, zem taka odporna na urok loli-stylu..



    ...faktem jest, ze zawsze marzylam o okraglej torbie w ksztalcie pudla na kapelusze!


    .. a rekawiczki naprawde byly mi potrzebne - poprzednie juz sie przecieraja! Kokardki to taki bonus na pamiatke z Harajuku

    środa, 24 listopada 2010

    Sicko


    *kaszl, kaszl*

            No i doigralam sie. Za oknem piekne slonce, ponad pietnascie stopni, a jam chora. Obawiam sie, ze zaczelo sie od nocnej wyprawy do Rikugienu. Coz, w kazdym razie chwilowo siedze w domu pod koldra i lekam sie. Lekam sie isc do kampusowego lekarza. Japonczycy maja bowiem dobrze ugruntowana reputacje beztroskiego zapisywania antybiotykow (najlepiej w kroplowce) na KAZDE schorzenie. Tak wiec do piatku posiedze jeszcze w domu i sprawdze jak sie sprawa rozwinie. URZADZAM W SWOICH PLUCACH BIOLABORATORIUM.


    Kuruje sie medycyna tradycyjna, czyli kupuje w akademikowym automacie nieskonczone ilosci 紅茶花伝, to jest tzw. Royal Milk Tea, produktu CocaCola Company dostepnego tylko w Japonii. To doslownie prawdziwa herbata z prawdziwym mlekiem, cukrem i (chyba) miodem. W automacie mozna ja dostac goraca. Mniam.


    Jako, ze automat jest na parterze, a ja kursuje do niego czesto, napotykam przerozne przejawy wesolego zycia akademikowego... Na przyklad takie komunikaty.
    PS. Parze moich znajomych przytrafila sie bardzo mila rzecz. Bedzie im potrzebne to:


    Aniu i Kubo, gratulacje!