wtorek, 1 marca 2011

Kosmobarok + Wymioty w Cukierni



Dzisiaj wyjątkowo: Japończycy, których nie znacie.
(albo, znacie, ale nie wiecie o ich japońskości...) 

           Ostatnio niewiele się dzieje: Małż nadal frenetycznie programuje, ja nadrabiam lektury i tyle. Naszym jedynym nowym dokonaniem pozostaje zakup olbrzymiej (to jest: olbrzymiej według standardów polskich, zupełnie zaś średniej według standardów lokalnych) paki ryżu, którą teraz przejadamy entuzjastycznie, wykorzystując moc świeżo nabytej gotowarki. 
          Brak zapierających dech w piersiach przygód nie powstrzyma mnie jednak przed aktualizacją bloga, bo szczęśliwie jest kilka spraw, o których chcę od pewnego czasu napisać, a wcześniej nie bardzo była k’temu okazja. 
          Na ich czele (owych spraw) znajduje się projekt przedstawiania na blogoplatformie moich ulubionych Japończyków. Jako, że chodzi o “przedstawianie”, postaram się pisać o postaciach mniej szeroko znanych (czytaj: pominę powszechnie uznane nazwiska typu Akira Kurosawa czy Yukio Mishima). Pozwólcie zatem, że od czasu do czasu przymusowo zaoferuję Wam przegląd dokonań najkreatywniejszych/najdziwniejszych/najbardziej oryginalnych Żółtych Ludzi dzisiejszej (i nieco mniej dzisiejszej) Japonii. 
          Zatem, niech rozpocznie się Majzillowy Katalog Ciekawych Japończyków! Na dzień dobry para uznanych projektantów, którzy zasady skromnej prostoty cisnęli do kosza i stworzyli dwa bardzo charakterystyczne style, które zbiorczo można chyba nazwać “kosmo-barokiem”.

Eiko Ishioka (石岡英子), ur. 1939
           Według wieku, oraz starojapońskiej zasady ladies first (レーディズ・ファースト, rēdizu fāsuto), pierwszeństwo w dzisiejszej prezentacji przysługuje Eiko Ishioce. Urodzona w Tokio, pani ta, najbardziej znana jest ze swoich projektów kostiumów do filmu Dracula wg Brama Stokera, za które uhonorowano ją w 1992 Nagrodą Amerykańskiej Akademi Filmowej. 

Co ciekawe Francis Ford Coppola (reżyser filmu) najpierw zatrudnił Ishiokę na pozycji scenografa, a dopiero kiedy zobaczył kilka luźnych szkiców zamienił jej uprawnienia na projektanta kostiumów.


Sama artystka, twierdzi, że przed zaangażowaniem się w projekt nie widziała żadnego innego filmu o transylwańskim wampirze


Co bardzo lubię w kostiumach z Draculi to, to, że uokrutnie złe wampirzyce są tam ubrane na biało, a niewinna dziewica (do czasu) Mina nosi krwistoczerwone krynoliny. How awesome is that?


         Pierwszym większym filmem, nad którym pracowała Ishioka był quasibiograficzny projekt, oparty na życiu i twórczości Yukio Mishimy: Mishima: życie w czterech rozdziałach (reż. Paul Schrader, 1985)
Ale najbardziej pokręcone kreacje stworzyła na potrzeby filmów Tarsem Shingha:



Celi (2000)...



....oraz The Fall (2006)
          Poza projektowaniem ubrań Ishioka zajmuje się też szeroko pojętym designem.


Za projekt okładki Tutu Milesa Davisa otrzymała nagrodę Grammy.



Wyreżyserowała też klip Björk do singla Cocoon


Wreszcie, last but not least: 


Była jedną z osób odpowiedzialnych za wizualny kształt ceremonii otwarcia letnich Igrzysk Olimpijskich 2008 w Pekinie !

***

Kansai Yamamoto (山本寛斎) ur. 1944
          W japońskim świecie modowym nazwisko Yamamoto kojarzy się raczej z Yōjim Yamamoto (ur. 1943), jednym z bardziej wziętych współczesnych projektantów. Ale w mój gust bardziej trafiają dokonania innego Yamamoto - Kansai. Z wykształcenia inżynier, edukację krawiecką pobierał dopiero po ukończeniu pierwszego kierunku studiów. Zadebiutował w wieku 27 lat w Londynie, niewiele później otworzył autorski butik w stolicy Wielkiej Brytanii. Traf chciał, że to właśnie w tym sklepie młody David Bowie nabył kostium “drzewnego stworzenia”, w którym wystąpił na londyńskim koncercie w 1972. Projektant i muzyk spotkali się ponownie w Nowym Jorku, gdzie Kansai podarował Bowiemu dwa kolejne zestawy. Ich sukces podczas drugiego amerykańskiego tournee skłonił Bowiego, żeby zlecić Kansaiowi uszycie następnych dziewięciu. Tak powstała modowa oprawa trzeciego tournee Bowiego po Wielkiej Brytanii, tego samego, które przeszło do historii jako tournee Ziggy’ego Stardusta. 


Zakręcone wzory Yamamoto doskonale dopełniał sceniczny makijaż Stardusta/Bowiego, autorstwa Pierre’a de La Roche. 


Kansai czuwał też nad doborem obuwia i wynajdywał Davidowi męskie rozmiary sandałów na monstrualnej platformie - obowiązkowego akcesorium każdego szanującego się glam-rockera.



Jeśli dobrze się przypatrzeć, we wszystkich ówczesnych projektach Kansaia można zauważyć mniej lub bardziej luźne inspiracje Japonią..


...albo w postaci kroju spodni

...kształtu kołnierzy..

....czy wreszcie nadruków: ten tutaj to autorska interpretacja zapisu imienia i nazwiska Davida ideogramami kanji

         Więcej Ziggy’ego (w myśl zasady: Ziggyego nigdy za wiele!):



Chociaż w historii zapisał się głównie przez współpracę z Bowiem, Kansai zyskał spore uznanie także dzięki swoim innym projektom

Słynna sukienka i szydełkowany kombinezon (!) “Kabuki”


Marie Helvin w nieco bardziej współczesnym stroju Yamamoto


Kate Moss, (której nie lubimy bo rzekła, że nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudym, z czym fundamentalnie się nie zgadzamy) w jednej z moich ulubionych sesji dla Vogue UK, wystylizowana w stare kostiumy sceniczne Ziggy’ego
         
         I jak? Czy Yamamoto i Ishioka sprowadzili na Was odpowiednią dawkę sensory overload? Mam nadzieję, że tak. Może nie są to postaci z pierwszych stron modowych gazet, ale dla mnie dobrze reprezentują to, co w japońskiej modzie najlepsze: szaleństwo konstrukcyjne (czy też w przypadku Kansai raczej dekonstrukcyjne), nieprawdopodobne oko do wzorów i materiałów, oraz odwagę, żeby a/ iść zupełnie w poprzek obowiązujących kanonów, lub ewentualnie b/ przerysowywać owe kanony do granic absurdu.
Czytam: Valerie Steele + Jennifer Park, Gothic: Dark Glamour. Wierzcie lub nie ale Yale University Press wydało książkę pod takim właśnie tytułem. Składają się na nią dwa pokaźne eseje: jeden o muzyce, drugi o modzie. Rzecz kupiłam na fali entuzjazmu do Valerie Steele (kuratorki muzeum w nowojorskim Fashion Institute of Technology) i jej świetnego, superprofesjonalnego opracowania o gorseciarstwie Corset, Cultural History. G:DG nie jest aż tak dobre, trochę śmierdzi uproszczeniami i skrótowością, lecz co najważniejsze, nadal jakoś się broni. W przeciwności do większości innych znanych mi analiz narodzin Goff-subkultury. 
Dokonania: 

Wykonaliśmy dobry uczynek! Bardzo podoba nam się idea akcji, reprezentowanej przez tę pocztówkę i z chęcią przyłączymy się do jej kolejnych odsłon. 
Ciach! Chiach!
Fun Fact:

Ha! Suck onto this, starcraftożerni Koreańczycy!
PS. W ramach projektu “Żadna Praca Nie Hańbi” udaję się w przyszłym tygodniu do japońskiej podstawówki, zapoznawać żółte dzieci z polską kulturą. Powinnam przygotować dla nich kilka wydruków, przedstawiających jakieś charakterystyczne rodzime widoki/symbole/przedmioty... Any suggestions?

***

         Ze specjalną dedykacją dla Kiar - zamiast kącika telewizyjnego - moje przemyślenia okołooskarowe.


This is not the Oscar you are looking for
         Po pierwsze: nie oglądałam ceremoni. Chociaż według tutejszego czasu zaczyna się ona o wygodniejszej niż w Polsce porze (10 rano). Niestety,  nic nie poradzę: bardzo nie lubię Anne Hathaway. Anne Hathaway składa się dla mnie z głupiego śmiania się i machania rękami. Prawdopodobnie prywatnie jest bardzo miłą, elokwentną młodą kobietą. Ale jej wizerunek sceniczny doprowadza mnie do szału. 
        W każdym razie, zamiast ślepić w telewizor, obserwowałam sobie świeżoogłaszane wyniki na serwisie Imdb. Cóż mogę powiedzieć? Okazuję się, że wolę, kiedy Akademia zaskakuje jakimiś szokującymi/skandalicznymi werdyktami - przynajmniej jest o czym dyskutować... a tak? Pod 90% wyników podpisuję się obiema rękami.
        Moim zdaniem w tym roku liczyły się cztery filmy: King’s Speech, Black Swan, Social Network i Fighter (Inception to trochę inna para kaloszy, zupełnie nie w obrębie zainteresowań tej konkretnej kapituły). Black Swan i Fighter wyraźnie moim zdaniem odstawały - pierwszy zadęciem, uproszczeniami i śladową mizoginią, a drugi brakiem dramaturgii, do spółki z upierdliwą przewidywalnością. 
         Wynikła z okoliczności przymusowa rywalizacja między King’s Speech a Social Network była ciekawa, dzięki czemuś, co Movie Bob określił opozycją “kina emocji” (Kings Speech) wobec “kina intelektu” (Social Network). Powstała bowiem dziwna sytuacja, w której zaskakująco wiele osób odczuło potrzebę, żeby opowiedzieć się ostro po którejś stronie - albo krytykując jeden film za kostiumowość, konserwatyzm i “skok na Oscara”, albo oskarżając drugi o suchą, technologiczną sprawność, pod którą nic się nie kryje. Niniejszym protestuję przeciwko temu podziałowi. TO SĄ DWA ŚWIETNE FILMY, KTÓRE ZASKAKUJĄCO DOBRZE SIĘ DOPEŁNIAJĄ. Obejrzcie je oba a w łatwy sposób zobaczycie, co było w kinie 2010 najlepsze. 

Also: ludzie, którzy mają pretensję, że Jak zostać królem, a zwłaszcza rola Firtha w tymże były wyrachowanie skrojone pod Oscara, a nie czepiają się DOKŁADNIE TAK SAMO TYLKO BARDZIEJ "oscarolubnej" konstrukcji roli Bale’a w Fighterze (za którą bardzo słusznie dostał drugoplanową nagrodę Akademii) powinni się poważnie nad sobą zastanowić.
Plus zgłaszam teorię, że poziom aktorstwa Bale’a jest bezpośrednio związany z jego masą ciała. Wyraźnie im facet jest chudszy, tym staje się zdolniejszy.



Nagrody wobec których odczuwam potrzebę zgłosić niezgodę: Najlepsza Muzyka (ścieżka Raznora do Social Network jest świetna ALE ŻEBY NAWET NIE NOMINOWAĆ DAFT PUNK ZA TRON? ARE YOU FRIGGIN’ KIDDING ME?). Kostiumy (miałam cichą nadzieję, że wygra I am Love, może to przez mój chroniczny brak zrozumienia dla “nowej, lepszej” Alicji w krainie czarów Burtona). Scenografia (my call: Inception... czasem w szarości i granatach jest więcej wyobraźni, niż w feeri barw, która wygląda jak...hm...wymioty po wizycie w cukierni [Alicja w krainie czarów]).

niedziela, 27 lutego 2011

Samobieżny wibrator



A tad NSFW, czyli: zastanów się, czy chcesz czytać ten tekst w pracy.
          Większość japonistów, kiedy już upora się z wyjaśnianiem znajomym, że japoński to nie to samo co chiński, a Japończycy nie to samo co Koreańczycy, staje przed dużo trudniejszym zadaniem. Polega ono na mozolnym rozbijaniu mitu czegoś, co roboczo nazywamy z Małżem “DA KRAZY LAND OF JAPAN”. Konstytuuje go na przykład przekonanie (zadziwiająco powszechne), że w pięknym, żółtym kraju żyją sami zboczeńcy, lub, że na co drugim rogu znajdują się tu automaty, w których można nabyć używaną damską bieliznę, albo wreszcie, że wszyscy japońscy pracownicy spędzają noce w kapsułowych hotelach metr na metr. Zasadniczo, zadziwająco wielu euroamerykańskich dorosłych wydaje się wierzyć, iż Japonia to coś na kształt kraju z Marsa, cudem przeniesionego na Ziemię. 
          Próby obalenia podobnych poglądów są zazwyczaj skazane na niepowodzenie. Ludzie po prostu lubią słuchać o japońskich dziwactwach, prawdziwych lub zmyślonych, więc naprawdę trudno ich przekonać, że ten kraj to normalne państwo, funkcjonujące jak każde inne na planecie.
          Z drugiej strony trzeba przyznać, że my, japonofile, od czasu do czasu zbyt zacietrzewiamy się w udowadnianiu, iż NIE, NIE MA TU CODZIENNIE TRZĘSIEŃ ZIEMI oraz NIE, NIE ZNAM NIKOGO, KTO UMARŁ Z PRZEPRACOWANIA i zapominamy, że owszem, Skośna Kraina MA pewne strony, zupełnie ale to zupełnie niezrozumiałe dla białych świnek - z nami samymi na czele. Na szczęście, jeśli zdarzy się zaćma, podczas której wierzymy, iż Japonia jest ABSOLUTNIE taka sama jak Polska (tylko dziwnym trafem wszyscy wokół są żółci + mniejsi), zazwyczaj szybko zostajemy przywróceni do rzeczywistości. Bo na przykład trzeba kupić gotowarkę do ryżu... (tak, tak, może i zaczyna się niewinnie, lecz nie martwcie się, związek z tytułem posta objawi się wkrótce!)


Przed Wami: przyczyna bezpośrednia dzisiejszej notki - gotowarka do ryżu (tak zwana suihanki [炊飯器]). Moglibyśmy kupić ją po sąsiedzku, ale jako, że chcieliśmy konkretny rozmiar w konkretnej cenie, uznaliśmy, iż pora wybrać się na Akihabarę - największe skupisko sklepów z elektroniką w Tokio. I w ten sposób zaczęło się.
         Ach, Akihabara, popularnie nazywana Akibą (again, JAPOŃCZYCY NIE LUBIĄ SŁÓW O DŁUGOŚCI PONAD CZTERECH SYLAB). Podczas obecnego pobytu w Tokio udało nam się póki co unikać tej oazy miłośników elektroniki, gier, mang, lolit w mundurkach, seks-cyborgów, czy też dowolnej kombinacji powyższych. Nic wcześniej nie motywowało nas, żeby się tam wybrać, a mnie siłą trzeba byłoby ciągnąć do tak wielkiego skupiska ludzkiego. No, ale ponieważ okoliczności zmusiły by wsiąść w pociąg i pokonać kilka stacji, dzielących Komagome od Akiby, chcielibyśmy podzielić się z Wami paroma przemyśleniami z wycieczki po dzielnicy... elektro-rozpusty!  Albowiem obok zakupu maszyny do ryżu, postanowiliśmy zwiedzić Akibę pod kątem seks-przemysłu.
          Aha: ważna uwaga! Zanim przejdziecie dalej, pamiętajcie, że to co opisano poniżej to jedynie promilowy wycinek rzeczywistości. Nie jest on reprezentatywny dla japońskiego społeczeństwa i wykorzystywanie go do jakiejkolwiek “interpretacji” tegoż jest moim zdaniem poważnym nadużyciem.


Na wycieczkę różowych zakamarkach Akihabary, zaprasza Pornzilla!
(To co widzicie, to jedyne nasze zdjęcie z całej wycieczki - resztę dokumentacji foto- stanowią wygrzebane z rozmaitych miejsc obrazki internetowe. Niestety w większości sklepów nie wolno fotografować, a my nie mieliśmy odwagi ściągać na siebie Gniewu Nerdów.)

          Moja pierwsza porno-akibowa impresja była taka, że wielką pomyłką byłoby uznanie tej części Tokio za mangowo-animowaną odmianę typowej dzielnicy czerwonych latarnii. Usługi stręczycielskie o wiele łatwiej znaleźć na przykład w Kabukichō na Shinjuku (gdzie za odpowiednią opłatą możemy zamówić “masaż” albo “towarzystwo”). W przeciwności do Kabukichō, erotyczna część Akihabary nie sprzedaje seksu jako takiego (to znaczy pewnie sprzedaje, ale nie jest to na pewno jej flagowa działalność). Sprzedaje za to inny towar: ONANIZM. Serio - byłam w kilku miejscach na świecie i żadne z nich nie zasługuje w stopniu takim jak Akiba na mianę Globalnej Stolicy Masturbacji.


Chciałam nawet napisać, że Akihabara to najprzyjaźniejszy masturbacji region Japonii, ale Miś uświadomił mi że takie zdanie może zostać opacznie zrozumiane.
          W lokalnych seks-sklepach zdołamy odnaleźć coś na każdy fetysz (jeszcze nigdy hasło “different strokes for different blokes” nie miało tak przerażająco dosłownego sensu!). Są tu rzeczy, które na twarzy turysty wywołają uśmiech, są takie, które sprawią, że nawet najbardziej liberalny gaijin się zaczerwieni, ale ogromną większość stanowią obiekty, na widok których można zareagować tylko WIELKIM, WIELGACHNYM “WTF”. Poniżej kilka co ciekawszych egzemplów. Wszystkie widzieliśmy, są prawdziwe, niewymyślone i właśnie tak (albo nawet bardziej) przerażające!

Number 4: Maid Cafe
Sztandardową usługą, dzięki której otaku* z całego świata mogą zasilić swoją bibliotekę fantazji seksualnych, jest szeroko znana, akibowa instytucja Maid Cafe. W specjalnych kawiarniach dziewczęta (albo przebrani za dziewczęta chłopcy, chociaż to specyficzna subkategoria, w którą nie będę się tu zagłębiać) w kostiumach francuskich pokojówek, nie tylko przywitają nas przy drzwiach słodkim “Okaerinasaimase, goshujinsama”, (Witaj w domu, szanowny panie i władco!”) lecz także za dodatkową opłatą podmuchają nam na kąski gorącego jedzenia!
*/ otaku (czasem zapominam, że tego bloga czyta też na przykład moja rodzina) = (w uproszczeniu) miłośnik komiksów, gier i ponętnych panienek z japońskich komiksów


Number 3: Przebrania
Jeśli rozbudzi się w nas większy entuzjazm w stosunku do mundurków, można je okazyjnie nabyć, zazwyczaj nie dalej niż kilka ulic obok. Poza strojami pokojówek największą popularnością wydają się cieszyć stroje gimnazjalistek oraz "podstawówkowe", dziewczęce kąpielówki. Owarte pozostaje pytanie kogo nabywcy w te stroje ubierają, bo ciężko było mi uwierzyć, że jakokolwiek kobieta może się z własnej woli w coś podobnego ubrać...


.....ciężko, nie ciężko: niedługo potem zobaczyłam ścianę ozdobioną takimi polaroidami. Okazuje się, że jeśli pozwolimy obsłudze sfotografować się w przymierzalni w kostiumie (i damy zezwolenie na wywieszenie tego zdjęcia w sklepie), otrzymamy na dane wdzianko 30% zniżki! Chętnych jak widać nie brakuje.

Number 2: Dakimakura 
Dakimakura (抱き枕) czyli “podusia do ściskania” - poduszki ortopedyczne plus poszewki do nich, na których pomysłowy naród japoński nadrukowuje roznegliżowane, rysunkowe panienki w skali 1:1

Ten kultowy przedmiot zagrał  nawetu boku Jamesa Franco pewien niezapomniany epizod w czwartym sezonie 30 Rock!

Number 1: Superdoll
Moje ulubione znalezisko: Superdoll, ekskluzywny (?) produkt marki Unison...


...Superdoll to o tyle więcej niż zwykła seks-lalka! (Ba! Podstawowy model nie ma nawet “opcji” penetracji - trzeba przy zamówieniu doprecyzować, że taka możliwość nas interesuje). Miękka, milutka, z prawdziwymi włosami i gamą twarzy do wyboru, dostarczana do naszego domu w częściach w dyskretnym pudle. Koszt? Grubo ponad pół miliona jenów.

         ...
        
         Hm, Sznycelku, czy nadal chcesz zwiedzać Akibę?

Czytam: Pewną mangę, skierowaną do populacji dziewcząt w wieku 12 do 15 lat. Nazwa produktu jest tak wstydliwa, że jej tutaj nie przytoczę. A wszystko przez pannę Emily z Koenji Calling, która promowała tę serię, jako wydawnictwo, w wyjątkowo dojrzały sposób traktujące elemety modyfikacji ciała, tatuaży, piercingu etc. Cóż, po przeczytaniu pierwszego tomu, mogę stwierdzić, że to absoludnie jedyny element potraktowany dojrzale. Z drugiej strony nigdy nie czytałam Zmierzchu, mam wolny kupon na prymitywną, gówniarską literaturę. Teraz sobie odbiję!
Słucham: MIKA vs. RedOne - Kick Ass. My kind of nerd. Nie wygląda jakby w piwnicy miał gumową lalę Superdoll, wartości niezłego samochodu.
Dokonania: Dzisiaj na próbie tanecznej pierwszy raz nie tylko sama się odziałam, ale nawet zdołałam wreszcie dotańczyć swój utwór do końca. Ha! Jedyne trzy miesiące ćwiczeń!
Fun Fact: Około 1/4 japońskiej niezamężnej populacji w wieku 30-34 lat nigdy nie uprawiało seksu.

PS. Wydaje mi się, że już dość wyraźnie to zasugerowałam, ale na wszelki wypadek powtórzę: Akihabara jest przede wszystkim dzielnicą elektroniczną...


....o taką!
Materiały wspomagające praktyki masturbacyjne nie są tam dominującym produktem (chociaż nie są także jakimś specjalnie ukrytym towarem..). Zapamiętajcie!

czwartek, 24 lutego 2011

Funky Monkey Nabe



Yin i yang, objawione Majzilli pod postacią garnka nabe.

          Dzień dobry. Z sadystyczną przyjemnością donosimy, iż w Tokio dziewiętnaście stopni oraz piękne słońce. Niniejszym różnica temperaturowa, między stolicami Japonii i Polski, osiągnęła rekordowe 39C. Przyjeżdżajcie więc do nas jak najszybciej: gwarantujemy przyjemności pogodowe oraz kulinarne!
          W związku z tymi drugimi, pozwolę sobie dzisiaj przedstawić japoński kuchenny odpowiednik towarzyskiej gry planszowej: nabe (鍋). Określeniem tym nazywa się tutaj skrótowo wszystko, co mieści się w kategorii nabemono (dosłownie: “rzeczy z gara”). I tyle, jeśli chodzi o definicję. Jej realizacja jest jednak o wiele bardziej poetycka. Oto we wnętrzu typowej knajpy, specjalizującej się w nabe, na środku każdego stołu zaobserwujemy rzecz wyjątkową: przenośny palniczek. Najsampierw zamawiamy sobie na ten palniczek gar bulionu, wielkości odpowiadającej wielkości naszej grupy (generalnie im większa grupa tym nabe fajniejsze).  Po chwili na naszym palniczku bulgota już wesoło napar, z pływającymi wewnątrz kasztanami/ śliwkami/ papryczkami (zależy gdzie i o jakiej porze roku jemy). Czasem nawet dostarczony z kuchni garnek jest (jak widać na otwierającym wpis zdjęciu) pomysłowo podzielony na dwie “strefy” (w zobrazowanym przypadku “strefę pikantną” i strefę “łagodną”). 
          Następnym krokiem jest przeczesanie karty dań w poszukiwaniu “wkładu” do naszej zupki...

Szczęśliwie dla mało wyrobionych Białych Małp dostępne są już gotowe zestawy kilku rodzajów mięsa alibo warzywek!

Pomocny Amerykanin, pomocnie demonstruje talerz z surowym, pokrojonym na cienkie plastry mięsiwem, gotowym do zanurzenia w bulionie. Zwróćcie uwagę na profesjonalny śliniak!
                 Potem wszyscy, w stylu dowolnym, dorzucają do garnka składniki oraz starają się wyłowić co smaczniej wyglądające, podgotowane kąski. Wszystko w obowiązkowej, sprowokowanej wspólnym jedzeniem z jednej michy (to chyba jakiś odruch pierwotny, że ciężko jest nie lubić ludzi z którymi dzielimy michę) atmosferze pogodnej konwersacji!


A najlepsze w nabe jest to, że po pierwsze świetnie pasuje do piwa, a po drugie: stanowi rewelacyjną, pożywną podkładkę pod karaoke. Zwłaszcza dla tych, którzy żeby śpiewać (i grać na tamburynkach!) potrzebują nie tylko wynająć karaokowy pokój, lecz także dodać do zamówienia kupon na nieograniczoną ilość alkoholu.
W szczycie upojenia, Chińczyk odnalazł gdzieś wśród nieskończonej listy piosenek TO. Oh boy - okazało się, że przerażająco dobrze pamiętam tekst. 

Czytam: Nogizaka Tarō -Team Medical Dragon, tom 17. W samą porę (akurat z końcem Mrożka) przyszła pierwsza transza zamówień z amazona. Poza mądrymi (ha, ha) książkami, jest w niej pewna konkretna ilość odmóżdżających mang, których mój zmrożkowany umysł mocno w tej chwili łaknie.
Słucham: Funky Monkey Babys - Ato hitotsu. Nieznośna japońska popolina, ale jakże fajna! Wczoraj na karaoke przyczepiło się do mnie (nawet przez izolację alkoholową!) i dzisiaj maltretuję mię od rana.
Dokonania: Znaleźliśmy na Komagome dwa, jakże istotne, punkty usługowe:  zegarmistrza oraz szewca. Niestety, skok cen usług tego drugiego w porównaniu z Mitaką to prawie 100%. Zamiast 160 jenów za reperację obcasa zapłaciłam 1200.
Fun Fact: Skośny przesąd mówi, że kiedy wkładamy pieniądze do portfela, należy to robić “głową w dół”.


W sensie nie MY mamy wisieć łbem do dołu, tylko człowieczek na banknocie ma być “do góry nogami”. Pewnie po to, żeby nie zachciało mu się zbyt szybko “wyjść”!
PS. Japoński internet przeżył także fenomen luźno związany z nabe, pod tytułem “neko nabe” czyli “kotki z gara”. Jego osią był nieprawdopodobnie popularny bog (przerobiony potem na książkę i film) dziewczyny, która zaadoptowała bezdomne koty. Szybko okazało się, że koty UWIELBIAJĄ układać się do snu w pustych garnkach po nabe. 


Pretty cute, right?

wtorek, 22 lutego 2011

Ume matsuri! (梅祭り!)



Japońskie słowo na dziś: ume (梅), czyli tzw. japońska śliwa (łac. prunus mume)

          Jako że Mąż mój jeno siedzi w domu, niedojada i ogranicza swoją aktywność do frenetycznego programowania jakiejś aplikacji na AjFona (ma ona podobno przynieść nam sławę i pieniądze), czuję się w obowiązku od czasu do czasu organizować biedakowi fakultatywne wycieczki po Tokio, które wyciagną go na świeże(?) miejskie powietrze.
           Ponieważ ostatnio popełniliśmy wycieczkę bardziej turystyczną, tym razem postanowiliśmy (znaczy się: ja autorytatywnie zadecydowałam), wyprawić się na spacer nieco bardziej w stylu japońskim i odwiedzić coś, co na naszym miejscu mogliby odwiedzić tubylcy.
           Wybór padł na zwiedzanie śliw. Tak, tak, pomysł zwiedzania roślin, to jedno z najbardziej charakterystycznych japońskich osiągnięć. Wraz ze zmieniającymi się porami roku, duże ilości Japończyków przemieszczają się po całym kraju, by zaobserwować kwitnące coś, albo owocujące inne coś, albo kolorowe, opadające liście na czymś jeszcze innym. Skoro oni mogą, to czemu nie moglibyśmy i my? 
         W lokalnym, rocznym harmonogramie “rzeczy do obejrzenia” chronologicznie pierwsze jest właśnie kwitnienie śliwy. Na naszej (czyli tokijskiej) szerokości geograficznej przypada ono (w zależności od roku) na koniec lutego albo początek marca. 
         Po zasięgnięciu języka wśród tubylców, zdecydowaliśmy się popodglądać ume na terenie chramu Yushima Tenman-gū (湯島天満宮), w dzielnicy  Bunkyō, o rzut kamieniem od Todaju. Na stronie chciałabym zaznaczyć, że położenie świątyni nie jest tu bez znaczenia. W chramie czci się bowiem boga* Tenjina, patronującego wszelkim naukowym przedsięwzięciom. Tak się składa, że bóstwo to jest często łączone ze śliwą (ma to sens, jeśli zna się pewną szczególną legendę o pewnym konkretnym latającym drzewie ume, zbyt niestety skomplikowaną, żeby ją tutaj przytoczyć)... W każdym razie, jak widzicie, związek: Śliwa-chram-Tenjin-śliwa-nauka-Todaj-śliwa jest silny, co może wyjaśniać popularność Yushima Tenman-gū w okesie okołoegzainacyjnym. 
Na szczęście nad nami żadne ważne egzaminy już nie wiszą, zapraszam zatem na w pełni relaksacyjną i niesteresującą wizytę na yushimowym festiwalu ume (ume matsuri)!
*/ Skrót myślowy. Japońskie kami to nie do końca to samo co bogowie, bardziej bóstwa, lecz dla uproszczenia pozwolę sobie pisać te pojęcia wymiennie. Dociekliwi niech proszę przeczytają na Wikipedii więcej o shintō (sinto).
***

Mąż zaraz za bramą chramu. Czym jest tajemnicza góra drewnianych tacek po prawej stronie, wyjaśni się w dalszej części wpisu.



Śliwy w niewielkim (ale bardzo ładnym!) świątynnym ogrodzie kwitną najczęściej na biało albo różowo - oraz na wszystkie barwy pomiędzy tymi dwoma.


Poza drzewami w pełnych rozmiarach, w chramie można tez obejrzeć miniaturowe ume-bonsai

A jeśli bardzo podoba nam się sztuka, polegająca na okaleczaniu zupełnie zdrowych roślinek, jest szansa kupienia sobie takiego inwalidy i zabrania go ze sobą do domu.


A drewniane tacki to wotywne tabliczki ema (絵馬). Można na nich wypisać, czego by się od bóstwa chciało. 90% tych tu wywieszonych, to prośby o dostanie się na Todaj. 



Podczas naszej wizyty ume nie były nawet jeszcze w pełnym rozkwicie, ale i tak było ich tak dużo, że Miś musiał wdziać okulary ochronne!


A to jedno z wejść do świątyni i lampiony, dumnie ogłaszające, że wewnątrz trwa właśnie śliwkowy festiwal.

Najbliższą kolejową stacją przy Yushimie jest Okachimachi. Otacza ją bardzo urokliwa sieć handlowych uliczek, knajp i hostess-klubów...


...to na przykład typowy informacyjny szyld Okachimachi. Kilkanaście pięter, na każdym inna knajpa i spróbuj tu znaleźć tę jedną, której szukasz! Nie wiem jak tyle lokali może ze sobą konkurować w jednym miejscu?  Jak to w ogóle możliwe? Może to wszystko to jakaś wielka przykrywka pod yakuzę?

Z cyklu: ‘Krajobrazy Japonii na tle wielkiej, różowej gęby - ostatni przystanek wycieczki - Sushi-bar nieopodal stacji Okachimachi’. Tanio i mniam! 


Aha! z niedojrzałych ume pędzi się też umeshu (梅酒), jeden z popularniejszych japońskich bimbrów. Tu z lodem (tzw. ‘ume rokku’).
Czytam: Niezmiennie Mrożek. Ale już widać koniec. Przez najbliższe pół roku końmi nie zaciągną mnie do czytania żadnego innego dziennika. Jakoś nieswojo czuję się spędziwszy 700 stron w cudzej głowie...
Słucham: Diorama - Logic Friends (Remixed by Kartagon). W tym roku panowie z Dioramy przyjeżdżają na Castle Party do Bolkowa. Jechać czy nie jechać, oto jest pytanie... A jeśli jechać, to jak namówić Męża, żeby jechał ze mną? I skąd wziąć dostatecznie głupie ubrania, żeby się na tym, jakże szczególnym, festiwalu nie wyróżniać?
Dokonania: Zgubiłam ostatnio swoją kartę do metra. Jeszcze tego samego dnia zadzwonił do mnie pan policjant z komisariatu, na który znalezioną kartę natychmiast dostarczono. Dlatego czasem mi się marzy, żeby Polska weszcie znalazła się pod japońską okupacją...
Fun Fact: W związku z japońską manią oglądania różnych dorocznych faz wzrostu roślin, wstęp do większości ogrodów w Tokio jest płatny. Tym bardziej lubimy chram Yushima, gdzie można wejść za darmo!

niedziela, 20 lutego 2011

Dzień z życia turysty


Jeśli drażni Was moja gęba, to to nie jest post dla Was.

            Tak się jakoś składa, że chociaż w kółko piszę, jak bardzo nie lubię Harajuku, to jakoś wciąż tam wracam. Chociaż, zaprawdę powiadam Wam, spacer ulicą Takeshita w niedzielne popołudnie, przypomina przedzieranie się w Sylwestra przez zatłoczone Krupówki. Turystyczna inwazja, sklepowi naganiacze i smrodzik fast foodów. Do tego, o zgrozo, więcej białych gęb niż żóltych, (a większość z mniejszości gąb żóltych i tak należy do Chińczyków albo Koreańczyków)!
            Podobno to efekt tego, że Gwen Stefani rozpuściła jakąś zadziwiająco rezonującą plotkę, iż  Harajuku to rzekoma mekka japońskiej mody oraz oaza tokijskiego stylu, który jak wszyscy wiedzą jest DZIWACZNY I “KONIECZNIE MUSICIE GO ZOBACZYĆ, NIE DO UWIERZENIA W CO TE JAPOŃCE SIĘ UBIERAJĄ”!! (bzdura).  Drugim winnym są leniwie napisane przewodniki po Tokio, które wszystkie jak jeden mąż, radzą udać się w niedzielę przed sąsiadujące z Harajuku wejście do parku Meiji. Właśnie tam, na moście Jingu Bashi, spotykają się lokalni cosplayowcy (cosplayerzy?), to jest młodzi ludzie, rozmiłowani w przebieraniu się za fikcyjne postaci z mang anime, gier etc... W każdym razie, dzięki intensywnej kampanii promocyjnej, chwilowo sfotografować cosplayowca na Jingu Bashi jest tak samo łatwo, jak gejszę w Kioto. Nawet jeśli już jakiegoś wypatrzymy, na pewno w kadr wejdą nam jakieś świnie, obwieszone aparatami.
            Bardzo zresztą śmieszna jest moja reakcja na tych “obcych” w Japonii. Już się trochę tu rozgościłam i zaczynam rozwijać pewne zawłaszczeniowe tendencję odnośnie Tokio. Lubię je traktować jako MOJE TOKIO, nagle maltretowane inwazją dzikusów... Nie wiem, nie wiem... Czy Wam też się tak zdarza, jeśli dłużej gościcie w jakimś okołoturystycznym mieście? 
          Anyhows, dzisiaj chciałam trochę swój skrzywiony ogląd i pogląd naprostować, przez przypomnienie sobie, że nie jestem jednak tubylcem. W tym celu udaliśmy się ze Ślubnym na prawdziwe Tourist Experience - próbowaliśmy zwiadzać Shibuyę i Harajuku jak prawdziwi, nieudawani “obcy”. Plus potraktowaliśmy wyprawę, jako rozeznanie terenu pod przyszłe przyjazdy znajomych, krewnych i kogo tam jeszcze (I’m talkin’ to you, Sznycelek!)
            Odwiedziliśmy nawet La Foret, stupiętrowy konglomerat butików japońskich projektantów (z obowiązkowym muzeum na dachu!). Wycofuję się z przekonania, że niczego tam nie ma. Rzeczywiście, jeśli odpowiednio dobrze poszukać idzie odnaleźć tam parę sklepów z ciekawą modą, (w cenach tylko-trochę-zawyżonych). Japońskie butiki butikami, oczywiście nie przeszkodziły mi zrobić zakupów w jedynej nudnej, amerykańskiej sieciówce w promieniu 500 metrów.


W La Foret mają także fajne windy, które wyglądają jak coś ze statku kosmicznego. Also, notice the strange ways in which my legs seem to bend.
          Poza zakupami zajęliśmy się głównie działalnością spacerową, choć pogoda była średnio sprzyjająca. Podjęliśmy również bohaterską próbę nabycia biletów do Bunkamury na Mishima Daburu ale okazało się, że zostały tylko wejściówki na miejsca stojące. Na trzecim piętrze, z tyłu balkonu (ulotka promocyjna wesoło ogłasza, że “prawie nic stamtąd nie widać”). A spektakl trwa ponad trzy godziny. No więc jeszcze się zastanawiam. Misio wymiękł.
          W każdym razie: niedzielnym popołudniem wędrowaliśmy sobie po okolicy, między Yoyogi a Shibuyą oraz robiliśmy zdjęcia, niczym prawdziwi turyści.


Czym też macie czasem takie dni, w których wydaje Wam się, że waga całego świata spoczywa na Waszych barkach?
Ciekawostka: ten obrazek idealnie ilustruje także mój specyficzny zmysł modowy. Oto kupiłam za 50 złotych rewelacyjny, beżowy prochowiec/trencz (10 punktów dla osoby, która wreszcie wyjaśni mi różnicę między tymi dwoma), produkcji jugosłowiańskiej, zaskakująco dobrze udający produkt Burberry. Kupiłam, ubrałam, a dopiero potem wpadło mi do głowy, że może jednak trzeba było przed wdzianiem wyprasować.
           Podążając utartą, przewodnikową ścieżką zajrzeliśmy też do parku Ueno...


....przed wejściem zawsze harcują tam cudowni rockabillowcy, odporni na pogodę i starzenie się!
          Generalnie, miła wycieczka w dość brzydki dzień... i cieszy mnie, że udało mi się choć na chwilę odciągnąć mego Ślubnego od komputera, bo programuje biedak jak szalony.
Czytam: Wciąż Mrożek. Bardzo dobrze się czyta (świetna redakcja!), ale dlaczego tak woooolnooooo?
Słucham: Thee Michelle Gun Elephant - Doroppu (‘Drop’) - Zupełnie się nie znam na japońskiej muzyce, ale to jest jedna z trzech piosenek, które lubię.
Dokonania: Odkryłam, że cały styl cycle chic, czyli eleganckie jeżdżenie na rowerze (e?), jest w Tokio utrudniony. Zwłaszcza jak wieje. Ciężko się jedzie ze spódnicą zarzuconą przez wiatr na twarz.
Fun Fact: Z cyklu ‘Czego nauczyła mnie Japonia’: Sprawdzać skrzynkę pocztową w weekend. Weekend nie jest tu żadną przeszkodą dla korespondencji.
PS. Publiczne podziękowania dla Kielona za inspirujący list!