niedziela, 12 grudnia 2010

Druga strona Tokio (東京の裏側)



Wedrowcze! Przekrocz Teczowy Most, wsiadz na Czarna Mewe, a obiecuje Ci: trafisz do Krainy Czarow!
          Mieszkajac w pieknej Mitace, czyli 20 kilometrow w glab ladu, latwo zapomniec, ze Tokio wlasciwie lezy nad morzem. Powiem wiecej: z punktu widzenia mojego akademika wyprawa nad miejska zatoke to tak jak wyprawa na Marsa. Do tej pory nie mialam powodu (ani checi) tarabanic sie w tamta strone, lecz w sobote nareszcie pojawila sie odpowiednia pokusa - zamieszkali blizej oceanu znajomi, urzadzali u siebie w domu wigilijny sped. Poza wzgledami towarzyskimi, do podjecia ekskursji motywowal mnie tez cel badawczy: T. z L. (to jest wlasnie owi znajomi) mieszkaja w miedzynarodowym akademiku studenckim na Odaibie - czyli moim oraz mego meza potencjalnym schronieniu od przyszlego semestru. O rodzinnych pokojach Akademika Odaiba kraza na Todaju przerozne niestworzone historie, wiec w szczytnym zamiarze ich zweryfikowania, zaopatrzylam sie we flaszke oraz soczek (w ramach wkupnego) i ruszylam w strone morza. 


Sama Odaiba (お台場) to sztuczna wyspa, stworzona (poczatkowo jako kilka malych wysepek) juz w polowie XIXgo wieku. Swoj obecny wyglad zawdziecza bombastycznemu planowi rozwoju urbanistycznego Tokio, zatwierdzonemu tuz przed japonskim kryzysem lat 90tych
         Gdy w drodze na rzeczona Odaibe dociera sie do Shinagawy, (to jest pierwszej dzielnicy Tokio, wybudowanej na odebranej morzu ziemi) i wypelza tam z metra, mozna odniesc mylne wrazenie, ze trafilismy do zupelnie innego miasta. Krajobrazy diametralnie roznia sie od tych znanych z epilepsjogennego Shinjuku albo wiecznie zaloczonej Shibui. Wokol jest bardzo przestrzennie i jakos tak... kosmopolitycznie. Dzielnica biurowo-rozrywkowo-mieszkaniowa ze szkla i stali zaczyna sie jeszcze na ladzie...


...Ale plynnie rozciaga sie takze na Odaibe wlasciwa, polaczana z brzegiem mostem, zwanym Mostem Teczowym - レインボーブリッジ (sic!)
         Zeby podziwiac wszystkie te piekne okolicznosci przyrody najlepiej wsiasc do kolejki miejskiej Yurikamome (‘Czarnoglowa Mewa’) - pierwszego w Tokio stuprocentowo bezzalogowego srodka transportu. 


Absolutnie nie rozumiem dlaczego przejazdzka ta linia nie znajduje sie w programie standardowych, przewodnikowych wycieczkek po Tokio. Straszliwe niedopatrzenie! ‘Mewa’ jest jak kolejka w parku rozrywki (zreszta mozna nia dostac sie az do Tokyo Disneylandu) - mknie po betonowym torze, na wysokosci 15-50 metrow, a do tego oferuje stanowczo najlepsze panoramy Tokio, dostepne z poziomu okologruntowego!
          Mnie, kiedy patrzylam przez okno pociagu oczy autentycznie lzawily z rozczulenia na widok wielkich przestrzeni! (Przestrzenie te sa zreszta wykorzystywane nader tworczo - to wlasnie na Odaibie stala rekonstrukcja WIELKIEGO ROBOTA Z FILMU GUNDAM!!! 



Co ciekawe, wrazenie agorafobii nie opuscilo mnie nawet po dotarciu do mieszkania znajomych - TOZ TO 80 METROW KWADRATOWYCH (Co w przelozeniu na polska przestrzen domowa odpowiada chyba okolo 400 m!). W tle zdjecia T., gospodarz (jak zwykle elegancki i dobrze wychowany) z tajemnicza plastikowa torba miedzy nogami!



Ja i inni zaproszeni zostalismy uraczeni iscie wigilijna wieczerza! Gosci bylo tylu, iz musielismy rotacyjnie zmieniac sie przy stole!



T. i L. sa juz troche w Tokio i powoli zaczeli obrastac w tak zwany ‘stuff’. Posiadaja na przyklad pluszowa maskotke polskiego zubra, - z ktora to prowadzilam dluge i owocne rozmowy


Wsrod imprezowych gadzetow mielismy rowniez IPada oraz male dziecko. Zawsze rozbraja mnie to, jak kilkuletni czlowiek moze zdemontowac kazde przyjecie. Wszystkie kobiety natychmiast zaczynaja sie do niego umizgiwac, a mezczyzni zabawiac... Moj potomek bedzie na czas wieczornych spedow zamykany w sasiednim pokoju, dzwiekowo izolowanym materacem, postawionym przy drzwiach, mark my words!


Tokijscy Polacy maja egzotyczny zwyczaj grania w kalambury... na czas! Czyz to nie przedziwny pomysl?
        Coz, jakkolwiek milo bylo spedzac na Odaibie czas to odleglosc, dzielaca mnie od mitackiej ‘wsi spokojnej, wsi wesolej’ zmusila mnie, zeby szybciej niz bym chciala opuscic piekna wyspe.


Trzeba przyznac, ze w drodze powrotnej zmechanizowana ‘Mewa’, w polaczeniu z pustymi o tej porze peronami sprawiala bardzo upiorne wrazenie!


Puste odaibowe PRZESTRZENIE. 
          Dwie godziny pozniej (coz, ZNOWU wsiadlam w linie Yamanote nie w tym kierunku, w ktorym powinnam...) bylam juz daleko od morza, na dworcu w Mitace. Idac zatloczona (nawet po polnocy) glowna ulica, (w weekendy zamieniana na deptak) stwierdzilam, ze Mega-Tokio Mega-Tokiem, ale przeciez Mitackie Przedmiescie takze ma swoj niepowtarzalny urok!
Czytam: Naoki Urusawa - Yawara! t. 11 - po nieudanych eksperymentach z mlodziezowa popkultura powrocilam do bardziej tradycyjnych lektur.
Dokonania: Dzisiaj na kursie tanca pierwszy raz samodzielnie zawiazalam sobie pas obi. Smiem twierdzic, ze powstala wymietolona, pokrzywiona kokarda dobrze oddaje moj styl sceniczny.
Fun Fact: Poza Odaiba w Zatoce Tokijskiej sa takze inne sztuczne wyspy. Na przyklad Wyspa Snow (夢の島), skonstruowana w latach 60tych ze... smieci.

piątek, 10 grudnia 2010

Reisefieber

Kochane dzieci, jesli macie przed soba egzamin z japonskiego, warto sie do niego przygotowac wkuwajac na pamiec ksiazkowe czytanki. Albo robiac zakupy.
         Dzien dobry. Bardzo przepraszam te kilka osob, ktore odwiedzaja bloga w biurze, w godzinach porannych, poszukujac codziennej dawki rozrywki. I live to serve you, ale przez kilka ostatnich dni padlam ofiara goraczki okolowyjazdowej, na ktora nalozylo sie takze nerwowe oczekiwanie na srodsemestralny test z jezyka - stad brak aktualizacji. Szczesliwie przykre doznania egzaminacyjne, (zwiazane glownie z tym, ze nadal w sytualcjach krytycznych myla mi sie czasowniki 借りる i 貸す) juz za mna i moge zaczac odliczac dni do wylotu w kierunku ojczyzny!
         W ramach przygotowania do tegoz, nieuniknione okazaly sie pewne formalnosci. Po pierwsze: musialam uzyskac zezwolenie na wyjazd z, oraz ponowny wiazd do kraju. Na szczescie poza mna na swiateczny powrot do domu zdecydowal sie takze Pomocny Amerykanin, dzieki czemu mialam towarzystwo w wyprawie na Shinagawe w poszukiwaniu stosownego urzedu.


Urzad, jak widac na zalaczonym obrazku jest polozony nad wyraz stosownie - tuz kolo wielkiej przetworni smiecia.
         Planowalismy z Amerykaninem wniknac do biura imigrantow tuz przed zamknieciem (w nadziei na unikniecie tlumu gaijinow), lecz niestety - tlum i tak napotkalismy, a zeby zdazyc musielismy wziac taksowke. Fail. Coz, skwaszeni odczekalismy swoje, oplacilismy znaczki skarbowe (ciekawostka: mozna je kupic w kazdym konbini, w zwiazku z czym urzedy pozbawione sa kas i kasjerow) i za rownowartosc 200 zlotych wklejono nam w paszporty odpowiednie karteczki. Voila! Odtad wolno nam podrozowac dokad oraz ile razy chcemy! (Hmm.. chyba pora zaczac sprawdzac te oferty lotow do Kambodzy...) 
        Skoro wiedzialam juz ze z lotniska mnie nie cofna, pozostawalo tylko upewnic sie, ze na owo lotnisko dotre. Poniewaz (podobnie jak moj Tesc) jestem absolutnym lotniskowym tchorzem (tak zwanym ‘Samolotowym Czikenem’) potrzeba mi bylo srodka transportu, ktory na miejsce dowiezie mnie przynajmniej trzy godziny przed odlotem. Jako, ze od czasu nieslawnej przygody z machina Loppi moje opanowanie automatonow w konbini znacznie wzroslo, postanowilam sprawdzic ich kolejna funkcjonalnosc: drukowanie biletow. Z duma melduje, ze po dokonaniu internetowej rezerwacji oraz uskutecznieniu dzikiego klikania kilkunastu klawiszy, Loppi wyplulo dla mie rachuneczek, ktory w kasie wymienilam na  kolorowy, pachnacy bilet do uzytku w lotniskowym limousine-busie. Teraz pozostaje tylko zatroszczyc sie o taksowke na Kichijōji o siodmej rano w piatek. Bede musiala ja zamowic przez telefon. JAK JA NIENAWIDZE TELEFONOWAC PO JAPONSKU!!!


Ach, swiateczne, japonskie drobiazgi! Jesli byliscie dostatecznie grzeczni Wasz swiateczny prezent bedzie owiniety wlasnie taka wstazeczka!
         We czwartek z kolei (niewatpliwie w ramach nauki do egaminu jezykowego)zaplanowalam wybrac sie na Kōenji po prezenty. Umowilam sie w tym celu z Jednoreka Finka, ktora zaspala, wiec w jej roli u mego zakupowego boku wystapil znajomy Japonczyk. (Moze to i lepiej, bo wyjasnil mi jedna z bardziej zawilych kwestii gramatycznych, ktorej znajomosc bardzo przydala mi sie na dzisiejszym tescie). W kazdym razie: jedzenie przez ostatni tydzien taniego makaronu oplacilo sie - nabylam epicka ilosc prezentow (z czego przyznaje ze wstydem jakies 40% dla siebie samej) - z wycieczki wyniknie zas fajna trasa turystyczna po Kōenji, ktora zapostuje, jak tylko dorobie pare brakujacych zdjec. 


Niepokojace staja sie tylko sygnaly, ze chyba zaczyna przeniakac mnie lokalny duch wszechslodkosci. Kupilam sobie sukienke w laczke (!) z guzikami w ksztalcie swinek i domkow (THE HORROR!!!)
         Przeklety test srodsemestralny poszedl mi srednio. Z drugiej strony byl to jeden z tych azjatyckich testow, do ktorych zdania niezbedne jest tylko wkucie na pamiec wszystkich czytanek i uzupelnienie ich podczas egzaminu z pamieci. ODMAWIAM PRZYGOTOWYWANIA SIE DO TEGO RODZAJU TESTOW. Zadam zeby Japonia wreszcie odrobila zadanie z nauczania jezykow obcych!


Z drugiej strony nie poszlo mi tez az tak dramatycznie. Moja moc lingwistyczna wyraznie zwiekszyl nowy kapelusz spod znaku Ania-z-Zielonego-Wzgorza-spotyka-Ciocie-Klocie-z-Pana-Tik-Taka. 
Futrzany kolnierz to element obowiazkowy mej pidzamy, odkad temperatura na zewnatrz spadla do 10C (w Japonii oznacza to tez 10C wewnatrz budynkow) 
Czytam: Samobiczuje sie Nana Ai Yazawy (koncowka listy mang poleconych przez Koreanke, niech ja diabli!). Bluergh - to ma byc feminzm?
Slucham: Laurie Anderson - Slip Away. Muzyka Laurie Anderson - to jest feminizm. O.
Dokonania: Po dwoch miesiacach pobytu w Japonii kupilam swoj pierwszy garnek. Dotad bylam bardzo dumna, ze wzorem Carrie Broadshaw uzywam pokojowej kuchenki jako dodatkowego stojaka na buty, ale miarka sie przebrala - przeciez musze w czyms podgrzewac herbatke z mlekiem!
Fun Fact: Mit o Japonii jako kraju wspanialego obuwia to niestety faktycznie mit. Oczywiscie zdarzaja sie wyjatki, lecz wiekszosc firm produkuje buty w trzech rozmiarach: S, M i L (ja nie zartuje!!!), co druga Zolta Kobieta klapie na ulicy w wyraznie za duzych szpilkach, a szczytem wyrafinowania modowego sa potworne platformy przypominajace raczej czarcie kopyta niz buty. 

wtorek, 7 grudnia 2010

Straszny Wtorek - edycja ze zgniatarka (i zombie!)



Plus milijon do nerdowatosci dla tych, ktorzy rozpoznaja lokacje na zdjeciu!
         Ach, jakze wesoly poranek mialam dzisiaj. Cos sie przytkalo na linii kolejowej, laczacej ma wies z centrum i w rezultacie pociagi docieraly do Mitaki z okolo dziesieciominutowym opoznieniem... Coz, dziki tlum skondensowany na peronie to dla mnie nie pierwszyzna - toz samo dzieje sie na Tarchominie, kiedy na przyklad dwa kolejne E8 nie dotra rano na petle. W Japonii opoznienia komunikacyjne wygladaja jak sie okazuje identycznie - wyjawszy moze fakt, ze zamiast innych bialasow czlowieka otaczaja zolte karzelki. Karzelki te, maja takze ciekawa technike wpychania sie do pozornie pelnego wagonu - robia to za pomoca TYLKA. Anyhows, tylkiem czy przodkiem - zolte zolzy wykonuja swa robote bardzo efektywnie: dzisiaj sprasowali mnie nader skutecznie: zmiazdzylam swoj nowonabyty toczek (a la Angelina Jolie w Changeling!) ALE przynajmniej mialam ku temu chrzescijanski powod - probowalam nie zabic swoja masa malutkiego, bardzo slodkiego japonskiego buisnessmana, ktory wygladal jak dziecko w garniturze!
         Poza tym Straszny Wtorek minal raczej typowo. Zaba probowala nas zabic nuda(ONA CALY CZAS GADA. Zabo, ja, zeby zapamietac slowko potrzebuje sama je powtorzyc, najlepiej pare razy i w kontekscie - tak juz dziala ten moj zacofany bialy mozg - Niczego nie naucze sie slepiac 90 minut w czytanke o ergonomicznym projektowaniu uchwytow do kamer video i sluchajac jak z predkoscia karabinu maszynowego wyrzucasz z siebie kolejne dygresje!). Loczek zas zdolal po raz kolejny zatrzymac czas, wiezac nas w chromatycznym limbo... Slowem, klasyka, do ktorej zdazylam sie juz przyzwyczaic.
Czytam: Ōba Tsugumi, Death Note, t.1 - rozochocona Iryū poprosilam znajoma Koreanke, zeby polecila mi inne popkulturowe mangowe hity. Death Note to hit na poziomie ultra, tytul nawet mnie znany. Tak wiec czytam to-to. Na ten moment jestem w polowie pierwszego tomu i mam tylko jedna refleksje: CO ZA SPEKTAKULARNE GOWNO!!!
Slucham: Arcade Fire - Wake Up. Smierdzace, pretensjonalne indie. Lecz nic nie poradze: odkad uslyszalam ich w Saturday Night Live nie moge sie uwolnic!
Dokonania: Nie zapadlam jeszcze na szalejacy wokol wirus grypy zaladkowej. Wesoly Brazylijczyk nie mial tyle szczescia - wczoraj wzywal do domu ambulans!
Fun Fact: Japonska telewizja pociagowa nieustannie wyswietla aktualizowane na zywo raporty ze stanu wszytskich linii kolejowych, w jakikolwiek sposob spowinowaconych z linia, ktora aktualnie jedziemy. Wiadomo na przyklad, ze pociag lini takiej a takiej z Shinjuku opozniony jest o dwie minuty, bo wieje wiatr. Awesome!
PS. Aha! Jesli mysleliscie, ze zrezygnuje z cotygodniowego kacika serialowego, byliscie w bledzie: on dopadnie Was, nawet jesli uczyni to z opoznieniem...


....Kacik serialowy jest bowiem JAK ZOMBIE! Zatem (niejako naturalnie) dzis dwa slowa o Walking Dead - postapokaliptycznym zombie-show, ktore w niedziele szczesliwie dotarlo do konca swojego pierwszego sezonu. 
        Najsampierw: WD jest chyba jedynym dotychczas tytulem w Kaciku, ktorego nie moge z czystym sumieniem polecic. Primo: nie lubie chodzacych trupow. Nie kupuje calego tego zombie-entuzjazmu, uwazam, ze jest jeszcze gorszy niz wampiro-entuzjazm (ten przynajmniej ma zrozumialy i sympatyczny porno kontekst). Secundo: nie mam pojecia dlaczego AMC wzielo sie akurat za taka tematyke, do tego bazujac na komiksie - jakkolwiek popularny by on nie byl. Jednak skoro juz decyzja takowa w kierownictwie stacji zapadla, zacisnelam zeby i obejrzalam pilota - AMC ma u mnie bowiem podobny kredyt zaufania, jak HBO - ich nowe produkcje interesuja mnie z automatu, niezaleznie od tego jakie mam wobec nich watpliwosci... 
        I zaprawde dobra to strategia, bo musze przyznac, ze pierwszy odcinek WD byl doskonaly - powalil mnie przepiekna oprawa wizualna (nie tego sie spodziewalam po zombie-apokalipsie), od wspanialego intra, do ostatniej sceny. Faktycznie dawno nie widzialam tak wysmakowanego estetycznie pilota. Fabulki streszczac nie bede - jesli widzieliscie jedna zombie-apokalipse, widzieliscie je wszystkie. Tutaj istotne jest tylko to, ze bohaterow poznajemy PO katastrofie, kiedy cywilizacja juz upadla, a ostatnie niedobitki zywych paletaja sie w ruinach miast, nawiedzanych przez hordy umarlych. To punkt wyjscia, lecz pierwszy odcinek dawal nadzieje na pokazanie sytuacji z innej niz zazwyczaj perspektywy - przez pryzmat relacji miedzyludzkich, kondycji czlowieka w ekstremalnych okolicznosciach psychologicznych oraz przyrodniczych etc... Niestety - po szesciu tygodniach nie bardzo cokolwiek w tej materii widac. Serial okazal sie po prostu przyzwoitmy produktem - dosc zgrabnie napisanym (chociaz nie wychodzacym poza apokaliptyczne stereotypy), SWIETNIE zagranym oraz nakreconym - co sprawia, ze calosc robi chyba lepsze wrazenie niz powinna... 
Bottomline? Na tle smetnego, jesiennego krajobrazu serialowego Walking Dead wybija sie pozytywnie... tylko strasznie przykro, ze tak piekny poczatek jakos sie rozmamlal... Chociaz czy na pewno? Najlepiej ocencie sami - w koncu to tylko 6 godzin zycia!
Highlight: Andrew Lincoln. Mam naturalne zamilowanie do aktorow/postaci drugiego planu ale tutaj bez dwoch zdan wlasnie glowna rola jest najlepiej obsadzona. Lincoln przypomina fizycznie Viggo Mortensena, ma tez podobny talent do balansowania miedzy niedopowiedzeniem, a stuprocentowo wiarygodna ekspresja ekstremalnych emocji.
A lot like: Jericho (tylko lepsze), Lost (tylko inteligentniejsze)
Dla kogo: Milosnikow zombie, fanow Fallouta alibo Drogi McCarthy’ego

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Lekarzu, wyjdz z szafy!



Czasem slucham opowiesci Pomocnego Amerykanina o systemie ubezpieczen zdrowotnych Stanach, albo przygladam sie temu, jak opieka medyczna wyglada w Japonii i nagle nasze polskie, smierdzace NFZ-y oraz bankrutujace szpitale nabieraja niespodziewanego uroku...
         Ech, moj organizm jakos nie moze sie przyzwyczaic do lokalnych mikrobow. Co zwalcze katarek, to pojawia sie bol gardla. Co przemecze bol gardla, wyskakuje mi ogolne rozbicie i bol glowy. Niby nic powaznego, ale chetnie wreszcie wrocilabym do pelnej funkcjonalnosci... Tymczasem, na wypadek gdyby (tfu, tfu odpukac!) jednak przydarzylo mi sie przed wylotem do ojczyzny jakowes powazniejsze chorobsko, postanowilam wybadac medyczne zaplecze Todaja. 
          Zaplecze owo niczym jak sie okazuje nie rozni sie od zaplecza UW. W piwnicy, ktora wyglada, jakby byla miejscem eksperymentow szalonego (acz biednego) doktora Frankensteina, trzeba odnalezc wlasciwe okienko, wypelnic wlasna karte pacjenta (AAAA!! PODAWALAM SWOJE DANE DO SYSTEMU MEDYCZNEGO TRZY RAZY!!! WYNIKI POLROCZNYCH TESTOW ZDROWOTNYCH WYSLALI MI MAILEM, A KARTE PACJENTA MAM WYPELNIAC SAMA?? DO CZEGO SA TE WSZYSTKIE KOMPUTERYYYY???) i juz mozna czekac az Pan Doktor nas przyjmie. A w zasadzie nawet czekac nie trzeba (choc moze to kwestia tego, ze przybylam do centrum medycznego kwadrans przed zamknieciem i w poczekalni nie bylo zywej duszy). Pielegniarki przepuszczaja nas przez swoja baze, (bedaca swoistym barbakanem, broniacym lekarzy przed pacjentami) poczym razno wkraczamy do szafy, w ktorej przyjmuje internista. Uwaga - okreslenie ‘szafa’ nie jest tu metafora! - moj Dottore faktycznie mial gabinet w pomieszczeniu, w ktorym (ledwie) miescilo sie krzeslo oraz pol biurka. W pierwszym momencie myslalam, ze w zwiazku z tym, ze Dottore zajmuje juz krzeslo, ja powinnam usiasc mu podczas badania na kolanach, lecz na szczescie objawil sie taborecik. Spaczawszy na taboreciku wyjasnilam, ze w zasadzie przyszlam w odwiedziny, a potrzebuje tylko skierowania na okresowe badania krwi.... Slyszac to pan lekarz.... wyciagnal wielka ksiege (!), w ktorej zaczal wyszukiwac moje objawy oraz leki (sprawdzal dran, czy nie probuje naciagnac japonskiego NFZu!) - niepomny, ze w kacie szafy ma komputer. Trzeba jednak przyznac, ze kartkowanie tomiszcza okazalo sie skuteczne, albowiem zlokalizowalismy dokladnie to lekarstwo, ktore biore. Potem juz poszlo sprawnie i szybciutko: przekazano mnie do Pacjent-Pinballa, to jest systemu w ktorym pacjenta odbija sie od okienka do okienka w celu pobrania wlasciwych pieczatek, zaswiadczen i oswiadczen, niezbednych do wykonania badania krwi. Pacjent-Pinball w ogole mnie nie przeraza, bo jest blizniaczo podobny do Student-Pinballa, ktorego doswiadczam za kazdym razem, kiedy chce cos zalatwic w biurze studenckim. 
         W kazdym razie doswiadczenie kontaktu z Todajowa opieka medyczna nie bylo az tak stresujace, jak sie obawialam. Badania sa chyba mocno refundowane - za pobranie i analize zaplacilam mniej niz w Polsce. Pielegniarka wklula sie w moja biala zyle nader latwo (za co wznosze dzieki do nieba, wspominajac niektore meki, jakim poddawaly mnie panie w lokalnym, tarchominskim centrum pobran)...

Jedyne, czego sie obawiam, to to ze spedzilam duzo czasu wsrod zoltych zarazkow - mam nadzieje, ze nic we mnie nie wniknelo... Hm - moze powinnam wreszcie zaopatrzyc sie w jedna z legendarnych, japonskich maseczek nagebnych...!

***
Tymczasem, skoro juz przy tematach medycznych jestesmy, pozwolcie, ze (zgodnie z wyartykulowana  niegdys grozba) przedstawie Wam moj ulubiony (pseudo)medyczny element japonskiej popkultury:


Iryū czyli 医龍 czyli ni mniej ni wiecej tylko MEDYCZNY SMOK (sic!), znany rowniez jako Team Medical Dragon
        Pierwszy raz mange te odnalazl moj niezastapiony maz, podczas swojego pobytu w Japonii. Oboje bylismy zafascynowani faktem, ze ktos opublikowal komiks o tym, jaki to japonski system hospitalizacji jest ZLY. Wyobrazacie sobie cos takiego w Polsce?
        Fabulka snuje sie wokol genialnego kardiochirurga Ryūtarō Asady (tytulowego “medycznego smoka”), wyrzutka i outsidera, nieprzystosowanego do zycia ani w spoleczenstwie, ani w japonskim szpitalu. Tenze Asada zostaje wydobyty z zawodowego niebytu przez Akire Katō, ambitna pania doktor. Katō planuje zdobycie profesury/przejecie wladzy w lokalnym uniwersyteckim szpitalu, a jej sposobem osiagniecia celu ma byc publikacja pracy na temat pewnego rzadkiego typu operacji, do ktorej poza genialnym chirurgiem Asada, potrzebny jest caly zespol wyjatkowych lekarzy: od anstezjologa po pielegniarki. Dlatego tez, walczac z systemem, okolicznosciami oraz podlym charakterem Asady, Katō rozpoczyna proces rekrutacji do swojego dream-teamu przeroznych  wyrzutkow oraz ofiar japonskiego NFZ... Od tej pory akcja odbywa sie na dwoch poziomach: w salach operacyjnych, gdzie maja miejsce nieprawdopodobnie wymyslne procedury medyczne (operacja na niemowleciu z odwroconym ukladem organow? prosze bardzo!), oraz w pokojach konferencyjnych, gdzie z kolei trwa walka o utrzymanie pozycji Katō, ktora szybko dostaje sie na celownik wszystkich innych lekarzy w szpitalu. W miare rozwoju historii pojawiaja sie coraz to nowi wrogowie oraz sojusznicy, tempo jest dobre a postacie na tyle przemyslnie skonstruowane, ze czytelnik automatycznie im kibicuje.


Do tego na okladkach mozna sie natknac na prawdziwe perelki japonsko-angielskiego. “Only to care the disease/ not to care the sick./ They don’t notice the fact that/ <<Leading part of the scene of/ medical treatment is a practice>>/  The <<Ikyoku Kouzasei>> of/ a university hospital made/ many doctors of this sort/ Still, they produce these doctors”. WSPANIALE!
        Uwazam, ze trzeba miec szacunek do dobrej popkulturalnej papki, a Iryū stanowczo nalezy do tej kategorii. Dodatkowo, o ile wiekszosc mang wyglada potwornie, tutaj obcujemy z dynamiczna i dosc szczegolowa kreska Nagisawy Tarō, ktora sprawdza sie naprawde swietnie - w twarzach bohaterow jest na tyle detali, zeby pokazac emocje, a waga przykladana do rysowania przeroznego rodzaju sprzetu medycznego (oraz wnetrznosci!) robi wrazenie. Oczywiscie jak przystalo na japonska pop-produkcje wszystko jest takze (zbyt) mocno dramatyczne: doktorzy chodza po korytarzach w targanych wiatrem kitlach, swiatlo odbija sie pieknie w ostrzach narzedzi chirurgicznych...


... nogi pan lekarek stanowia 3/4 ich wysokosci....
         ...ale ostatecznie wszystko to ma sens i jest twardo trzymane w garsci przez Akire Nagai,  zdolnego scenarzyste (niestety juz zmarlego), ktory sam mial doswiadczenie w dziennikarstwie medycznym, co natychmiast widac (do tego seria ma takze zewnetrznego medycznego konsultanta Yoshinume Mie) 


Nie dziwota, ze Team Medical Dragon doczeklalo sie takze adaptacji telewizyjnej - oficjalnie jedynego japonskiego serialu, jaki udalo mi sie doogladac do konca. Prawdopodobnie powodem tego, jest to, ze tworcy zdolali odnalezc w Japonii az dwoch przystojnych aktorow (zadanie graniczace z niemozliwoscia!) i zaangazowac ich obu (NIEWIARYGODNE!!!)
Bottomline: Jesli juz musicie czytac japonskie mangi, czytajcie Team Medical Dragon! Zwlaszcza Wy, japonisci - nauczycie sie wielu przydatnych slowek (超音波メス = skalpel ultradzwiekowy!) 
Czytam: Wiecej Team Medical Dragon, niz jest to zdrowe. W przerwach troche reportazy (chwilowo nie mam serca meczyc politycznych komentarzy do wyborow samorzadowych) Duzy Format ostatnio zawyzyl swoj (i tak bardzo dobry) poziom. Na przyklad to,  Wyciskajaca lzy historia w tekscie, ktory absolutnie wyciskaczem lez nie jest. Piekne. 
Slucham: Robots in Disguise - Turn it Up. Grr... jestem wsciekla, ze przegapie polska czesc trasy koncertowej tych pan. Ich producentem jest Chrs Corner (i nie trudno sie tego domyslic, bo ich muzyka brzmi dokladnie jak to, co robil Corner, zanim zajal sie bardziej tym jak wyglada, niz tym, co gra).
Dokonania: Wreszcie wdalo mi sie zloklalizowac + nabyc droga kupna wklady do automatycznego olowka. Japonia czesto zadziwia mnie tym, jak trudne moga tu byc najprostsze z pozoru rzeczy!
Fun Fact: W weekend bylismy z nerdami na Harrym Potterze (no, co? to jedyny film, ktorego premiera tutaj nie jest opozniona 10 miesiecy w stosunku do reszty swiata!). Dawno czytalam te ksiazki ale chyba ANI RON ANI HARRY NIE POWINNI BYC AZ TAK NAPAKOWANI O_O. Mam wrazenie, ze przez te kilka lat, ktore minelo od premiery pierwszego filmu, aktorzy rozrosli sie troche ponad przewidywania ekipy!

piątek, 3 grudnia 2010

Burza (嵐)



Przypadkowo Arashi, czyli wlasnie ‘burza’, to takze nazwa bardzo popularnego w Japonii boysbandu, ktorego piosenka Dear Snow (sic!) torturuje mnie ostatnio zewszad!

         W piatek obudzila mnie burza. Prawdziwa, japonska burza. Nie zadne popierdki, lecz konkretny sztorm z blyskawicami, deszczem padajacym poziomo, rwaca rzeka pod oknem i poczuciem radosci, ze mieszkam na drugim pietrze akademika. Powiercilam sie troche w lozku i powrocilam do spania... Kiedy znowu roztworzylam oczy na zewnatrz bylo dwadziescia stopni, swiecilo piekne slonce, a po epickiej nawalnicy nie bylo sladu, wyjawszy gory lisci zwianych z drzew. CZY MI SIE TO TYLKO PRZYSNILO?!


Podobno Tokio ma spektakularny system sciekowy, sluzacy odprowadzaniu wody z naglych, gwaltownych opadow... Zaczynam wierzyc, ze rzeczywiscie kilka metrow pode mna moze byc cos TAKIEGO

         Poza liscmi burza przyniosla tez cudowny wiater - cieply i przepotezny. Krotko mowiac: zupelnie poprawny halniaczek... Od razu zatesknilo mi sie za domem. (Ale potem w pociagu, na pociagowej telewizji zobaczylam zdjecia z zasypanego sniegiem Okecia i momentalnie odechcialo mi sie wracac do ojczyzny...)
        W kazdym razie, wykorzystawszy piekne okolicznosci przyrody postanowilismy z Pomocnym Amerykaninem ozywic tradycje Klubu Dyskusyjnego Intensywnych Kursantow Japonskiego. Wesoly Brazylijczyk (ktory jest tez dosc profesjonalnym gorolazem) wyprowadzil nas popoludniem na dach budynku stolowkowego, gdzie (przy wtorze urywajacego glowy wiatru) dyskutowalismy. Tym razem glownie o depeszach ujawnionych przez WikiLeaks. Bylo tez piwo. W Japonii piwo mozna nabyc zarowno w kampusowej kantynie jak i we wszystkich sklepach na terenie uniwersytetu - nikt nie robi z tego problemu, dopoki nie probujemy flaszki przemycic na zajecia. Fajne, prawda?

Moja ulubiona zagryzka - cytrynowe zelki w ksztalcie wloskich makaronikow fettuccine. Mniam!
          A wieczorem nawiedzilam wydzial literatury slowianskiej (KTO U DIABLA WYMYSLIL, ZE WSZYSTKIE TAMTEJSZE NADPROGRAMOWE WYKLADY ODBYWAJA SIE W PIATEK KOLO 18TEJ?? To cud, ze ktokolwiek sie na nich pojawia...). Pani Ogura Aya (小椋彩 - na wypadek, gdybym cos poplatala z czytaniem nazwiska) mowila o wlasnym przekladzie Domu dziennego, domu nocnego Tokarczuk na japonski. Naprawde super sprawa! Czasem mysle sobie, ze moze wolalabym przebywac na stypendium w jakims mniejszym miescie niz potworne MegaTokio, ale trzeba przyznac, ze studia w centrum naukowej Japonii tez maja swoje plusy...
Czytam: Nagai Akira - Team Medical Dragon t. 9 (no co? czasem trzeba sie zrelaksowac po intensywnym, akademickim zyciu!)
Dokonania: Oczywiscie bylam jedynym bialym na wykladzie pani Ogury, totez zostalam szybko zdemaskowana jako Polka i wyrwana do odpowiedzi (chociaz bardzo staralm sie wtopic w Poczet krolow polskich stojacy na polce za moimi plecami....). Udzielilam ultraelokwentnych wyjasnien na temat mlodych, popularnych wsrod krajan autorow. Mam podejrzenie, ze w zwiazku ze wspanialym poziomem mojego japonskiego zaden ze sluchaczy niczego nie zrozumial.
Fun Fact: Ostatnio odkrylam, ze w moim pokoju jest GUZIK ALARMOWY. Hilarious!

środa, 1 grudnia 2010

It’s aliiiive!!!


Plusy pustelniczego zycia: nie trzeba sie malowac. Ani przejmowac, ze nasz szaliczek a la Ciechowski jest poplamiony soczkiem z pomaranczy...
          Kochani, ostatnimi dniami zajmuje sie sprawami naprawde kuriozalnymi (sprawdzanie procedur wynajmu mieszkania, rezerwacja miejsca w autobusuie na lotnisko, kupno magnezu, testowanie szamponow przeznaczonych do japonskich wlosow na moich gaijinskich strakach, rezerwacja grupowych biletow na harrego pottera etc.), totez, zamiast regularnego sprawozdania, publikuje tym razem kilka nie-koniecznie-zwiazanych-z-Japonia highlightow poczatku mojego tygodnia:

1. Wywiad Sroczynskiego z Kondratem w Duzym Formacie. Poezja. Swietny rozmowca i swietny dziennikarz. Sroczynski w przeciwnosci do Zakowskiego dba zeby jego pytania byly krotkie, na temat i pozwala swojemu gosciowi mowic. A gosc mowi rzeczy cudowne. Wielka klasa!

2. Najnowszy kalendarz Pirelli ze zdjeciami Karla Lagerfelda. Nie uwazam fotograficznej pasji modowego gejozaura za cos wielce wartosciowego artystycznie, ale podoba mi sie decyzja, zeby najbardziej szowinistyczny kalendarz swiata oddac do zrobienia homoseksualiscie. Niezly pomysl ze stylizacja modelek na greckie boginie i przyzwoite wykonanie... A Julianne Moore w roli Hery: Spectacular!

3. Ta sukienka! Mam na jej punkcie fiksacje, lecz nie wiadomo dlaczego w japonskiej Zarze dranstwo kosztuje 22000 jenow. Moze sprawdze lokalne ceny po przyjezdzie do Polski (ale po prawdzie to boje sie w ogole spojrzec na nia na zywo bo na pewno nie jest tak piekna jak na zdjeciu!)




4. Ami Takeuchi z Japonii. Wicemiss Swiata transseksualistow. You go girl!

    5. Ja i moi wspolpanelisci z niedzielnej konferencji. (Ten niepozorny Pan ktory stoi za mna dostanie za jakies 80 lat nagrode Nobla - mark my words!) Troszke widac, zem chora i umierajaca, co? Lecz coz, nic co ludzkie nie jest mi obce! Plus chcialam oficjalnie pochwalic sie moimi butami od Kostiumu Pirata!

    Coz, to by bylo na tyle (Mamo, widzisz: zyje!) A jaka pogoda? Coz, okolo pietnastu stopni i piekne slonce. DON’T HATE ME ‘CAUSE I’M NOT FREEZING.
    Czytam: Satoru Makimura - Believe. Szajs uokrutny, ale kosztowalo tylko 100 jenow... a na ksiazki z amazona musze czekac do jutra
    Slucham: Neurotic Fish - They're coming to take me away. Dobry, gruby, gotycki Niemiec!
    Dokonania: Znalazlam drugi po bananie tani owoc w Japonii: MANDARYNKI
    Fun Fact: Moj agent nieruchomosci nazywa sie Okazaki. Podobnie jak jakies 5 milionow innych ludzi w tym kraju, ale nadal za kazdym razem jak widze to nazwisko to sie smieje do siebie!

    poniedziałek, 29 listopada 2010

    Winter is Coming!



    Dochodza mnie sluchy, ze w Polsce trwa atak zimy. 
    W zwiazku z tym publikowanie ponizszych zdjec moze zakrawac na sadyzm, lecz bede bezlitosna!

             Z poczatkiem nowego tygodnia wreszcie sie zmobilizowalam i zabralam na Todai fotoaparat. W oczekiwaniu az machina administracyjna przemieli kolejna porcje papiurow, zdolalam przygotowac dla Was krotka prezentacje pod haslem: ‘Dlaczego japonski listopad jest BARDZIEJ?”... Powyzej zdjecie, z widokiem z glownej bramy kampusowej na wieze zegarowa. 


    A tu to samo w przeciwna manke


    Budynek Literatury 3 - na najwyzszym pietrze Literatura Wspolczesna, to jest: ja. Jako bonus: babcia, ktora wytrwale probowala mnie rozjechac


    Widok ‘spod spodnicy’ mojego budynku

    Nauki spoleczne i dziennikarstwo. To spokojniejszy kat kampusu, wiec bardzo go lubie. Tedy zwykle zmierzam na kurs jezykowy



    Akamon, czyli Czerwona Brama - z daleka...


    ...i z bliska!
    Ladnie, prawda? Bardzo zachecam: prosze przyjezdzac!
    A z okazji Cotygodniowego Kacika Telewizyjnego zachecam rowniez do wspolekscytacji z okazji najbardziej mozliwie ‘zimowej’ produkcji telewizyjnej evahr!


              Wstyd przyznac, ale niniejszym chcialabym zarekomendowac serie, ktora jeszcze pol roku poczeka na premiere. Normalnie brzydza mie takie praktyki, staram sie przed poleceniem komukowiek czegokolwiek, rzetelniej wyrobic sobie opinie (yeah, right...), lecz tym razem zbyt wiele cudownych okolicznosci zlozylo sie w jednym miejscu, bym mogla powstrzymac wlasny entuzjazm! Panie i Panowie: Game of Thrones oraz trzy powody by od kwietnia je ogladac:
              Po pierwsze: serial GoT produkuje HBO, stacja do ktorej mam spory kredyt zaufania. Teraz dochodzi do niego jeszcze pewna doza respektu, ze dyrektorzy  wylozyli pieniadze na temat tak bardzo nietelewizyjny.
              Po drugie: No wlasnie - temat. Ta historia to.. hmm.. (nie bojmy sie tego slowa!) FANTASY. Fakt, faktem: nietypowe (mnie do przeczytania pierwszej z serii ksiazek, na ktorej opierac sie bedzie GoT, zachecil bezwstydny napis na okladce: “Fantasy for hip people!”). Nie da sie jednak ukryc: choc smokow, czarow oraz magicznych ludkow jest tu jak na lekarstwo, to jednak cala kraina, gdzie umieszczono akcje, jej historia oraz glowni gracze polityczni pozostaja wyssani z palca George’a R.R. Martina. W skrocie mamy tu bowiem opowiesc o wymyslonej wojnie o wladze, prowadzonej przez wymyslone postaci w wymyslonym krolestwie. Na skraju wymyslonej, majacej trwac dziesieciolecia zimy. Po prostu bujda na resorach!
               Po trzecie: obsada i ludzie stojacy za projektem: Fundamentem (again: nie bojmy sie tego slowa!) genialnosci powiesci Martina stanowi swietna konstrukcja okolo dwoch tuzinow glownych bohaterow. Dlatego z takim entuzjazmem sledzilam donosy o pierwszych, (zaskakujaco dobrze przemyslanych) angazach aktorskich. U Martina zarowno kobiety jak i mezczyzni sa pelnokrwisci, skomplikowani, skonfliktowani oraz poplatani w stopniu iscie szekspirowskim. Nie ma tu szczegolnie pozytywnych wzorcow osobowych, a nawet jesli sie pojawiaja, maja tendencje do szybkiej smierci. W ogole trup sciele sie gesto i bez zwazania na ‘donioslosc’ postaci. Proza Martina czasem przeraza swoja logicznoscia: samotny, dzielny woj, otoczony przez wrogow zostaje najczesciej w zupelnie-nie-fantasy-stylu przerobiony na szaszlyk. Wesela zamieniaja sie w rzezie, dobrzy ojczulkowie traca glowy a mlodzi, piekni ksiazeta sa okaleczani, maltretowani i mordowani na peczki! Jak tu sie nie ekscytowac? Zaprawde: Winter is Coming! - zapamietajcie to haslo oraz tytul Game of Thrones
    Highlight:  Hm, trudno to dzisiaj ocenic, ale stawiam na Petera Dinklage’a i Nikolaja Closter-Waldau, ktorzy beda mieli okazje sportretowac dwoch skrajnie rozniacych sie od siebie braci - jedno z moich ulubionych rodzenstw w historii popkultury!
    A lot like: Hopefully: Rome. W przypadku kleski: Saga o Ludziach Lodu plus Makbet
    Dla kogo: Wszystkich, ktorzy przecierpieli przynajmniej jedna partie planszowki GoT ze mna. Nareszcie bedziecie wiedziec o co chodzi w calym fluffie!!! A serio: dla wszystkich - Licze ze uda sie zrobic z tego bardzo popularna serie, ktora zmieni historie telewizji i potrwa pelne osiem sezonow!