wtorek, 11 października 2011

Zgnęb Flubbera!


...ponieważ w poniedziałek mieliśmy w Żóltym Kraju święto. Święto Gimnastyki! (oficjalny dzień wolny od pracy)

           Czy mieliście kiedyś taki moment, kiedy spojrzeliście w lustro i z przerażeniem odkryliście, że z odbicia spogląda coś, co bardziej niż Was samych przypomina bałwanka Bouli? Dramatyczna chwila, w której zdajecie sobie sprawę, że Wasz fantastyczny metabolizm nie nadąża już za, na przykład,  siedzeniem dziesięć godzin dziennie przed komputerem czy/oraz pakowaniem w otwór gębowy każdej substancji chociaż odrobinę przypominającej pożywienie? Dla mnie taka wielkopomna chwila nastała pół roku temu. Bagatela sześć miesięcy zajęło mi obserwowanie sytuacji, w przekonaniu, że odkładający się na tyłku tłuszcz, przerażony, iż został odkryty, zdezerteruje i rozpłynie się w niebyt z własnej i nieprzymuszonej woli. Niestety, dziad siedzi tam, gdzie siedział i wygląda na to, że zaczyna zbierać przyjaciół. Tak więc, postanowiłam podjąć drastyczne działania, w imię starogreckiej idei, że w zdrowym ciele zdrowy duch!
           Adidaski posiadam, leginsy do biegania kupiła mi Mamma, zaś internet okazał się pełen planów biegowych, na czele z tym w sam raz dla mnie, o wdzięcznej nazwie „Couch-to-5K”. Toż „Couch-to-5K w ciągu dziewięciu tygodni ma przemienić mnie w stalowomięśniową, chudą i zgrabną maszynę do pożerania kilometrów... Póki co przemienia mnie raczej w zasapanego grubcia na granicy apopleksji, lecz cóż: BIEGAM. Biegam wzdłuż wybrzeża zatoki tokijskiej, od parku przy muzeum marynistycznym aż do samych doków (i dalej, gdzie zaprowadzi mnie przygoda). Biegam wieczorami, gdyż nikt nie jest wtedy w stanie zobaczyć mojej ULTRACZERWONEJ gęby (tak już mam, wiedzą to wszyscy, którzy mnie znają, przy wysiłku fizycznym nabieram na twarzy odcienia cegłówki i za każdym razem jestem trochę przerażona że TAK MI JUŻ ZOSTANIE). Biegam wieczorami, gdyż wtedy nad zatoką jest pusto i nie ma ryzyka, że zobaczę, jak wyprzedza mnie stuletnia babcia z chodzikiem. Wreszcie, biegam wieczorami, gdyż przez pierwszy miesiąc zamierzam testować swoją determinację bez inwestowania w profesjonalny sprzęt, co sprawia, że wyglądam jak bezdomna, która ucieka przed policją.



Aha – biegam wieczorami, bo widoki na port i miasto, skąpane w pomarańczowej łunie są porównywalne do widoków z Deus Ex.

        Pieję tak o tym bieganiu, nie żeby się chwalić lecz by wzmocnić własne postanowienie. Skorom wyznała na blogu, że biegać będę, to może jakoś głupiej będzie ewentualnie zrezygnować. Dodatkowo mogę zaznaczyć, że opcja joggingowa jest częścią planu ogólnego „wzmożenia psychofizycznego”, który przedzięwzięłam. Skoro dzięki bieganiu mój mózg będzie lepiej dotleniony, od tygodnia przestrzegam także uroczystych zobowiązań by: tłumaczyć conajmniej dwie godziny dziennie doktoratową literaturę fachową oraz ćwiczyć co najmniej 30 minut dziennie szkice z gestów (wielce przydatne jest w owym szkicowaniu to narzędzie, na które naprowadziłą mnie Katja na swym tumblerze. W weekendy zaś będę szyć co najmniej dwie godziny. Jeśli choć jedno z tych szczytnych założeń dotrwa do przyszłego roku, będzie sukces. Póki co:  Vivat nowa, lepsza ja!

---

          Na koniec zaś, żeby nie było: brzuszek niekoniecznie jest złem. Mój brzuszek świadczy o postępującym lenistwie i zasiedzeniu. Są jednak na świecie inne brzuszki, można wręcz rzec: dobroczynne i przecudne. Ku ich chwale: blogowy ranking pozytywnych flubberów – oczywiście z telewizji (uwaga, przy numerze 3 i 1 będą spoilery):


5. Miranda Bailey (Chandra Wilson) z Grey’s Anatomy


         Jeśli podejrzewacie, że ktoś, kto nosi złowrogie przezwisko „the Nazi” będzie kościstym gościem o aryjskiej urodzie będziecie zaskoczeni. Ta pani wzbudza przerażenie nawet w męskim sercu doktora Hunta, który w Iraku operował żołnieży na prowizorycznym stole operacyjnym z pogruchotanego Humvee. I ja się temu przerażeniu nie dziwię,


4. Pan Carston (Jim Carter) z Downton Abbey


         Zgodnie z zapowiedziami zaczęliśmy oglądać Downton Abbey i wsiąkliśmy na dobre. Pewnie, że siłą napędową tego serialu jest ta sama co w Mad Men nostalgia wobec mocno naciąganego wyobrażenia przeszłości historycznej. Z tym, że DA jest całkowicie pozbawione typowego dla MM cynizmu – w głębi duszy, każdy ma tu dobre serce, nawet (zwłaszcza) pan Carston, który z precyzją despotycznego generała zarządza służbą w tytułowym opactwie.


3. Król Robert Baratheon, zwany także Grubym Bobem (Mark Addy) z Game of Thrones


        Ponieważ każdy ranking bez Game of Thrones I tak dalej… w każdym razie Mark Addy w roli Boba perfekcyjnie dawkuje tragizm i komizm, tworząc z nich poruszającą mieszankę , kogoś, kto kiedyś był wielki a kończy.... „zamordowany przez świnię”.


2. Harriet Korn (Kathy Bates) z Harry’s Law


        Można ją na upartego nazwać doktorem Housem w spódnicy, gdyby nie owo, że to określenie jest już i tak nadużywane, oraz że w razie ewentualnej konfrontacji Harriet wciągnęła by przemądrzałego doktora nosem (ewentualnie zastrzeliła). Wiecznie wkurzona i gburowata pani prawnik, taranująca wszelkie konwenanse i zasady savoir-vivre’u w imię czynienia DOBRA. Jak nieślubne dziecko space marine z teletubisiem.


1. Paul Jamison (Olivier Platt) z The Big C


         Dorosły mężczyzna o psychice dwunastolatka, zmuszony zmagać się ze śmiertelną chorobą swojej żony. Od pierwszego odcinka bardzo solidny, ale w finale drugiego sezonu absolutnie doskonały w jednym z najlepszych, najbardziej zaskakujących i najsmutniejszych zakończeń serialowych w tym roku.


Czytam: Elektroniczną Politykę. Mam potrzebę jakichkolwiek dorzecznych komentarzy wyborczych, lepszych niż, często niegramatyczne i nieskładne farmazony, dostępne na portalach internetsowych.
Słucham: Niczego nie słucham. Zostałam wygnana na drugi komputer, na który jeszcze nie przegrałam swojej muzyki.
Dokonania: Całe dorosłe życie głosowałąm na UW-y, LiDy, Demokraty.pl i inne niebyty polityczne, więc długo przyszło mi czekać na ten moment... Jednak w poniedziałek stało się niemożliwe. mam w sejmie swojego własnego pokemona. Moja i Małża kandydatka dostała się w poselskie ławy jako, uwaga, posłanka z najmniejszą w Polsce liczbą głosów!
Fun Fact: W weekend na Roppongi odbywa się, ni mniej ni więcej, tylko ŚWIĘTO POLSKI. Chyba powinnam iść, co?

niedziela, 9 października 2011

Krótka depesza wyborcza



...prosto z Obwodowej Komisji Wyborczej nr 100!
         Drodzy Czytelnicy! Wyobraźcie sobie, że wczoraj, gdy Wy ledwie otwieraliście sklejone snem oczęta, my już dzielnie stawialiśmy krzyżyki. Zainwestowawszy w polską demokrację po 1000 jenów, pociągiem wyprawiliśmy się na Meguro, do ambasady. 

Notka turystyczno krajoznawcza: dzielnica Meguro jest zielona i raczej spokojna (gęstość zaludnienia ledwie 17,000 osób na km2). Poza piętnastoma ambasadami można tu także znaleźć główną siedzibę szkoły jazdy Hinomaru, usytuowaną w cienkim budynku z charakterystycznym blobem.


Flaga japonii, cyc do przodu i DEUS EX KABINA!

          Na liście głosujących było 160 osób. Należy do tej liczby dodać jeszcze około 20-tu, które zdecydowały się oddać głos korespondencyjnie i mamy sumę głosujących na Wyspach Japońskich. Wszyscy oni, niezależnie od miejsca zameldowania, oddali głosy na listę warszawską.

....na koniec: maskotka ambasady (w Japonii wszystko musi mieć swą maskotkę!!!) polski żubr.

piątek, 7 października 2011

Polak, co leży z dala od Macierzy



Bosman Józef Szybiew, Matsuyama 1905. Zaraz dowiecie się państwo, skąd wziął się  na moim blogu.

          Moi drodzy! Mam nadzieję, że znacie już na pamięć listę kandydatów swojej ulubionej partii we własnym okręgu wyborczym i (nawet obudzeni w środku nocy) potraficie wyrecytować pięknie, na kogo oraz dlaczego będziecie jutro głosować. Długa Noga nie dyskwalifikuje (przynajmniej publicznie) żadnej opcji politycznej i mocno agituje za udziałem w wyborach, bez względu na preferencje! Nie zapomnijcie zatem jutro, w drodze na zdrowotny niedzielny spacer, odwiedzić komisję wyborczą   oraz (od)dać głos.
          Ja tymczasem wyemituję w blogosferę kilka słów na temat pewnej książki, która ostatnio, studenckimi kanałami, wpadła mi w ręce. Rzecz jest ciekawa, ale, jak podejrzewam, może być w Polsce trudno dostępna (wydano ją bowiem w śladowej ilości egzemplarzy)  - niechże zatem będzie obecna też w internecie.



W poszukiwaniu polskich grobów w Japonii, MkiDN dep. Dziedzictwa Kulturowego, 2010
          
          W poszukiwaniu polskich grobów w Japonii to wdzięczny, trójjęzyczny album, wydany w zeszłym roku nakładem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zanim się zmarszczycie, stwierdziwszy, że temat jest naciągany i mało interesujący, radzę Wam bacznie rozejrzeć się po własnej biografii – zwłaszcza jeśli macie rodzinę na tak zwanej ścianie wschodniej... Ja osobiście, zupełnie niedawno (i raczej przypadkiem) odkryłam na ten przykład, iż jeden z moich krewnych był na początku ubiegłego wieku w Japonii w obozie jenieckim. I chociaż krewniak szczęśliwie wrócił do domu, to istniała przecież jakaś tam szansa (chociażby w postaci niespodziewanego zapalenia płuc, albo, myśląc bardziej otymistycznie, niespodziewanego romansu z jakąś lokalną skośnooką panią), że zostanie w Japonii już na zawsze, a jedyną po nim pamiątką będzie zmruszały nagrobek np. gdzieś w Matsuyamie...
          Ale od początku. Wspomniany album to podsumowanie prac, podjętych w ramach projektu MkiDN, otwartego w 2008 roku i włączonego w program poszukiwań polskich cmentarzy poza granicami kraju. Dzięki pomocy finansowej ministerstwa i zaangażowania polskich oraz japońskich naukowców und dyplomatów, udało się zidentyfikować 76 grobów na terenie Japonii, w których na pewno spoczywają Polacy. Gros (37) z nich stanowią pochówki jeńców z wojny japońsko-rosyjskiej. Tak, tak – to mało znany fakt, ale właśnie podczas tej wojny (czyli w latach 1904-1905) w Japonii przebywało najwięcej Polaków w historii (dokładnie 4 658 z 72 408 jeńców z armii rosyjskiej, wziętych do niewoli przez Japończyków było Polakami... na ziemiach japońskich zmarlo dokładnie 37 z nich.... niech świadczy to o jakości życia w japońskim obozie jenieckim przed Pierwszą Wojną Światową).          
          Drugą najliczniejszą grupę Polaków pochowanych w Japonii stanowią polscy misjonarze, najczęściej franciszkanie (plus franciszkanki), werbiści oraz jezuici. Ci najczęściej leżą w grobach zakonnych, prawidłowo podpisanych i skatalogowanych, więc łatwo ich zidentyfikować. Gorzej ze świeckimi, których kamienie nagrobne często podpisano tylko fonetycznym zapisem nazwiska (najczęściej wcześniej jeszcze zrusycyzowanego) w japońskim alfabecie.
          Dlatego dłubanie (METAFORYCZNE) w temacie polskich grobów w Japonii to dość fascynująca archeologia, rzucająca nowe światło na ciekawy kawałek polskiej hostorii. Album, poza częścią katalogową, opisującą każdy zidentyfikowany grób, zawiera sześć artykułów, naświetlających tematykę, wstępy i błogosławieństwa od Ministra Kultury i Ambasadorów Polski w Japonii i Japonii w Polsce, kilka przydatnych map, oraz szereg fascynujących zdjęć, z których kilka pozwoliłam sobie tu zeskanować.
           Krótko mówiąc: bardzo ciekawe wydawnictwo, polecam je Waszej uwadze i chętnie wypożyczę wszystkim zainteresowanym. A teraz: MARSZ NA WYBORY!



Polscy więźniowie z obozu jenieckiego w Matsuyamie, w towarzystwie nauczycieli z lokalnej szkoły żeńskiej. Co ciekawe szkolne dzieciaki z Matsuyamy do dziś dbają o polskie groby zmarłych żołnieży na lokalnym cmentarzu.



Polscy franciszkanie w przeddzień wyjazdu na misję do Nagasaki. W środku Maksymilian Kolbe, po lewej od niego Zeno Zebrowski, który, śmiem twierdzić, wygląda jak zupełnie współczensny motocyklista.

         Aha - pozwólcie, że na koniec zacytuję Wam list jednego z jeńców osadzonych w Japonii z 11 go listopada 1904. Moje stypendium niem oczywiście nic wspólnego z życiem jenieckim, lecz pod tymi słowami mogę się z czystym sercem podpisać:

„Teraz Ci donoszę Kochana siostro i Kochany Szwagrze, żem jechał przez morze pięć dni i nocy, i donoszę Wam, że tu w Japonii jest bardzo wesoło, jest ciepło, zimy takiej nie ma jak u nas...”

Czytam: George Friedman The Next 100 Years. Strasznie pan baja. Nie uznaje Indii, fapuje się do Japonii a słowa „być może” albo „prawdopodobnie” uznaje najwyraźniej za objaw intelektualnej słabości
Słucham: PJ Harvey – All and Everyone  z płyty Let England Shake. Od czasów Riverbed Madrugady nie słyszałam tak poruszającej piosenki o wojnie.
Dokonania: Zarejstrowaliśmy się do głosowania w Tokio. Trwało to mniej więcej pięć minut. Tak więc: sromota na tych (których imion z litości nie wymienię), którzy nie znaleźli w sobie energii, żeby wypełnić jeden internetowy formularz i wypięli się na obywatelski obowiązek, usprawiedliwiając pobytem zagranicą.
Fun Fact: A propos - zarejstrowanych do głosowania poza granicami kraju jest w tych wyborach około 130.000 Polaków.



wtorek, 4 października 2011

List miłosny


 

...w zwiazku ze skargami na fikołki nowego szablonu w Operze,  przegladarkach mobilnych oraz Fajerfoksie (odpowiedzialnym, jak usłużnie podpowiada google analytics, za, bagatela, 60% ruchu na stronie), powracam do starego wyglądu Długiej Nogi. 
It was fun while it lasted, może w przyszłości jeszcze wypróbuję dynamic views (kiedy już nieco okrzepnie, doda więcej suwaków i zacznie akceptować skustomizowane nagłówki)... tymczasem jednak, coś z, jak to mówią, zupełnie innej beczki.


          Najdroższa Grupo JR, wszystkie sześć spółek podległych oraz liczni prywatni przewoźnicy!

          Spotykamy się już od roku, a ja dopiero dziś zdobyłam się, by wyznać Wam swe uczucia. Może dlatego, że jestem kobietą po przejściach, skrzywdzoną przez toksyczny związek z innym systemem kolejowym. W zażyłość z nim weszłam pod przymusem i wbrew własnej woli. Pożycie z PKP (bo tak nazywał się ów niewdzięczny partner) było dewastujące, zarówno dla mojegp portfela, jak i mego poczucia własnej godności. Najbardziej doświadczyła mię jego skłócona rodzina, z którą nie dało się porozmawiać wspólnie, każdy z jej członków wymagał osobnego podejścia i spędzenia z nim wielkiej ilości czasu. Do tego wszyscy udawali, że zupełnie nie znają się nawzajem... Czas spędzony z nimi, wpsominam jako niekończący się koszmar. Ale dziś wszelkie te wspomnienia widzę jak przez mgłę, bo przestały mieć znaczenie, odkąd pojawiłaś się Ty.
          Oczywiście wiele o Tobie słyszałam. Najpierw przerażało mnie, że mnie zrujnujesz, że nasz związek nie ma finansowej racji bytu. Potem jednak okazało się, że im dłużej i wierniej trwam u Twego boku, tym łaskawiej mnie traktujesz, oferując bilety miesięczne czy pakiety darmowych przejazdów. Że, niezależnie od okoliczności, jesteś ze mną zawsze i wszędzie – nie ma miejsca do którego nie dotrzesz, gdy Cię o to poproszę. Nigdy mnie nie kontrolujesz, nie sprawdzasz. Cenię, zaufanie, jakim mnie darzysz, wierząc, że oddam Ci to, co należne. Nie pindrzysz się lecz dbasz o higienę osobistą, jesteś zawsze czysta i pachnąca. Gdy podczas spotkania zostawię coś u Ciebie, zawsze dzwonisz do mnie i oferujesz miejsce, gdzie mogę odebrać zgubę.
          Tłumaczyli mi, że od narodzin byłaś uprzywilejowana. Że miałaś łatwo. Że gęsto zaludnione siedliska ludzkie, naturalnie ułożone nie koncentrycznie a linearnie, w wąskich, podłużnych terenach zdatnych do zamieszkania, predestynowały Cię do sukcesu. Może i tak. Ale podziwiam, jak wspaniale umiałaś wykorzystać własne wrodzone warunki. 
          W swoim systemie szybkich pociągów otaczasz mnie taką troską, że czuję się niczym królowa, nawet w drugiej klasie. Pędzisz niczym wiatr, Twe koła prawie nie dotykają torów a ja wyciągam nogi (bo też mogę wyciągnąć nogi – dajesz mi znacznie więcej miejsca niż samolot!) i popijam piwo, zakupione u jednego z nienagannie grzecznych członków Twej załogi. Wokół panuje cisza, nikt nie wyje do telefonu komórkowego, bo wszyscy cenią Twoją spokojną atmosferę i nie śmią jej zakłócać.
             Cóż, pora mi kończyć ten list. Wiem, że w życiu nic nie trwa wiecznie i będę musiałą powrócić do PKP. On oczywiście już sto razy przysięgał mi, że się zmieni, że tym razem będzie lepiej – umyje się, kupi nowe gadżety. Pozostaję sceptyczna i wiem, że za każdym razem, gdy będę z nim, będę myśleć o szczęśliwych chwilach, które spędziłyśmy razem.
m.

          PS. Jeśli jest jedna rzecz, która mnie w Tobie irytuje (a mówię to z miłości, nie ze złośliwości) to Twoja niechęć do nocnych wypraw i dzienna aktywność. Wiesz, że czasem bywam nocnym markiem i pragnęsię z Tobą spotkać na przykład o trzeciej nad ranem. Konieczność oczekiwania na Ciebie, na zimnie do piątej wystawia na próbę me uczucia. 

(Krótko mówiąc: fascynaci kolei odnajdą w Japonii raj utracony.)



Hayabusa (czyli ‘sokół’), w moim kręgu znany jako ‘penis na kółkach’, najnowszy model shinkansena, rozpędzający się między Tokio a Aomori do 320 km/h.

Czytam: biografię Tsubouchiego Shōyō Yoshihito Kobayashiego. No niech już będzie, że coś tam pracuję nad tym doktoratem.
Słucham: (jak co roku o tej porze) płyty October Rust Type O Negative. Nikt nigdy lepiej nie śpiewał o jesieni.
 Dokonania: -
Fun Fact: W Tokio jest ponad 80,000 restauracji

niedziela, 2 października 2011

Dr Tokugawa


...czyli jak przestałam się bać i pokochałam Nikkō
           Ach, Nikkō! Nikkō najlepiej podsumowała Mamzilla, określając je jako “japoński Plac Czerwony”. Zapomnijcie o szlachetnej prostocie czy surowych materiałach, z którymi do tej pory mogła Wam się kojarzyć Japonia. Nikkō, kompleks świątynny, przekształcony w XVII wieku w mauzoleum szogunów rodu Tokugawa, stanowi ucieleśnienie drugiej strony estetyki Żółtego Kraju - tej samej, która odpowiada za neonowe salony pachinko, przerysowane cyce panienek z mang oraz tumoropodobną archiekturę dzielnic rozrywki. Każdy centymetr kwadratowy kompleksu w Nikkō, oddalonego o zaledwie 120 kilometrów od Tokio jest rzeźbiony, zdobiony i malowany. Tutaj nawet reliefy mają własne reliefy!

...w fotograficznym skrócie wygląda to mniej więcej tak.
         Nie dziwcie się więc, że wizytę w tym globalnej klasy zabytku (bądź co bądź zaliczonym w poczet Światowego Dziedzictwa UNESCO) odkładałam jak mogłam. Tym bardziej, że do Nikkō, wcale nie jest łatwo dojechać. Potrzebna była kombinacja zawzięcia Mamzilli oraz okazyjnych biletów linii Tōbu Asakusa (bardzo godnych polecenia wszystkim, którzy planują Nikkō zobaczyć), żeby skłonić mię do konfrontacji z japońskim barokiem w wersji hardcore. Ale stało się i przedwczoraj po trzygodzinnej jeździe pociągiem dotarłam na miejsce.
          Z pewnym zażenowaniem muszę przyznać, że naprawdę było warto!  Świątynie Nikkō położone są w przepięknym, cedrowym lesie. W jesieni po okolicy zaczyna snuć się delikatna mgiełka, nadająca całemu miejscu aury tajemniczości...

...to znaczy nadawałaby, gdyby nie apokaliptyczne tłumy wycieczkowiczów, głównie w wielu szkolnym (wrzesień to w Japonii miesiąc podstawówkowych wyjazdów krajoznawczych), wyjących, wrzeszczących, bekających i prowokujących, by zrzucić je z wielu, wielu schodów dzielących poszczególne budynki.

Ściana w Tōshōgū, najbardziej znanej świątyni, wysuwa na mnie swe macki niczym Wielki Cthulu...
           Ponieważ zdjęć pocztówkowych z Nikkō i okolic jest w internecie wiele (i są zazwyczaj bardzo ładne - w końcu to naprawdę fotogeniczne miejsce, zwłaszcza późną jesienią), poniżej, miast zwykłych pocztówek kilka mych własnych impresji.

Nikkō z racji swych wielu fałdek i wypustek wymaga ciągłej opieki konserwatorskiej... tu  Żółty Brat Konserwator pozdrawia Annę P.! 

Nie wiem co trzeba zrobić, żeby zasłużyć na ślub na terenie jednego z shintoistycznych chramów w Nikkō, ale podejrzewam, że trzeba być dobrze urodzonym, sławnym, bogatym oraz oddać przynajmniej nerkę.

Wierzcie lub nie, ale popularny motyw trzech małp (niewidzącej, niesłyszącej i niemówiącej) pochodzi właśnie z rzeźbienia nad wejściem do stajni położonej na terenie Tōshōgū!
Na koniec: trzy, specjalnie wyselekcjonowane, mało znane obiekty z Nikkō, spoza listy UNESCO:
1. Dworzec kolejowy linii JR:


Zaprojektowany przez Franka Lloyda Wrighta (pozdrawiam Cię Mateuszu G.!) - ukończony w 1913 roku, najstarszy budynek dworcowy we wschodniej Japonii


2. Yuba


Specjalność kulinarna Nikkō (w Japonii każde miejsce godne zaznaczenia na mapie posiada własny wyjątkowy specjał). Sfermentowana skórka tofu (ewentualnie korzuch z mleka sojowego). Smakuje tak samo wspaniale jak wygląda, a u każdego Polaka, który przeżył przedszkole, wywołuje traumatyczne wspomnienia zupy mlecznej z obowiązkowym skrzepem na wierzchu.
3. Nikkō Ice Bucks

...tzw. ‘Chopaki jak Rydze’. Miejscowa drużyna hokeja na lodzie, całkiem utytułowana. W miasteczku każde okno sklepowe przyozdobione jest plakatami z wyrazami poparcia dla zawodników Ice Bucks, a na ulicach stoją nawet specjalne automaty do napojów, z których zysk przeznaczony jest na działalność dopingową oficjalnego fanklubu NIB
Czytam: Kryzys. Skończyły mi się książki po polsku, na książki po japońsku nie chce mi się patrzeć, a na książki z amazona mnie nie stać. 
Słucham: Michael McCann - Icarus. Tak się wyzwierzałam na Deus Ex: Human Revolution ale teraz, kiedy słucham sobie motywu głównego z gry, jestem gotowa wybaczyć wszystkie jej błędy. Przypomina mi trochę motyw przewodni Jablonskiego z The Island, innego koszmarka obdarzonego zupełnie nieadekwatnie świetną muzyką
Dokonania: Wyprawiliśmy Mamzillę w podróż powrotną do Polski, w tej chwili powinna przelatywać gdzieś nad Uralem! Przez dwa tygodnie zrealizowaliśmy naprawdę morderczy program turystyczny, godny wysokiej klasy biura podróży. Organizowaliśmy wyciczki fakultatywne, wzorowo reagowaliśmy na nagłe zmiany planów oraz, śmiem twierdzić, spisaliśmy się na medal!
Fun Fact: Pare razy pisałam już, że Żubrówka jest towarem dobrze znanym i łatwo dostępnym w Żółtym Kraju. Rozczula mnie jej najnowsza kampania reklamowa, skierowana na tutejszy rynek. Kampania, prowadzona pod wdzięcznym hasłem “Ore-no ogori da!” (czyli: “Ja stawiam!”), składa się z serii krótkich filmików w których polskie ćmy barowe, lumpy i inne podejrzane elementy... udzielają Japończykom rad na temat typowych japońskich problemów (!). Nie ma cienia ironii w tym, że po obejrzeniu rzeczonych klipów twierdzę, iż do promowania Ojczyzny za granicą sprytni cinkciarze, filozofujące lumpy czy zgorzkniałe panie z gieesu nadają się o wiele lepiej niż zglobalizowana hip-młodzież. Porady (po polsku z japońskimi napisami) do zobaczenia tutaj... moj faworyt to Marek, kierowca ciężarówki! 

czwartek, 29 września 2011

Spaleni Słońcem



...czyli obiecany ciąg dalszy przygód okołoosaczańskich.
         Dzień dobry. Jak za pewne zauważyliście, blogger zaproponował mi właśnie swój nowy, lepszy blogo-szblon. Nie ukrywam, całkiem mi się on podoba, więc przez kilka kolejnych aktualizacji będę eksperymentować z suwakami, usiłując dostosować zrewolucjonizowany wygląd Długiej Nogi do własnych preferencji. Oznacza to ni mniej ni więcej, tylko rozjechane teksty, ilustracje do góry nogami oraz znikające/pojawiające się losowo elementy. Bądźcie dzielni i nie zrażajcie się tymi wybojami. Aha, postawiłam sobie również za cel zrobienie porządnego, graficznego nagłówka. Będzie piękny i będzie zawierał buciki Aoi Kotsuhiroi.
        Tymczasem, trzy słowa na temat tego, co jeszcze spotkało nas podczas pobytu w Osace. Po pierwsze, natknęliśmy się na niezapowiedzianą obsesję Mamzilli, która postawiła sobie za cel dotarcie do chramu w Ise, oddalonego od miasta o, bagatela, 200 kilometrów. Na nic zdały się nasze przekonywania, że jazda do Ise jest kosztochłonna, czasochłonna, a na miejscu osoba nie obeznana z shintoizmem zobaczy coś, co wyda się jej po prostu dwoma stodołami (do których nie można wejść, ani których nie można sfotografować). Niestety, Mamzilla, jak już kiedyś pisałam, jest mentalnym czołgiem i kiedy już się na coś zdecyduje, nie sposób jej przekonać do zmiany zdania. Stało się zatem - pół dnia spędziliśmy w pociągu po to, by zobaczyć miejsce, gdzie czci się samą Amaterasu, boginię słońca i patronkę rodu cesarskiego. Podobno, gdzieś tam, głęboko wewnątrz chramu, pod stoma warstwami ceremonialnej tkaniny (pod którą nikomu nie wolno zaglądać) znajduje się także święte lustro - jedno z trzech regaliów cesarskich.


Ja przy bramie do wewnętrznego kompleksu (内宮) Ise. Bogini słońca wyraźnie wyczuła mój nie dość pełen szacunku nastrój i postanowiła mię ukarać ostrym udarem, ze specjalnym uwzględnieniem usmażenia mojego dekoltu na purpurowy kolor.

Zdjęcie jednego z właściwych budynków chramowych, czy też jego części, widocznej zza tzw. ‘płota’. Dla białego profana najciekawszym elementem chramu Ise jest to, że wszystkie święte budynki odbudowuje się tu od fundamentów co 20 lat. Przynajmniej tak podają przewodniki, prawda jest jednak trochę inna. Miejsca czci stawia się metodą, jakby płodozmianu’ ‘Zmodernizowana’ wersja, powstaje jeszcze przed upływem ‘daty ważności’ wersji starej, na parceli tuż obok. W dzień, kiedy mija 20 rocznica otwarcia zużytego chramu, po prostu poświęca się nowy, już czekający pięć metrów dalej. Po rozłożeniu poprzednika, miejsce na którym stał staje się polem konstrukcji kolejnej emenacji chramu. Sprytne, co?

Drugą największą po Ise atrakcją turystyczną okolicy są dwie skały związane sznurkiem w mieście Futami, czyli tak zwane Meoto Iwa (夫婦岩). I kid you not, wielkie wycieczki ściągają, by obejrzeć dwa kloce, związane ważącym ponad tonę splotem słomy ryżowej. Oczywiście stoi za tym filozofia, głosząca, skały reprezentują Izanagi i Izanami, świętych rodziców wszystkich 6 milionów bóstw shintō, ale, jak na tak wielką legendę, widok prezentują sobą raczej skromny (zwłaszcza, że na wszystkich zdjęciach w albumach fotografowane są nie w skali, żeby nie ujawniać, jak niewielkie mają rozmiary). Anyhows, w shintō nie ma ważniejszego symbolu małżeństwa, więc zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Małż, jak widać, zachwycony.


Z samej Osaki polecić możemy turystyczne standardy, czyli widok na miasto z kompleksu Floating Gardens na Umeda Sky Building....


...oraz betonowy zamek, odbudowany w 1931, bez żadnego szacunku dla oryginalnych materiałów, czy planów.

(tu, w ramach parytetów, ja jako feudalny pan - Toyotomi Hideyoshi, budowniczy osackiego zamku - a Małż jako pani samurajowa. Żeby nikt nie zarzucił nam stereotypizacji płciowej)

I obowiązkowy, kącik Mamzilli w pełnym szale i wyposażeniu bojowym!
         Musicie wybaczyć, że z obrazkami i informacjami tak tym razem marnie, (na notkę nie zdążyło na przykład załapać się przeurocze miasto Kobe, jedyne miejsce w Japonii, gdzie można zobaczyć dużo przyzwoitej, nowoczesnej archotektury mieszkalnej i użytkowej)... Cóż, wszystko to wina Mamzilli. Mamzilla chce nas zamordować swoim tempem zwiedzania.
        
Czytam: Janina Paradowska - A chciałam być aktorką... Wywiad rzeka z ulubienicą Małża, znaną w naszym domu po prostu jako JANINA. Czytam z braku laku, ale dowiedziałam się między innymi, że JANINIE, podobnie jak mnie, zdarzało się w latach pacholęcych wypasać krowy. 
Słucham: Tori Amos - Digital Ghost
Dokonania: Nareszcie! Po roku uczęszczania do lokalnej suszarni, zostaliśmy zaliczeni do grona jej stałych klientów! Dziś pani kelnerka, przynosząc nam darmowy rosołek z rybki rzekła do nas “ohisashiburi desu”, czyli “dawno się nie widzieliśmy”. Sprawa jest wielkiej wagi, bo ta konkretn suszarnia, to nie żadna gaijin-friendly turystyczna knajpa, tylko poważna knajpa dla japońskiego ludu pracującego.
Fun Fact: Państwo J. ,którzy byli z nami w Ise, posiadali przypadkowo przy sobie ulotkę polskiego biura turystycznego (z litości nie wymienię nazwy), które ma w ofercie tygodniowe wycieczki po Japonii z wieloma atrakcjami, w jakże przystępnej cenie 18,000 złotych. Wiem, że biuro podróży to nie Caritas, ale zerkając w program rzeczonej wycieczki, wyceniam, że klienci rąbani są złotych około 10,000.

poniedziałek, 26 września 2011

No to Nara!


...dzisiaj krótko, z obrazkami oraz  specjalną krypto-dedykcją dla Wolffonella!

         Dzień dobry. Po krótkiej przerwie technicznej zgłaszamy się z Osaki, drugiego najludniejszego miasta Japonii (przynajmniej jeśli aglomerację Tokio-Jokohama liczyć zusammen do kupy). Osaka, stolica Kansai, słynie z rozrywkowej atmosfery, specyficznej kuchni oraz faktu, że podczas jazdy ruchomymi schodami, stoi się tu po przeciwnej niż w Tokio stronie. Jeszcze inną cechą miasta, użyteczną dla potencjalnego turysty, pozostaje też to, iż wiele okolicznych atrakcji turystycznych znajduje się bardzo od Osaki blisko. Dlatego też (i dzięki nazi-entuzjazmowi krajoznawczemu Mamzilli) bierzemy od kilku dni udział w maratonie zwiedzania, nie pozostawiającym wiele czasu na wytwarzanie blognotek. 
          W telegraficznym skrócie donosimy zatem tylko, że nasz hotel może i nie posiada w pokojach pryszniców ale szczęśliwie dysponuje bezprzewodowym internetem i jednak można do nas mailować. Nawiasem mówiąc, zamiast rzeczonych pryszniców, mamy do dyspozycji publiczną łaźnię w starym stylu, co stanowi fajną okazję kulturoznawczą. Pokój również wybraliśmy w stylu japońskim (to jest: z futonami zamiast łóżek oraz matami tatami na podłodze). Przerabialiśmy tę opcję już kilka razy, w różnych zakresach budżetowych i możemy zdecydowanie stwierdzić, że, w miarę możliwości, należy w Japonii optować za taką właśnie, lokalną wersją noclegu, miast standardowej, zglobalizowanej opcji łóżko-klapki-telewizor.
          Anyhows, w dzisiejszej odsłonie albumu foto: sub-wycieczka do Nary, pierwszej stolicy Japonii. Skojarzenia z Gnieznem są jak najbardziej na miejscu, bo Nara jest spokojna, turyści rozłażą się po okolicznej zieleni i jakoś wizualnie zanikają, a kaliber zabytków jest spektakularny!

Tym, czym dla Krakowa są stada gołębi-sraluchów, są dla Nary stada danieli (również sraluchów), rzucających się na turystów i wymuszających pokarm.

Ja i Małż na tle narowej Atrakcji Numer 1 - pawilonu Daibutsuden w świątyni Tōdaiji. Poza największym na świecie budynkiem z drewna, zdjęcie przedstawia też rzadki obraz prawdziwej różnicy wzrostu między mną a Miśkiem, widocznej średnio raz do roku, kiedy zamiast butów na obcasie zakładam abibaski.


Ponieważ Tōdaiji jest świątynią buddyjską, można tam zaobserwować wiele specyficznie buddyjskich rytuałów, na przykład okadzanie się dymem. Ja jednak chciałabym zwrócić Waszą uwagę na kilka elementów profesjonalnej obsługi kimona, widocznych na zdjęciu. Spójrzcie na przykład, jak zręcznie pan ujął wiszący rękaw, unikając wsadzenia go w popiół, albo, jak pięknie kołnierz kimona pani układa się na karku, tworząc odpowiednik zachodniego dekoltu.

Mnich spalający tabliczki wotywne. Za nim, niewidoczny na zdjęciu, wyrasta gigantyczny, szesnastometrowy posąg Wielkiego Buddy z 752 roku. Ten akurat wielki Budda często tracił głowę w wypadkach, więc obecna pochodzi z XVII wieku.

Gros turystycznego uroku Nary stanowi park, na terenie którego rozlokowane są najważniejsze atrakcje... oraz kilka pomniejszych dziwów - na przykład tzw. Złote Cyce.

Kapłanka w chramie Kasuga z szerokim asortymentem talizmanów ochronnych do nabycia po okazyjnych cenach. Chram Kasuga to rodowy chram Fujiwarów, arcyważnego rodu z początków okresu dworskiego, stałego dostarczyciela małżonek dla Cesarza.


Tenże sam chram Kasuga i ja. Najwyraźniej blokuję drogę do drzwi oświecenia. 
BTW, ‘chram’ to wygodna nazwa, bo od razu sugeruje, że dane miejsce związane jest z shintō. Dlatego, w przypadku chramów postuluję unikania nazwy ‘świątynia’, sugerującej w Japonii związek z buddyzmem.

Tradycyjnie, dla fanów Mamzilli, świadectwo, że Mamzilla jest cała i zdrowa oraz ma się dobrze.

A propos Mamzilli - w niedzielę wysłaliśmy ją pociągiem do świątyni Itsukushima, gdzie na dzień przejęła ją A. wraz z rodzicami. Przywieźli między innymi zdjęcia z pięknej, tradycyjnej ceremonii ślubnej. Zazdrość!
        Na dziś tyle. O samej Osace, pobliskim Kobe oraz innych atrakcjach przeczytacie (miejmy nadzieję) we wpisie kolejnym!