sobota, 16 lipca 2011

In the Midnight Hour...!



...czyli sen nocy letniej.
         Z kronikarskiej skrupulatności (a nie, broń boże, z jakiejś wewnętrznej, nieodpartej oraz wrodzonej mi potrzeby użalania się) zanotuję tylko, że od miesiąca temperatura w cieniu nie spadła poniżej 31 stopni. Małż (oczywiście) nic sobie z tego nie robi, biega po mieszkaniu niczym tropikalna małpa, lecz ja musiałam już zmienić kilka swoich przyzwyczajeń. Na ten przykład, godziny aktywności. W nocy powietrze ochładza się do 25 Celsjuszów, zatem gros życiowej działalności przeniosłam na godziny tzw. pozasłoneczne. Chodzę póżno spać i późno się budzę. Ponieważ, przez powyższe, mój osobisty harmonogram trochę się rozjechał z Misiowym, miałam nareszcie okazję obejrzeć kilka filmów, których konsumpcję Ślubny do tej pory sabotował (dla zainteresowanych: Ślubny sabotuje min. Buried [‘Nie będę oglądał dwie godziny faceta zamkniętego w pudełku!’], Precious [‘Nie będę oglądał smutnych grubasów!’], Mr. Nobody [‘Nie będę oglądał kropka’]).
          Anyhows, nie samymi filmami człowiek żyje, toteż wczoraj przystaliśmy na zaproszenie wystosowane przez M. i postanowiliśmy nawiedzić wspólnie z nią pewną knajpę na Kōenji. Jako, że każda wycieczka na Kōenji to dla mnie rozlczulające trip down the memory lane do moich trzech miesięcy bytności w sąsiedniej Mitace, pomysł wzbudził we mnie zrozumiały entuzjazm. 

Do tego, wyimaginujcie sobie, lokal okazał się swojski. Przy zrobieniu z oczu szparek i oglądaniu krajobrazu przez czwarte piwo, mogłam sobie prawie wyobrazić, że jestem w Krakowie!
         Okoliczności barowe dawały możliwośc wypicia czterech różnych alkoholi z mlekiem oraz, co ważniejsze, zajęcia miejsca pod klimatyzatorem, więc wieczór okazał się ... przyzwoity. Nie ma tu wiele do opisywania, lecz, jako, że za dwa tygodnie wracam do ojczyzny i pewnie odbędę kilka(tysięcy) knajpianych spotkań, pragnę poczynić pewne ogłoszenie:
         Drodzy potencjalni współtowarzysze wyjść! Jak wiecie, jestem miłą i tolerancyjną osobą. Jeśli chcecie wziąść mnie do kanjpy jako swojego wingmana (czy wing-womana), a bardziej niż rozmowa ze mną interesuje Was od początku wyrywanie kogoś w tejże knajpie POWIEDZCIE MI TO WPROST. Nie obrażę się, za to zdążę przygotować mentalnie. Jeśli pozbawicie mnie szansy na owo przygotowanie, grozi mi permanentny szok oraz rozwinięcie się jakiegoś złośliwego tiku nerwowego. I druga rzecz: wzmiankowana wyżej wszechtolerancja ma nie obejmuje telefonicznego fejsbukowania podczas spotkań ze mną, smyrania ajfona co 30 sekund i nieustającego tuitowania (czy co tam młodzież aktualnie robi). Jeśli nudzi Was moje towarzystwo to oszczędźcie go sobie AND GET THE FUCK OUT OF MY FACE! 
         Podsumowując, istnieje cień szansy, że wczoraj nie byłam najmijszym towarzyszem do picia i dawałam wyraz własnemu zniesmaczeniu upadkiem obyczajów związanych z grupowym wyjściem na piwo. Cóż poradzę, tak już mam. Za to podczas powrotu do domu bawiłam się przednio!


W nocnych wyprawach po Tokio, słowem-kluczem jest zawsze shūden (終電, skrót od shūdensha 終電車) oznaczający ostatni pociąg, którym możemy wrócić z miejsca alkoholizacji do miejsca zamieszkania. Przegapienie shūdena oznacza koczowanie do rana w oczekiwaniu na shihatsudensha czyli pierwszy poranny pociąg dnia kolejnego. Dlatego, w okolicach północy, na wielu centralnych dworcach odbywają się spektakularne biegi przez płotki (oraz zamroczonych alkoholem tokijczyków) w celu dogonienia odjężdżającego lada moment shūdena.


W nocy percepcja się znacznie wyostrza - na daibowej stacji Tōkyō Teleport odkryliśmy z Miśkiem te monstra...

...a może to nie my je odkryliśmy tylko one po prostu wyszły dopiero po zmroku? 


Już na Daibie, prawie pod domem, po raz kolejny próbuję dodzwonić się na komórkę do Lady Gagi, lecz flądra nie odbiera!


Czytam: Od trzech dni nic. Groza. Prowadzę wyniszczający post literacki w oczekiwaniu na Dance with Dragons.
Słucham: Robots in Disguise - Turn it Up
Dokonania: Ponieważ nasza pracownia ze wzgędu na wielkie zaokiennienie zamienia się przez większość doby w szklarnię, moja działalność szwalniza nieco zamarła.




Mam jednak na tapecie pewien projekt. I nie, nie jest to kostium do Arkham City ani nowego filmu z Batmanem, tylko jeździecka kurtka z okolic 1890. Obecna kolorytstyka wynika z faktu, że to wersja próbna, ekologicznie uszyta z resztek wszystkich materiałów, które byłam w stanie znaleźć.
Fun Fact: 



W sobotę, podczas zakupów natrafiliśmy w centrum handlowym (będącym dla nas nieskończonym źródłem kulturowych odkryć) na przedstawienie dla dzieci o brzoskwinio-kappie oraz musze przebranej za truskawkę. Most awesome!

czwartek, 14 lipca 2011

Para w gwizdek



Jak TO wyglądałoby w 3d? (Hint: POTWORNIE), czyli rzecz o pewnym filmie
        Ponieważ w ciągu ostatniego tygodnia sporo pomocy w zwalczaniu boga Biurwona dostarczyła mi M., moja była współlokatorka z Warszawy (obecnie zamieszkała nieopodal Shibui), postanowiłam odwdzięczyć się dziewczynie, biorąc ją wczoraj do kina. 
         Tak się miło złożyło, że w lokalnej filmodajni akurat przypadał ostatni tydzień wyświetlania Paradise Kiss, ekranizacji nader sympatycznej mangi, którą niegdyś, w zamierzchłych czasach wczesnostudenckich M. mi pożyczyła, zatem za cel obrałyśmy ten właśnie film, a całe wyjście nabrało nostalgicznego wydźwięku...


...bez obaw, oto następuje wtręt informacyjny, dla tych, którzy w tematyce tej konkretnej magi (lub mangi w ogóle) nie są zorientowani
         Paradise Kiss (w japlishu Paradaisu Kissu - パラダイス·キッス), skracane w Żółtym kraju do nieobciążającego tubylczej zdolności zapamiętywania obcych słówek ParaKissu, to manga autorstwa Ai Yazawy, jednej z bardziej prominentnych rysowniczek nurtu shōjo, czyli rzeczy skierowanych do dziewcząt w (przynajmniej mentalnym) wieku okołonastoletnim. ParaKissu jest materiałem szytym na miarę takiego właśnie, dorastającego odbiorcy. Opowiada o Yukari, ambitnej i pilnej uczennicy, spędzającej wieczory i ranki na zakuwaniu do egzaminów wstępnych na studia (UWAGA: w Japonii taka bohaterka nie jest wcale aż tak oderwaną od rzeczywistości marą). Pewnego dnia, życie Yukari zostaje postawione na głowie, kiedy na ulicy wyłapuje ją z tłumu uczeń poblickiego, krawieckiego liceum. Porwana do piwnicznego atelier dziewczyna okazuje się idealną kandydatką na modelkę, która zaprezentuje na końcoworocznym pokazie projekty bazującej w rzeczonej piwnicy grupy modowych zapaleńców, ukrywających się pod marką Paradise Kiss.
       Brzmi jak totalny rzyg? No ba! Lecz nie dajcie się zwieść! Wbrew pozorom manga Yazawy nie jest projekcją nastoletnich marzeń o mitycznym modo-świecie ale wcale sensowną opowieścią o odnajdywaniu siebie i dojrzewaniu, do tego zakończoną w nader niebanalny (i nietypowy) sposób. Dodatkowo, pięciotomowa historia nigdy do końca nie traktuje się poważnie. Bohaterowie są celowo przerysowani, zazwyczaj do poziomu egotycznych maniaków (choć po prawdzie niby są projektantami mody, więc może rzeczywistość przedstawiona nie rozmija się tak bardzo z rzeczywistością rzeczywistą...). Ton całości jest sarkastyczny, także wobec nastoletnich obaw i niepewności (‘-Ojojoj, jestem taka gruba.... -TO TRZEBA BYŁO TYLE NIE ŻREĆ’... nawiasem mówiąc polski przekład Oli Watanuki jest bardzo sympatyczny). Yazawa nie stroni w fabule od złośliwości, seksu i szeroko pojętych angstów, a jej wizja problemów nękających młodzież wydaje się mieć więcej współnego z rzeczywistością niż przeciętna manga dla dziewcząt. Najbardziej jednak, (może obok na przykład wielu, wielu otwartych aluzji do Velvet Goldmine oraz sado-maso) radujący mnie aspekt PK to jego uiłowanie mody. Yazawa miała w życiu epizod krawiecki i widać to w jej podejściu do tematu. Uwaga przykładana do detalu, znajomość procesu powstawania ubrań, obsługi maszyny do szycia etc. tworzy ważne tło gruntujące i spinające całość. Oczywiście, patrząc na większość kreacji w jakie odziewają się bohatwerowie nietrudno zgadnąć dlaczego Yazawa nigdy uczelni modowej zdołała skończyć.... chociaż trzeba oddać sprawiedliwość faktowi, że większość z krawieckich koszmarków, narysowana w czerni i bieli (i zestawiona z urokliwym sposobem rysowania postaci) zaskakująco dobrze się broni. Pod warunkiem, że nie będziemy nawet mgliście wyobrażać sobie, że te ubrania mogłyby w jakikolwiek sposób istnieć w rzeczywistości...


And here, jak to mówił Bard, lies the rub...
(lub słowami mojego pół-brata P: ‘...i tu się zgina dziób pingwina!’)
          Wersja pełnometrażowa ParadiseKiss rozpoczyna się montażem, jako żywo wyjętym z Sex and the City. Tokio (na czele z Odaibą!) całkiem zręcznie udaje w nim Nowy Jork. Shinjō Takehiko, reżyser postawiony na czele produkcji, najwyraźniej dostał podobną, jak stojący za filmowym SatC Michael Patrick King misję: wydoić franczyzę do cna. Po sparklującym i błyszczącym bling-bling otwarciu przechodzi więc sprawnie do metodycznego odtwarzania kolejnych wydarzeń z komiksu (może z pominięciem niektórych świństewek, bo film nie ma ograniczeń wiekowych). Poprzebierani aktorzy posłusznie pałętają się po ekranie odgrywając fabularne scenki. I niby wszystko jest pięknie i sympatycznie, a jednak coś nie gra. Państwo pytają co? Trudno to dookreślić, lecz proszę łaskawie wysłuchać mojej teori.
           Jeśli zagłębimy się trochę bardziej niż po kostki w oryginalny Paradise Kiss, dojdziemy do wniosku, że cały jego komiksowy, przerysowany świat mody oraz wykonywane w nim wielkie gesty i odgrywane persony to tylko specyficzna forma kreacji własnej rzeczywistości, którą młodzi, niedostosowani do świata ludzie u progu dojrzałości tworzą sobie, niczym przetrwalnikowy kokon (w tym kontekście wszechobecne wizerunki motyli przestają być ozdobnikiem a ujawniają się jako ciut sensowniejszy symbol). Istotą stworzonej przez Yazawę (a pośrednio konstruowanej przez jej bohaterów) rzeczywistości jest jej nietrwałość i tymczasowość. Tymczasem film fabularny usiłuje nam wmówić, że ten odrealniony świat z pięknymi ciuszkami (piękność jest zresztą dyskusyjna, o czym będzie za chwilę), manicurami i makijażami to właśnie najprawdziwsza prawda - jakaś wyższa forma życia w społeczeństwie, do której nasi bohaterowie muszą się tylko PRZEBIĆ, by szczęśliwie pozostać tam aż po grób. Taka filozofia niestety konsekwentnie uniemożliwia zakończenie narracji w pierwotny słodko-gorzki sposób. W związku z tym trzeci akt filmowego Para Kissu odrywa się od komiksowego pierwowzoru i stanowi wolną improwizację, prowadzącą do nieuniknionego happy endu. Krawieckie atelier przestaje być miejscem, gdzie bohaterowie zdobyli niezbędne życiowe doświadczenia i które opuścili... Przeciwnie - cały świat przemienia się w jego nadmuchaną, napompowaną sterydami wersję. Widzowi glut znudzenia leci z nosa.
         Tym większy żal budzi we mnie fakt, że, jak ukazano powyżej, ekpia nie bała się grzebać w fabule mangi, lecz jak ognia unikała jakiegokolwiek odejścia od niej w warstwie estetycznej. Każdy głupek wie, że ubrania narysowane w 2d (do tego w czerni i bieli) będą z dużą dozą prawdopodobieństwa prezentować się zupełnie inaczej uszyte z autentycznych materiałów  i nałożone na aktorów o realistycznej anatomii. Czemu więc nie podejść do kostiumów kreatywnie? Nie przeinterpretować tego, co zrobiła Yazawa, zaadaptowawszy jej styl (polegający głównie na tym, że IM WIĘCEJ TYM LEPIEJ!!!) na potrzeby innego medium? Ale nie. Nie tym razem. Nie będę się zbyt pastwić, napiszę tylko, że większość projektów wygląda, jakby ktoś odział modelki w kilka warstw firan oraz obrusów, piętrowo udprapowanych oraz obowiązkowo uatrakcyjnionych kwiatkami, bratkami oraz stokrotkami.


Tzw. ‘show-stopper’ czyli finałowa kreacja z ostatniego pokazu Paradise Kiss. Chyba nic nie muszę dodawać. Aktorka utopiła się w falbankach i kokardkach. 

Bottomline: to zły film, odradzam dotykanie go kijem z 10 metrów, oraz zbliżanie się do niego w jakiejkolwiek formie. W celach zdrowotnych polecam przeczytanie mangi. To dobra manga jest - znam nawet kilku chłopców, którym się podobała.
***

Aha! ParaKiss dorobił się kilka lat temu całkiem przyzwoitej wersji animowanej, wyprodukowanej (a jakże!) przez studio Madhouse (bardzo porządną firmę, odpowiedzialną między innymi za filmy Satoshiego Kona. Design postaci wysmarował Nobuteru Yūki, którego kreska jest zawsze miła memu oku, a odrealnione napisy końcowe wysmażył Hiroyuki Imaishi, pod muzykę Franz Ferdinand (a było to w zamierzchłych czasach, gdy jeszcze nikt nie wiedział co to za zespół)... zresztą, co ja będę pisać - w nowym, lepszym, cyfrowym świecie możecie sobie zobaczyć to wszystko sami
Czytam: porzuciłam na chwilę Saida na rzecz Distant Mirror: The Calamitous 14th Century Barbary Tuchman. Nie moja wina, że potrzeba mi było czegoś bardziej niż Culture and Imperialism mięsistego (oraz średniowiecznego!)
Słucham: Fading Colours - In this Garden of Mine
Dokonania:
Fun Facts: Dzisiaj będą dwa. Po pierwsze, w japońskich kinach, podobnie jak w polskich, także trwa kampania anty-piracka. Główny jej oręż stanowi TEN filmik - ostatnio mój ulubiony element seansów. Fakt numer dwa, to japoński zwyczaj, według którego niema niczego złego, w zakupieniu do filmu nie tylko popcornu ale i puszki piwa, którą bez skrępowania możemy wnieść na salę.

wtorek, 12 lipca 2011

This is how it’s done


...czyli rzecz o tym, jak z rosnącym zażenowaniem oglądam serial True Blood, oraz jak rodzi się we mnie pragnienie, by pobrać z półki masywne, 23-płytowe wydanie The Wire i  sukcesywnie, bez żadnej litości zacząć (uwaga, Państwo wybaczą, zaraz będzie brzydkie słowo) NA.PIER.DA.LAĆ* NIM W CIEMIĘ LUDZI ODPOWIEDZIALNYCH ZA WSPÓŁCZESNĄ ROZRYWKĘ TELEWIZYJNĄ

        Witajcie, nazywam się Maja i oglądam seriale (‘Cześć, Majo..!’). Oglądam seriale namiętnie i z wielkim zacięciem, (co dla PT Czytelników nie jest chyba żadną nowością). Czuję z tego powodu pewien dyskomfort, bo teoretycznie rozrywka to nienajwyższych lotów, stanowiąca najczęściej przechowalnię fabularnego badziewia i drugorzędnego aktorstwa... Jednakowoż, jak każdy uzależniony, codziennie racjonalizuję sobie swój nałóg na przeróżne sposoby. Po pierwsze primo: serial daje przecież narracyjne i strukturalne możliwości drastycznie różne od filmu fabularnego. Po drugie primo: aktorsko i scenariuszowo tworzy zupełnie nowe wyzwania, związane na ten przykład z rozwojem postaci, zapolanowanym na 10+ a nie dwie godziny. Po trzecie primo: za pośrednictwem telewizyjnego tasiemca, można adaptować rzeczy dłuższe i bardziej skomplikowane niż w kinie, bez koniecznego skracania i sprowadzania ich do konstrukcji cepologicznej.
         Niestety, w 95% przypadków, telewizyjne seriale stanowią, podobnie jak flmy kinowe, maszynkę do wytwarzania pieniędzy, której twórcy (a już na pewno producenci) kładą lachę na wszystkich powyższych, jakże fascynujących możliwościach. Nie zawsze mam z tym problem, czasem oglądam coś tylo dla wartości rozrywkowej, dbając jedynie, żeby dany tytuł nie był obraźliwy dla mojego (marnawego) doktoranckiego intelektu. Ale mogę to robić z czystym sercem tylko dlatego, że wiem, iż gdzieś tam na horyzoncie znajdują się seriale, które telewizyjny format wykorzystały w 110%, wspinając się na wyżyny fizycznie niedostępne ani filmom pełnometrażowym, ani książkowym tomom, ani gazetowym artykułom. A najwspanialszym (no, powiedzmy, że jednym z trzech** najwspanialszych) z takich seriali jest The Wire.


Uwaga, nadchodzi rancik o rzadkiej intensywności! Poniższe twierdzenia są w całości moją prywatną opinią, a nie żadnego rodzaju prawdami ogólnymi. Zaprawdę, nie chce mi się przed każdym zdaniem dodawać “moim zdaniem”, więc weźcie to pod uwagę.


         Ach, The Wire. The Wire jest czymś tak wielkim i fantastycznym, że nawet nie wiem od której strony zacząć je opisywać. Nie opuszcza mnie upierdliwe skojarzenie z powieścią panoramiczną z Lalką, z Prusikiem czy innym Dickensem. The Wire to wielowątkowa, skomplikowana opowieść o mieście Baltimore, jego mieszkańcach oraz problemach, nie pozbawiona jednak szerszych filozoficznych przesłań i aluzji do polityki na poziomie (między)narodowym. Wszystko to zgrabnie opakowano w formułę czegoś, co ani chybi trzeba nazwać złowrogim terminem formułką SERIAL POLICYJNY. Lecz uwaga! Chociaż teoretycznie każdy z pięciu sezonów łączy wątek kryminalnego śledztwa, nie ma tu niczego, w jakikolwiek sposób nawiązującego do wszystkich okołopolicyjnych proceduralnych fast-foodów telewizyjnych serwowanych do zarzygania na publicznych antenach. Bo producent to tym razem nie publiczna antena. To HBO i to HBO w swoim złotym okresie, kiedy było jedyną stacją z koherentnym, ambitnym podejściem do własnej serialowej ramówki. 
         W tej ramówce nigdy nie było miejsca na żadne CSI-e, Lie to Me-y oraz inne wesołe wariacje na motywach pracy w policji. The Wire przyjęto na antenę między innymi właśnie dlatego że od pierwszych odcinków widać jak radośnie  dekonstruuje ono serialowy obraz pracy policji, stawiając sobie za cel pokazanie tejże pracy w możliwie realistyczny sposób. Śledztwa ciągną się przez długi czas, często rozbijają o banalne niedopatrzenia, biurokracyjną upierdliwość, czyjąś urażoną dumę albo polityczne zagrania. W ciągu pięciu sezonów przed ocyzma widza przejawia się pi razy oko 50+ postaci - i nie ma wśród nich ani jednego dwuwymiarowego stereotypu, ani jednej wydmuszki. Stróże prawa, narkotykowi baroni, politycy, nauczyciele, dziennikarze czy pracownicy portu - wszyscy mają swoje wady, talenty, cele i obawy. W szerokim aktorskim zespole (z olbrzymią ilością naturszczyków, albo prawdziwych ludzi grających samych siebie) nie ma ŻADNEGO słabego ogniwa. Chociaż każdy sezon obraca się wokół innego elementu baltimorskiej rzeczywistości (w losowej kolejności: edukacja publiczna, prasa, związki zawodowe, handel narkotykami, developerka), wszystkie tematy oraz odcinki są spięte razem w przemyślny, delikatny mechanizm, którego kunsztowna mechanika wychodzi na jaw najczęściej dopiero podczas kulminacji danego wątku. Żadna informacja nie jest tu podana na tacy, nikt nie spędza trzech minut wyjaśniając zawiłości rzeczywistości (hello, Game of Thrones!). Każdy element fabuły organicznie wynika z tego, co pokazano na ekranie - nie ma flashbacków, tekstów z offu, z tyłka wziętych wyjaśnień prawnych czy kryminologicznych. Trzeba uważnie patrzeć na wszystko, co scenarzyści nam pokazują i wyciągać wnioski. 
         Oraz nie mieć zbyt wielkich nadziei - wiele historii w tym świecie kończy się źle, wielu bohaterów umiera i to nie w blasku chwały ale przypadkowych strzelaninach, prywatnych porachunkach albo przykrych wypadkach. Kiedy giną jedni, kolejni zajmują ich miejsce. The Game, czyli gangsterska rzeczywistość ponurego post-przemysłowego miasta ewoluuje, ale jej istota się nie zmienia. Tylko jeśli taki wniosek nie wprawia Was w gigantyczną depresję the Wire ma szanse do Was przemówić (a nie doprowadzić do samobójstwa z rozpaczy)... 
        Bottomline: Wakacje to tradycynie sezon serialowej posuchy. Dlatego polecam wieczorową porą rozsiąść się w fotelu i dać wciągnąć w rzeczywistość Baltimore, jego stróży prawa i przestępców. Pierwszy odcinek odrzuci Was niezrozumiałym slangiem i gęstym, baltimorskim akcentem wszystkich aktorów. Kolejne cztery skonfundują Was niejasnością, ale od piątego, kiedy zacznie do Was docierać jak misterną układankę macie przed sobą, Wasze spojrzenie na seriale zmieni się na zawsze.
------

*/ Ostatnio prowadziliśmy z Małżem miłą i elokwentną dyskusję na temat tego, dlaczego generalnie nie popieramy bluzgania na blogach, lecz Bóg mi świadkiem, czasem trudno się powstrzymać.
**/ Jeśli naprawdę jesteście ciekawi, za pozostałe dwa przykłady natchnionego serialotwórstwa uważam Six Feet Under oraz Battlestar Gallactica

niedziela, 10 lipca 2011

Modlitwa do Świętego Biurwona



Jak Państwo widzą, pin-up girl ze mnie taka, jak z koziej dupy trąba

             Drodzy Parafianie! Ponieważ weekend minął mi na składaniu licznych ofiar Wilkiemu Todajowemu Bogu Biurwonowi (bóstwu czczonemu w Japonii jeszcze żarliwiej niż Pan Kupa), nie mam niczego ciekawego do zraportowania. Zamiast notki prezentuję zatem slajdszoł z fotograficznych odrzutów ostatniego tygodnia.


Najsampierw obiecane jakiś czas temu samochody.
Małż odnalazł w Żółtym Kraju trabanta i prezentuje u jego boku swoją najpopularniejszą fotograficzną minę pt. “zacięty żółw”,


Ja, gorąca zwolenniczka tezy, że wielkość ma znaczenie, miast trabanta wolałabym postawnego cadillaca.

A propos cadillaców. Japończycy, jak wiadomo, żywią toksyczną, nieodwzajemnioną miłość do wszystkiego, co made in USA...w toyotowym muzeum Venus Portu można nawet nawiedzić fałszywą teksańską stację benzynową.


Wśród innych atrakcji centrum prym wiodą: sklep z ubrankami dla psów (sklepy są trzy, w żadnym nie wolno robić zdjęc, lecz ja wykonałam profesjonalną fotografię z biodra i oto jest!)...


...oraz bliżej niezidentyfikowany salon, gdzie można nabyć WSZYSTKO, CO RÓŻOWE

Last but not least: nad całym kompleksem dominuje GIGANTYCZNY diabelski młyn, jeszcze 10 lat temu największy na świecie... (warning: obrazek nie mój, lecz wikipediowy)


...taki zaś (mętny) mieliśmy z tegoż młyna widok, gdy w rocznicę slubu wybraliśmy się nim na jakże romantyczną przejażdżkę.

Ponieważ slajdszoł zaczął się na Małżu, to i na Małżu się skończy. 
Część z Was była wyraźnie pod wrażeniem jego ostatniego nakrycia głowy - jest to jak widzicie jeden z wielu pomysłowych kapeluszy w asortymencie mego ukochanego.
Czytam: Nadal Culture and Imperialism Saida. Wot, zagadka - czyta się świetnie ale powoooooli
Słucham: The Knife - Girls’ Night Out
Dokonania: Dzisiaj do obiadowego sashimi obejrzeliśmy z Małżem ostatni odcinek The Wire. Misiek przyjął serial ambiwalentnie,lecz  ja jestem zachwycona. Możecie spodziewać się wkrótce stosownego, gloryfikującego go wpisu.
Fun Fact: -

PS. O, i jeszcze jedna zguba fotograficzna:


Literatura to trochę zaściankowy wydział i łatwo na niej zapomnieć, że jednak znajdujemy się w obrębie jednego z ważniejszych uniwersytetów na świecie. 
Potem człowiek się dziwi skąd tłumek przed salą wykładową obok, a poniewczasie tłumaczą mu, iż akurat był tam na gościnnym wykładzie taki na przykład Vargas Llosa


czwartek, 7 lipca 2011

Praise the Almighty!


Wiem, że z punktu widzenia Polski to już trochę musztarda po obiedzie, ale w Japonii dopiero co odczuliśmy premierę Thora (niewiadomo dlaczego zwanego tu マイティ·ソー [...czyli Maiti Sō {...czyli Mighty Thor}]). 
Filmowa emanacja przygód kosmo-wikinga niekoniecznie zasługuje na oddzielny blogowy rancik, ale, jako się rzekło, mózg mam w tym tygodniu zagotowany (plus: wczorajszy komentarz Tarkisa dodatkowo zmotywował mnie do działania...)
         Zakładam, że większość PT Czytelników zna osobiście i mnie i Małża, oraz wie, że w naszym związku to ja jestem potężniejszym nerdem i to ja posiadam psychikę dorastającego chłopca. Nie zaskoczy Was więc, że właśnie ja ciągnęłam do kina na film o Thorze-superbohathorze (ha ha). Za to zdziwić Was może fakt, że Thor całkiem mi się podobał.
Hm, nie wiem, może mój entuzjazm zwalmy po prostu na pogodę i fakt, że cokolwiek, co chociażby luźno nawiązuje do tematyki GIGANTYCZNEJ BURZY przemawia wprost do mego serca
          Let me explain... Za radość, jaką sprawił mi thorowy kawałek filmowej rozrywki odpowiada osobiście Kenneth Branagh. Tak, tak - TEN Kenneth Branagh. Skąd się on wziął na czele Thora nie mam pojęcia... Dość rzec, że, jak to mówią, “At first I was like WTF, but then i LOLed”... albowiem dopiero podczas seansu dotarła do mnie dogłębna  i niezmierzona mądrość powierzenia reżyserowi Royal Shekspeare Company produkcji o nordyckich superbohaterach. Okazuje się bowiem, że nordyccy superbohaterowie wygłaszają mocarną ilość tyrad o kosmicznej mocy, kosmicznym honorze i kosmicznym życiu w ogóle. W przerwach tyrad trykają się, walcząc o kosmiczną sukcesje w kosmicznym królestwie... Krótko mówiąc, jeśli ktokolwiek ma ten ambaras wyreżyserować tak, żeby całość miała przynajmniej jedną rękę i nogę, to zrobi to właśnie pan, który na wzniosych tyradach zjadł zęby. Godne wielkiego podziwu jest to, że branaghowskie, szekspirowskie podejście do komiksu jakimś cudem daje radę. Jak dla mnie (chociaż może nadinterpretuję -  zsiadły mózg bardzo temu sprzyja), klucz do sukcesu leży w tym, że Branagh najsampierw obrał thorową historię z fantastyczno-sajns-fikszynowo-komiksowej skórki i zakorzenienił ją w konkretnych ludzkich emocjach. Dopiero uklepawszy tę warstwę, pozwolił sobie nałożyć na nią skorupę komiksowych realiów. I nie chodzi broń boże o to, że w ten sposób wciągnął powierzoną mu lekko durnowatą historyjkę na poziom szekspirowski (BO TO W KOŃCU LEKKO DURNOWATA HISTORYJKA O KOSMO-WIKINGACH). Po prostu znalazł punkty zaczepienia dla aktorów, pogłębiając każdą postać na tyle, żeby przestała być kartonowym szablonem. 
          A propos szablonów. Film wprawił mnie swoją estetyką w histerię, ale tę z gatunku miłych. Czyny Graficzne, ktore są tu popełniane stanowią otwartą herezję wobec szarawej, pseudorealistycznej estetytyki Transformersów i innych pokrak. Poprawność wizualna wyraźnie zwisała art dajrektorowi dorodnym kalafiorem. Design każdego elementu - od scenografii do hełmów - jest kolorowy, niepraktyczny, nierealistyczny i ABSLOLUTNIE FANTASTYCZNY. It takes balls, my friends - it takes humungous balls, żeby w dzisiejszych czasach zrobić film, który wygląda jak coś ze złotej ery śmieciowego SF lat 60‘tych!
        I zanim ktoś rzuci we mnie zgniłym jajem - nie, Thor to nie żadne arcydzieło. To rozrywkowy film wakacyjny, z miłym przesłaniem dla młodzieży, nie urągający inteligencji ludzi, którzy młodzieżą jakiś czas temu być przestali. Co prawda smuci mnie  pan-hamerykańska tradycja narracyjna, głosząca, że, jeśli w fabule pojawia się dwóch braci, i jeden jest wyraźnie bardziej inteligentny niż drugi, to nieodwołalnie ten inteligentniejszy zgorzknieje i stanie się złoczyńcą, zaś ten głupszy, nawet jeśli jest dupiszonem to równie nieodwołalnie z dupiszonowatości wyrośnie i zostanie herosem.  (A ja nic nie poradzę iż moja sympatia zawsze będzie po stroie tych inteligentniejszych...)
Bottomline: ze wszech miar pochwalam Thora.  (WHAT DO YOU MEAN NOBODY CARES?!). Oślepiona szałem entuzjazmu wobec adaptacji komiksowych, przyszłym tygodniu wybieram się na X-Men: First Class. Małż jest przerażony.



Aha! Pan Majus z wygnania donosi, że też “woli tych inteligentniejszych”, w związku z czem najbardziej podobali  mu się Tom Hiddleston (Loki) i Idris Elba (Heimdall). Pan Majus marzy o spin-offie seri w którym ta dwójka tworzy nieszczęśliwy, dysfunkcjonalny lecz bardzo cieszący oko związek.
PS. Aha, dla tych, którzy w ogóle filmem Thor nie są zainteresowani, lec bohatersko dotarli do końca notki: ja w Messerschmittcie:


Czesem Długa Noga okazuje się za długa...

środa, 6 lipca 2011

Wszystkie kary na mnie idom!



(Nareszcie są! Nasze rocznicowe zdjęcia pamiątkowe!)
         Dzisiejszy wpis posiada ograniczony potencjał intelektualny, albowiem białko w mózgu, na skutek gorąca, zsiadło mi się ostatecznie.
          Ponieważ wiem, że nic tak nie generuje klikalności, jak utyskiwania, pozwólcie, że rozpocznę od skowytu na temat tego, jak strasznie ostatnio się męczę. Na zewnątrz niezmiennie panują temepratury rzędu wnętrza pieca hutniczego. Bardzo ubarwia to polowanie na moich (skutecznie ukrywających się) profesorów. Pot kapie mi z nosa na 40 ton makulatury, związanej z przedłużeniem stypendium. Konieczność klepania prac semestralnych bez włączonej klimatyzacji doprowadza mnie na skraj obłędu. Szczęśliwie, mogę jeszcze zamknąć się w uczelnianym kiblu (z jakiegoś powodu kimatyzowanym!), i po kwadransie ekstatycznych szlochów i wyłonić się na zewnątrz gotowa do dalszego boju z okrutną machiną urzędniczo-naukową. A nagromadzone stresy tłumię i tłumię, aż wybucham - przykładowo zaczynając roić na zaliczeniu własne impresje na temat mangi pod wdzięcznym tytułem Aż do nieba...


Niespodziewany gość na moim zaliczeniu z lektury: Książę Józef Poniatowski w swoim mangowym wcieleniu z Aż do nieba (天の涯まで) Naoko Takeuchi.
         Hm, co by tu jeszcze...? O. Na moim akademikowym parkingu postawiono ostatnio TO:

Misiek czasem wytyka mi obsesję okołofekalną, więc może Wy mi powiecie CO TO DO CHOLERY MA BYĆ?!
      
         No ale dość już tej histerii. Dla odreagowania temperatury (i przytłaczającej obecności na parkingu Pana Kupy) postanowiliśmy kilka dni temu udać się z Małżem do najbardziej cool miejsca na całej Daibie: galerii handlowej o femi-nazistycznie brzmiącej nazwie Fort Venus. Zastaliśmy tam sztuczne niebo, dyrosturowe pseudomarmury oraz atmosferę generalnego szału. 


PLASTIKOWA FONTANNA!!! MAX BARGAIN!!!
        Jest taka teoria, że Japończycy są przerażeni wyjazdami za granicę, w związku z czym wolą budować sobie we własnym kraju falsyfikaty zagranicznych atrakcji, obstawiając je żółtym personelem i minimalizując niesympatyczną groźbę szoku kulturowego. Widziałam już tyle mini-Florencji, mini-Wenecji, mini-Holandii, że aż mnie mdli. Dopiero w Fort Venus natrafiłam jednak na mini-neapolitańską uliczkę...

...w komplecie z wiszącą na sznurach bielizną!
        Wszystko to w ramach sponsorowanej przez Toyotę przybudówki do centrum handlowego, opowiadającej historię światowej motoryzacji. (Hm, nie wiem, co ja tak ostatnio tylko te samochody i samochody...). W przybudówce zatrudniona jest tylko jedną pani, której jedyne zadanie stanowi przechadzanie się po ekspozycji z wielką szczotką ze strusich piór i strzepywanie nieistniejących pyłków kurzu z karoserii eksponatów.


BTW, Pytanie konkursowe dla osób urodzonych przed rokiem 1995. Z czym kojarzy Wam się TEN samochód?


Mój faworyt. Włoski design, niemieckie wykonanie oraz maska, która jest równocześnie drzwiami!
           Zdjęć okołovenusportowych (z samochodami lecz nie tylko) jest jeszcze wiele, ale by nie tworzyć zbyt skoncentrowanego wrażenia, że stanowimy z Misiem jakąś nową odmianą galerianek, będę je dodawać sukcesywnie - mam nadzieję, że wypełnią na blogu czas, potrzebny do odnowienia usmażonych połączeń synaptycznych w mojej głowie. Tymczasem zaś, w ramach nieustającej celebracji Tygodnia Naszej Rocznicy, w tej właśnie chwili odkładam komputer i udaję się z Małżonkiem na romantyczną komedię pod tytułem Thor
Czytam: Edward Said - Culture and Imperialism.
Słucham: Piano Magic - The Fun of The Century. Słyszałam to kiedyś w Starym, kiedy hamburski Thalia Theater grał gościnnie w Krakowie. Nie pamiętam co wystawiali. Ale Piano Magic pamiętam.
Dokonania: -
Fun Fact: 


Uniqlo (ユニクロ), najpopularniejsza lokalna sieciówka z prostymi, ale porządnie wykonanymi ciuchami patronuje akcji SAVE JAPAN! W sklepach sieci można nabyć serię zaprojektowanych przez znane osoby koszulek. Zysk z ich sprzedaży przekazywany jest na rzecz potrzebujących. Assholes that we are, zamiast jechać na Tōhoku i osobiście pomagać w odgruzowywaniu, poprzestaliśmy na kupnie jednego egzemplarza T-shirtu autorstwa Karla Lagerfelda. Czujemy w związku z tym spore obrzydzenie do siebie. 

niedziela, 3 lipca 2011

Rok nie wyrok



...o roku ów...!
         Dziś jest ten dzień. Dzień w którym, jak to się mówi, “stuknął mi” pierwszy rok życia w formalnym, uznanym przez KK oraz Państwo Polskie związku z Najwspanialszym z Małżów. W ciągu ostatnich dwunastu, pełnych przygód miesięcy, trochę się w naszym wspólnym bytowaniu zdarzyło. Począwszy od tego, że przerzuciliśmy się z utrzymania koreańskiej firmy S. na utrzymanie anonimowych japońskich podatników, a skończywszy na prozaicznej zmianie przez nas miejsca zamieszkania o osiem i pół tysiąca kilometrów. Na szczęście równie wiele spraw pozostaje po staremu - w tym najważniejsza rzecz, czyli fakt, iż, jak to powiedziała kiedyś A., jakimś cudem pozostajemy ze sobą nadal ‘szczęśliwi do zarzygania’!

***

        Jak świętowaliśmy rocznicę naszego ślubu? Z Żabą w jej domku na wsi (I kid you not!).  Los zrządził, że trafiliśmy na sekretną (skomponowaną prawdopodobnie według fazy księżyca i kalendarza Majów) listę gości, których moja ulubiona lektorka postanowiła zaprosić do siebie na eleganckie przyjęcie kończące semestr. Muszę tu zaznaczyć, że w Japonii zaproszenie kogoś (a już nie daj boże Białej Świni) do własnego mieszkania, to rzecz większej wagi niż urządzenie polskiej “domóweczki”. Tak więc, rocznica, czy nie rocznica, nijak nie wypadało nam Żabie odmówić. Nabyliśmy zatem dwa arbuzy (które, jak podpatrzyliśmy kiedyś w lokalnym filmie, stanowią tutaj akceptowaly prezent ze strony zapraszanych do domu gości) i wsiedliśmy w pociąg inii Jōban. 
        Żaba mieszka bowiem daleko, przy granicy prefektury Ibaraki, kawał drogi na północ od Tokio, (mniej więcej w jednej czwartej drogi do elektrowni Fukushima I!).  Jej domek, wybudowany dwa lata temu z ekologicznego drewna i olbrzymoiej ilości baterii słonecznych, przywodzi na myśl hobbicką norkę.  Ma okrągłe, witrażowe okienko, mały ganek oraz mikroskopijny ogród. Zawiera także dwupiętrową jadalnię, pokój medytacyjny na poddaszu, salkę do ćwiczeń flamenco, garderobę, łazienkę (z wielką balią zamiast wanny) oraz pracownię wyposażoną w hamak i kilkadziesiąt międzynarodowych tłumaczeń Małego Księcia (!!!). Krotko mówiąc dom Żaby wgląda jak dom (trochę zubożałej) Yōko Ono. Albo siedziba seryjnego mordercy-psychopaty. 

We wnętrzu hobbickiej norki, Miś zabawia K., Tajwankę, którą znam z zajęć Wilsona oraz Y., Koreankę w nieokreślonym wieku, która chodzi ze mną na wszystkie zajęcia do Żaby, jest złośliwa i temperamentna - ale tylko wobec ludzi, których nie lubi.
        Popołudnie i wieczór umilali nam Koreańczyk prezentujący Taekwondo, Finka śpiewająca fińskie kolędy oraz karton piwa. Było sztywno, lecz niezupełnie nieprzyjemnie.
        ....cały czas nie opuszczała mnie myśl, że gdybym nie poznała Małża, skończyłabym mieszkając w domu upiornie podobnym do żabowego. (Ewentualnie w kartonie pod mostem, gdyby świat jednak nie poznał się na moich rozlicznych talentach)
Czytam: Rozgrzebałam Goth Otsuichiego oraz Nation and Narration pod światłą redakcją Homi Bhabhy (Homiego Bhabhiego?). Pierwsze miało być “disturbing” a okazało się po prostu “yuck”, a w drugim jest zdecydowanie za dużo trudnych słów. 
Słucham: Sivert Høyem - Prisoner of the Road, niesamowita piosenka, którą wokalista Madrugady, człowiek obdarzony najwspanialszym głosem na planecie, nagrał dla Norwegian Refugee Council, organizacji zajmującej się wspomaganiem uchodźców i prześladowanych na świecie. Można ją (PIOSENKĘ, NIE ORGANIZACJĘ) kupić na iTunes - cały dochód ze sprzedaży wędruje na konto NRC.
Dokonania:



Po przypadkowym zaszyciu rękawów, kilkukrotnym pomyleniu prawej strony z lewą i paru metrach sprutej nici mogę obwieścić, że skończyłam już górne pół dziecięcego jinbeia, które szyję dla pewnego krakowskiego malca. 
(Jinbei to taka japońska pidżamo-podomko-szlafroczka. ..)
Kolor trochę się na zdjęciu przesterował, but you get the idea...
Fun Fact: Japonia, podobnie jak Polska przechodzi na cyfrowe nadawanie sygnału telewizyjnego. Ostateczna śmierć emiterów analogowych zaplanowana jest na 24 lipca tego roku. Akcja ta, jak każda akcja w Japonii, ma swoją maskotkę:


Chidejika, czyli “Jeleń-naziemno-cyfrowy”, z antenką zamiast poroża, nie dopuści, by jakikolwiek Żółty Człowiek został odcięty od wspaniałości japońskiej telewizorni!!!