czwartek, 20 stycznia 2011

Żółta Łódź Kosmiczna, czyli Spēsu Batorushippu Yamato



Słuchajcie, słuchajcie, bo historia będzie naprawdę cudnej urody!
(Chudini, to z dedykacją dla Ciebie!)
           Kochani, jak wiecie (lub nie), wczoraj mój Ślubny obchodził urodziny. Będąc na budżecie emigracyjnym, świętowaliśmy je raczej skromnie: za pomocą paczki truskawek (w Japonii towar nieomal luksusowy!) oraz kontaktu z lokalna popkulturą. Popkultura objawiła nam się w postaci najnowszej, skośnej megaprodukcji kinowej: Space Battleship Yamato! 
            Kliknęliście? To kliknijcie!..... Już? Pewnie teraz chcecie zapytać: DLACZEGO?!!!’, co?. Ano, dlatego, że po pierwsze Małżonek jest znany w świecie, jako fan science fiction, który nie odpuści niczemu, co dzieje się w kosmosie, a po drugie... TEN FILM OPOWIADA O STATKU KOSMICZNYM,  NA KTÓRY PRZEBUDOWANO TYTUŁOWY YAMATO: JAPOŃSKI KRĄŻOWNIK* Z CZASÓW WOJNY NA PACYFIKU!!! Nie wierzę, że oparlibyście się pokusie zobaczenia czegoś tak potwornego!



!!!

           (Arcy)dzieło to, wyreżyserowane przez Yamazaki Takeshiego, jest w istocie reinterpretacją serii animowanej z lat 70tych. Istnieje nawet nikła szansa, że gdzieś jako pacholęta widzieliście jej kawałki, bo rzecz odniosła spory sukces na Zachodzie (co prawda pod zmienionym tytułem Star Blazers). W każdym razie, w histori japońskiej animacji, 宇宙戦艦ヤマト, bo tak to się oryginalnie nazywało, to całkiem ważny tytuł. Od niego rozpoczął się w loklalnej popkulturze powrót do dumy narodowej,  zaczęto łączyć SF z wątkami quasi-ekologicznymi oraz wycuchła moda na alternatywne zakończenia serii.
            Efekt jest taki, iż dla wielu Japończyków w wieku 30-40 lat pokusa, by pójść do kina i przeżyć jeszcze raz bajkę przyswojoną w młodości, okazała się nie do odparcia. Jak widzę z zestawień tutejszego box-office premiera Yamato zdeklasowała wszystkie inne premiery tego roku, łącznie z lokalnym kasowym zabójcą: Harry Potterem (!).
           Wracając jednak do historii latającej reinkarnacji historycznego krążownika: mamy tu space operę jak się patrzy, zrobioną na 120% powagi (bez krztyny humoru). Aktorzy mają twarze zacięte, postaci umierają w mękach, poświęcając się za towarzyszy broni, a wszystko to odbywa się to na szerokim, panoramicznym tle wojny ludzkości z bliżej niezidentyfikowanymi UFOLUDAMI.


Aaa!!!

            Właściwa akcja zaczyna się zresztą już po tym, gdy ufoludy przypuściły ostateczne oblężenie Ziemii, zamykając ją w chmurze śmiercionośnej radiacji (!) i zmuszając niedobitki autochtonów do wkopania miast głęboko w ziemię (!!). Pewnego dnia na powierzchnię planety spada tajemnicza (a jakże!) kapsuła z zaszyfrowanymi koordynatami podróży oraz planami budowy silnika nadświetlnego.. BĘDĄCEGO RÓWNOCZEŚNIE PRZEPOTĘŻNYM DZIAŁEM LASEROWYM. Awesome! 
           Dzielni, przyszłościowi homo sapiens wmontowują tenże napęd w truchło Yamato i oto statek wyrusza w kosmos, na wyprawę według niejasnej mapy, zaszyfrowanej w sondzie.... Oto więc ostatnia nadzieja ludzkości, rozklekotany i słabo obsadzony statek, podążający za ulotnym sygnałem, wiądącym go w nieznane w stronę planety, na której niedobitki ludzkości być może znajdą szansę ocalenia...
Hm.
Brzmi znajomo?
Pozwólcie że zamieszcze jeszcze dwa obrazki poglądowe:


Admirał Okita, dowódca Yamato...



...oraz pewien inny, kosmiczny dowódca. 
          Yup. NowyYamato naprawdę wiele zawdziecza nowej Battlestar Galactica. Ale, ale, zanim zaczniemy rzucać oskarżenia o plagiat: relacja między Spēsu Batorushippu Yamato, a Battlestar Galactica jest zakręcona niczym ruski termos. Wiadomo, że twórcy oryginalnego BSG wiele ściągneli z pierwotnej, animowanej serii Yamato, a z kolei remake Yamato równie wiele zawdzięcza  nowej, odświeżonej wersji BSG z 2003... co zatem było pierwsze? NIEWAŻNE! Powstał bowiem mutant cudnej urody!


Chociaż kosmo-hełmy mogli zaprojektować chociaż TROSZKĘ inaczej...
         Anyhows, Battlestar Galactica i Yamato mają obie coś, czemu nie umiem się oprzeć: obie do ekstremum posuwają moje ulubione równanie:
SPACE = COOL. OCEANS =  COOL. THEREFORE, SPACE = OCEAN.
          I właśnie dzięki specyficznemu, marynistycznemu smaczkowi Yamato to naprawdę porządny film klasy B. Zapewnił nam z Misiem 130 minut sympatycznej rozrywki (chociaż na końcu już troche się pogubiliśmy, które ufoludy są dobre, które złe i dlaczego). Efekty specjalne naprawdę nas zaskoczyły: spodziewaliśmy się raczej czegoś na poziomie Seksmisji, a tymczasem sceny bitew kosmicznych, skoków w nadprzestrzeń oraz innych obowiązkowych elementów układanki SF, zrealizowano naprawdę przyzwoicie! Tak więc.. z pewnym wahaniem ale polecamy!



Poza Tsutomu Yamazakim (możecie go znać chociażby z Okuribito/Departures, japońskiego laureata Oskara za film zagraniczny 2008), grającym sfotografowanego już wyżej admirała Okitę, naczelną gwiazdą produkcji (co zresztą widać po rozmiarze jego głowy na plakacie) jest Kimura Takuya - pieszczotliwie (i w związku z wielokrotnie tu już poruszaną kwestią japończykowej niemożności zapamiętania więcej niż 4 sylab) Kimutaku. Kimutaku to jeden z plagi potwornych aktoro-śpiewako-celebrytów, zaludniających lokalne seriale, reklamy i niestety produkcje kinowe. Wyróżnia się tym, że ma zarysowane mięśnie ramion.


Czytam: Naoki Urusawa, Yawara! t. 17... zostały... jeszcze... tylko... dwa..!
Słucham: Niczego nie słucham. Mąż śpi.
Dokonania: Żeby nie było, że tylko taplam się w kulturze niskiej: wczoraj byłam też na spektakularnym pokazie rakugo (to coś na kształt tradycyjnego, japońskiego stand-up’u... chociaż każdy teatrolog sprzedałby mi za taki opis potężnego i zasłużonego kopa w dupę). Więcej na jego temat w najbliższych dniach, po tym jak pojdę też na nō!
Fun Fact: Na środy w większości japońskich kin przypada tak zwany Ladies Day (Redīzu Dē) i panie mogą kupić bilety na wszystkie seanse za 1000 jenów! (Ech, staram się nie pamiętać, że w przeliczeniu na nasze to i tak poad 35 złotych...)

PS.


Co ciekawe, pamiętam, że jeden z moich licealnych kolegów (tenże sam, który w maju bierze ślub!) miał w domu model oryginalnego Yamato (tego z drugiej wojny światowej). Czy nie pora już zaktualizować go do czegoś TAKIEGO?
*/ Miś kazał mi poprawić, albowiem Yamato to, jak się okazuje, wcale nie był krążownik tylko OKRĘT LINIOWY. No, ale sami sobie odpowiedzcie, ktore z tych dwóch brzmi lepiej?

wtorek, 18 stycznia 2011

アロエ中毒 (Aroe-chūdoku)




Stało się. Dzisiaj nawet Żaba uległa mocy Strasznego Wtorku i zasnęła na własnych zajęciach!
          W dzisiejszej, premierowej odsłonie serii “Ucz się japońskiego z Białą Świnią”, bardzo przydatne skośne słówko: 中毒. W transkrypcji zapisujemy je chūdoku, czytamy zaś ciuudoku. Dwuznak ów oznacza, ni mniej ni więcej, tylko stan uzależnienia od czegoś. Znając go, wystarczy dokleić na początku daną rzecz, do której czujemy nieodparty pociąg i już można przystąpić do nicznym nie skrępowanego słowotwórstwa! Wykonajcie prosty test i sprawdźcie, czy rozumiecie poniższe złożenia:

  • Intānetto-chūdoku
  • arkōru-chūdoku
  • sekkusu-chūdoku ....łatwe? Ano, łatwe! Jakże prosty jest japoński! (..hm, ciekawe zatem, jak ucząc się go tyle czasu nadal tak mało umiem...).

           Anyhows, ja także, jak każdy, przeżywam fazy różnych ciuudoków. Aktualnie na swojej kolorowej, uzależnieniowej tapecie mam aloes, zwany przez lokalesów aroe (no, przecież mówię, że japoński łatwy jest!).... Japończycy kochają aloes. Może ma to coś wspólnego z jego orzeźwiającymi właściwościami, niezastąpionymi, jak podejrzewam, podczas tutejszych upałów. Ale jak dla mnie, nawet w środku tokijskiej zimy nie ma nic lepszego od aloesu. Da się go tu dostać we wszystkim:



na przykład w batonikach!


..sokach!


...jogurtach!


...czy, last but not least, MARGARITACH!
          Jeśli jeszcze nie wiecie, Żółci są mistrzami zamieniania wszystkiego w galaretki (tzw. zerī). Owoce, mięsko, warzywka - KAZDĄ RZECZ można dostać w postaci pożywnej żelatynki. Jedynym produktem, w przypadku którego taka strategia nie skończyła się stworzeniem spektakularnie obrzydliwego wytworu, jest właśnie aloes. Małe kostki aloesowej galaretki są idealne do jogurtów, soków, deserów - zasadniczo do wszystkiego!
Wiwat Aroe-chūdoku!
Czytam: Nagoizaka Tarō Iryū t. 15
Dokonania: Mój Ślubny, jako prawdziwy samiec alfa zdobył dzisiaj dla nas za darmo półeczki od Muji. (chyba po wyprowadzce zostawiły je nasze sąsiadki z dziesiątego piętra). Muji w Japonii jest tanie i fajne. Muji w Polsce jest drogie i smutne.
Fun Fact: Okazuje się, że straszny wtorek nie jest aż taki straszny, jeśli:
a/ mieszka się o godzinę bliżej Todaju 
oraz b/ ma się w domu męża, który z rana przygotuje pyszną jajecznicę!
W nagrodę, jak tylko skończę pisać tę notkę pójdę do sklepu kupić mu piwo.
PS. No i całkiem nieźle mi poszło zgadywanie Złotycg Globusów, co? Dlatego właśnie wolę je od nagród Emmy - znacznie częściej są przyznawane pod moje gusta!

niedziela, 16 stycznia 2011

Japoński Cieć przybywa znienacka!



...i zawsze bladym świtem!
        Wczorajszy rant miał być w zamierzeniu jedyną notką z weekendu, ale dziś rano spotkała nas taka radość, że koniecznie musimy się nią z Wami podzielić. Znienacka zawitał bowiem do nas Mr Klima-man i zakończył kilkudniowy okres naszego mroźnego klimakterium (ha! see what I did there?). Zresztą nie będę oszukiwać - tak naprawdę ‘znienacka’ to pewne nadużycie - Mistrz dzień wcześniej  uprzedził o swoim przybyciu. Powiedział. ‘Nadejdę przed południem’. Nadszedł przed dziesiątą. Za karę musiał naoglądać się białych świń w pidżamkach! Trauma do końca życia.


Mój Ślubny dzielnie wskazuje problem (konstrukcja w rogu pokoju to odsunięte łóżko...)


W tym momencie Pan Cieć poszedł po więcej narzędzi...
       Trochę to trwało, ale jak już napisałam: naprawił! Niech błogosławiona będzie jego mała, żółta głowa!
Czytam: Procedury wizowe dla utrzymanków
Słucham: Buczenia klimatyzacji! Muzyka dla mych uszu!
Dokonania: W ramach świętowania naprawy ogrzewania zobiliśmy dzisiaj (znaczy: Mąż zrobił, ja dolewałam oleju) prawdziwe, polskie KOTLECIORY. W końcu ileż można żreć tę rybę!?

sobota, 15 stycznia 2011

My husband, the Trickster



Ostatnio na zajęciach z konwersacji mieliśmy wybrać trzy rzeczy, które chcemy koniecznie zrobić, zanim opuścimy Żółty Kraj. Cóż za wyzwolony anarchista ze mnie! Zamiast (wzorem azjatyckich robotów) wyznać, że chcę pięknie się uczyć, zostać wyjątkowym naukowcem oraz przynieść chlubę ojczyźnie, wydukałam, iż raczej marzę by: a/zobaczyć skośną wersję musicalu Król Lew, b/ zatańczyć pogo w moshpicie na lokalnym koncercie punkowym i c/ kupić płaszcz od Rei Kawakubo. Ha!
           Na blogu nie ma zbyt wielu tego świadectw, ale, odkąd przyjechaliśmy do Tokio, trwa niekończący się maraton procedur oraz dokumentów, mających na celu zarejstrowanie w stolicy Japonii mego Ślubnego. Cała ta biurokratyczna epopeja to w zasadzie urozmaicona wersja traumy, którą musiałam już raz przejść w październiku, zatem perspektywa skakania jeszcze raz przez papierkowy tor przeszkód przypomina mi rozdrapywanie zabliźnionego strupa... Lecz cóż zrobić, w końcu ślubowałam, że w szczęściu i niedoli będę stać za swym Miśkiem....tak więc stoję.
           Trzeba Misia przemycić na targi pracy todajowiczów? Przemycam. Dostarczyć garnitur? Dostarczam. Znaleźć sposób, by wpiąć w japońską sieć jego Ajfona? Szukam. JESTEM ŻONĄ IDEALNĄ!!!
(Btw: blog Męża reaktywował się. Polecam, zaglądać tam by skonfrontować z prawdą moją mitomanię)
         A propos telefonów. Dawno nie pisałam o dziwnych japońskich reklamach, a od pewnego czasu mam nowego faworyta w tej, jakże wdzięcznej, kategorii. Zawdzięczam go sieci komórkowej docomo, promującej ostatnio telefon Samsung Galaxy S. Idea stworzonej dla tejże pormocji kampanii jest taka, żeby pokazać konsumentom dwie twarze maszynki: sympatycznego przyjaciela oraz mechanicznego potwora, o szalonej mocy obliczeniowej. Pomysł prosty, ale egzekucja mnie rozbroiła: “Sympatyczną” twarzą ustrojstwa jest bowiem Ken Watanabe (tak, tak TEN Ken Watanabe), w klipach zawsze u boku swego właściciela - tak jak TU. A techniczną personifikację sprzętu stanowi....Darth Vader (czy jak to się tu mówi Dāsu Bēdā). Poważnie: Dāsu Bēdā szuka właśnie Ciebie, byś został jego szefunciem!!! ... HILARIOUS!!! 

           Poniżej, zupełnie bez związku kilka migawek z okolic naszego nowego lokum: Hotelu W Którym Straszy (Gaijin). Obrazków miało być więcej, lecz Małżonek, idąc dzisiaj na wspomniane targi pracy, pozbawił mnie (niechcący) kluczy do domu i nie mogłam dostać się do aparatu... 


Nasze piętro - to, co tu widzicie, moi drodzy, to chyba najsolidniejsze drzwi do mieszkań, jakie widziałam w tym kraju!


Ze stacji Komagome bardzo łatwo do nas trafić. Wystarczy iść ulicą Hongo, nawigując na protestancki kościół. Przybytek szczyci się oszałamiającą 10-letnią historią, ma wielki neonowy krzyż i wygląda trochę jak siedziba sekty...


....Welcome to the Church of the Creepy Jesus! HE SHALL GIVE YOU THE JIBBLY-WIBBLIES!!
Na koniec: Wycieczki osobiste:

Spóźnione życzenia urodzinowe dla Kasi M. Zajeżdżamy Race for the Galaxy na śmierć. Doradzamy też, żebyście z Jasiem jednak spróbowali zagrać według zasad (he, he) - wtedy słowo ‘wyścig’ w tytule nabiera sensu!



Wolffenschwesters: Dostarczone przez Was akcesoria są w nieustającym, intensywnym użytku! Sankyuu!

    ***

    W dalszej części posta, tematy niezwiązane z Japonią. Osobą o słabej odpornoci na popkulturę proponuję opuszczenie bloga!



    You have been warned!
    Primo: powód dla którego w tym tygodniu było mniej aktualizacji. Jego imię szepta się w intersieci ze zgrozą: Echo Bazaar!!! Gra przeglądarkowa łącząca campowy klimat Draculi Coppoli, mechanizmy najlepszych gier planszowych oraz cudną historię! Normalnie denerwuje mnie narastająca moda na steampunk/gothic horror: ale to.. TO JEST PRZEBŁYSK NAJCZYSTSZEGO GENIUSZU!!! Try it! TRY IT NOW !!!
    Secundo: Zaniedbany Kącik Serialowy. Tym razem trzy(miliony trzysta trzy) słowa na temat tegorocznych Złotych Globusów - mojej ulubionej serialowo-filmowej nagrody. Ceremonia już w niedzielę (btw: w tym roku poprowadzi ją niemożliwy do zniesienia Rick Gervais. WHYYYY??). Szczerze mówiąc: nie mam pojęcia do kogo w tym roku powędrują szpetne statuetki (jakoś nie był to najbardziej udany sezon dla większości stacji telewizyjnych) ale ośmielę się wytypować, kogo moim zdaniem powinna uhonorować HFPA:




    Najlepszy dramat (nominowani: Boardwalk Empire, Dexter, Good Wife, Mad Men, Walking Dead). Bezsprzecznie Boardwalk Empire. Nawet w wypadku dużej konkurencji zawsze postuluję nagradzanie debiutantów, ponad wyjadaczami. Plus, zasypywanie Mad Men kolejnymi nagrodami, nie będzie miało żadnego znaczenia (chociaż rzeczywiście serial zaliczył najlepszy sezon dotychczas). A Walking Dead było za mało.
    Najlepsza aktorka dramatyczna (J. Marguiles, E. Moss, P. Perabo, K. Sagal, K. Sadgwick) - Tu jak na złość nie ma żadnego debiutanta... Hm. Katey Sagal? I mean: od Peggy Bundy do motocyklowej Lady Makbet? Hell Yeah!


    Katey Sagal

    Najlepszy aktor dramatyczny (S. Buscemi, B. Cranston, Michael C. Hall, J. Hamm, H. Laurie) - znowu prawie same oklepane gęby. Trzem ostatnim powinno się oficjalnie zakazać występowania w odpowiadających im serialach, tacy już są męczący. Anyhows: pewnie Buscemi, bo Cranston już Globusa dostał.
    Najlepsza komedia/musical (30 Rock, Big Bang Theory, Big C, Glee, Modern Family, Nurse Jackie) - Big C. Wiwat debiutanci! Plus finał serii udowaodnił, że w tej kategorii nic lepszego nie ma i być może długo nie będzie.
    Najlepsza aktorka komediowa (T. Colette, E. Falco, T. Fey, L. Linney, L. Michelle) - Jak słusznie zauważono w pewnym skeczu SNL, Colette, Falco i Linney graja w swoich serialach Showtime w zasadzie trzy wariacje tej samej osoby. Wszystkie są świetne ale najlepsza chyba jednak Falco (choć ten osąd zależy od tego w jakim jestem danego dnia nastroju)


    Edie Falco
    Najlepszy aktor komediowy (A. Baldwin, S. Carell, T. Jane, M. Morrison, J. Parsons) - Thomas Jane. Idealnie balansuje w Hung między kilkoma skrajnościami. Coż: Jest telewizja i jest HBO.
    Najlepszy miniserial/ film telewizyjny (Carlos, Pacific, Pillars of the Earth, Temple Grandin, You Don’t Know Jack): You Don’t Know Jack. Wydawało mi się, że doskonale wiem, co mnie czeka, podczas opartego na faktach  filmu o lekarzu walczącym o prawo pacjentów do eutanazji. Guess I didn’t know Jack!.. ale cóż, jak już napisałam: jest telewizja i jest HBO
    Najlepsza aktorka w miniserialu/filmie telewizyjnym (H. Atwell, C. Danes, J. Dench, R. Garai, J.L.Hewitt). Szczerze: nie wiem? H. Atwell ma to coś.. ale jak nie wiem komu kibicować to zawsze kibicuję Judi Dench.
    Najlepszy aktor w miniserialu/filmie telewizyjnym (I. Elba, I. McShane, A. Pacino, D. Quaid, E, Ramirez). Ian McShane. Kropka. Diaboliczny biskup, który zawsztydziłby nawet czarne charaktery z bajek Disneya!


    Ian McShane

    Najlepsza aktorka drugoplanowa (H. Davis, J. Lynch, K. Mac Donald, J. Stiles, S. Vergara): jakoś aktorki generalnie w tym roku mocniesze niż aktorzy, zauważyliście? Chyba Kelly MacDonald, bo ma najtrudnieszą rolę (musi całować Buscemiego na ten przykład!)
    Najlepszy aktor drugoplanowy (S. Caan, C. Colfer, C. Noth, E. Stonestreet, D. Strathairn) Hmm... Ok - to jest ekstremalnie skrzywione spojrzenie, ale trzymam kciuki za Chrisa Notha (nie ma ŻADNYCH szans na tę nagrodę) - marzę, żeby wreszcie wydostał się z ciemnej doliny, w którą wepchnęła go kreacja Mr. Biga w Sex and the City.
    Czy trafiłam choć jedno? Hm, przekonamy się jutro!
    PS. A jeśli nie macie jeszcze dość poplultury (WHAT?!): Obejrzeliśmy wreszcie z mężem Black Swana, na którego tak się od pół roku nakręcałam.


    Thoughts? Kocham Darrena Aronofskyego, miałam szczęście być jedną z 30 osób, które jego pierwszy długometrażowy film: π widziały w kinie (a nie kradły go z internetu po sukcesie Requiem dla snu). Nie przeszkadza mi, że mój idol nie grzeszy subtelnością i ma manierę maltretowania widza skoncentrowanym przekazem na pograniczu wrzasku.
     Ale tym razem mr. A wesoło porzucił wszekie ograniczenia i wlazł na terytorium do tej pory zajmowane przez Davida Cronnenberga oraz inncyh czcicieli grand guiginole’u. 
    Wyszła groteska - film błagający o trochę bardziej subtelne potraktowanie psychologii. Zwłaszcza kobiecej. NA LITOŚĆ BOSKĄ: myślałam, że idea kobiety, jako albo dziwki albo świętej już zmarła (przynajmniej w kinie aspirującym do miana <tfu!> artystycznego). Hm, jak widać nie. 
    Aha: Dlaczeeego jedyną metaforą, w jaką można oblec ideę ‘zapomnienia się’ zawsze będzie hardcore’owy, obsesyjny seks. (To akurat w kinie artystycznym wymóg konieczny, pokazanie zdrowej relacji seksualnej najwyraźniej natychmiast kasuje wszelkie pretensje reżysera do wyższej półki)
    Nie zrozumcie mnie źle Black Swan to całkiem dobry film, ale obiecywałam sobie po nim tak dużo, że psycho-horror, jakkolwiek wizualnie piękny i niezrównanie zagrany, nie ucieszył mnie tak, jak sobie projektowałam. Balet? ok. Obsesja? ok. Kostiumy od Rodarte? ok. Różowa landrynka? Not so much.

    środa, 12 stycznia 2011

    Dzień Ukończenia Człowieka



    Nadchodzą! Która z nich niesie nasz piecyk?

               Najsampierw pragnę ostatecznie rozwiać wątpliwości dręczące (jak sądzę) zwłaszcza moją Mamę: MAMY GRZEJNIK. Więcej szczegółów na końcu notki, a tymczasem nadrabiam obiecany (przed)wczoraj, napisany dzisiaj, a zapostowany zaraz tekst o japońskim Dniu dorosłości/ Dniu wejścia w dojrzałość. Tak najczęściej tłumaczy się bowiem złożenie 成人の日 (Seijin-no hi) - czyli dosłownie: Dzień-w-którym-człowiek-staje-się-kompletny.
              Celebracja ta, szczycąca się bardzo długą tradycją, przypada obecnie na pierwszy poniedziałek stycznia każdego roku i jest świętem państwowym. Co się wtedy świętuję? Cóż, krótko mówiąc wszystkich osobników, którzy w poprzednim roku ukończyli 20 lat. Dla lokalesów (zwłaszcza tych we właściwym wieku) najczęściej oznacza to wyprawę do lokalnego urzędu miejskiego na niewielką uroczystość, (po której oficjalnie mogą, na ten przykład, naprać się pierwszym legalnie zakupionym piwskiem). Dla nas, białych świnek to jednak przede wszystkim szansa, żeby na ulicach (a zwłaszcza w okolicach świątyń shinto) naoglądać się za wszystkie czasy pięknej młodzieży w kimonach.


    O, właśnie takiej. 
    (Jak wspomniałam zdjęcia w tej notce nie są moje. To na przykład pochodzi stąd)
               Jako, że na codzień w pełnym, japońskim kimonie najłatwiej zobaczyć pary ślubne, starszych państwa, ewentualnie dzieci w trakcie obchodzenia 7-5-3, to okazja do pogapienia się na odpicowaną na tradycyjną modłę żółtą młodzież stanowi naprawdę niezłą podnietę.


    Niestety bardzo trudno przydybać panów w (jakże pięknych) męskich kimonach - dranie zazwyczaj wbijają się w zachodnie garnitury (Co niestety jest w ogóle plagą wszelkich japońskich uroczystości - piękne, obleczone w jedwab kobiety oraz wciśnięte w krawaty żółte samce-karzełki)
    (Zdjęcie stąd)
               Panieńskie kimona, nazywane tutaj furisode (振り袖 - dosłownie: ‘majtające rękawy’!) charakteryzują się: właśnie długimi, majtającymi rękawami (duh!), oszałamiającymi, jaskrawymi kolorami plus (naturalnie!) niebotyczną ceną. Generalnie jednak, jeśli dana panienka ma naprawdę dobrze dobrane furisode, (niezależnie czy pożyczone czy nabyte), oraz ktoś (najczęściej pani w salonie piękności) pomógł jej je właściwie założyć, plus upiął kunsztownie włosy/odpowiednio umalował, widok jest powalający. Sunie taka panna w sandałach tabi ulicą i wygląda jak kolorowy, królewski żaglowiec. Naprawdę - wystarczy spojrzeć by ostatecznie przekonać się, iż do japońskiego typu urody żadna Prada ani Vuitton nie pasują bardziej niż kimono!

    Oczywiście zdarzają się także potworne odstępstwa od zasady wszechwdzięku - najczęściej w okolicach (a jakże!) Harajuku i/lub pod sztandarem Hello Kitty
    (Potworna dokumentacja foto STĄD)


    Generalnie jest jednak bardzo wiele radości!
               Aha! Jako, że mamy styczeń <i to podobno wyjątkowo zimny - zdarzyły się nawet trzy słownie: 3> stopnie!!! ) jest także okazja zobaczenia Japonek w futrzanych ocieplaczach do kimon (bardzo urokliwe)!
    Czytam: TEN blog. Taka będę, jak będę duża!
    Słucham: Odgłosów, wydawanych przez telewizor, oraz konkurujących z nimi dźwięków, dochodzących z mężowych gierek na Ajfonie... Jednak pod pewnymi względami samotne życie w akademiku było ok.
    Dokonania: JEST! JEST PIECYK! Wczoraj przywieźli go z agencji najmu, przypominając nam dlaczego jednak lubimy japońską obsługę klienta!

    Wasza oddana autorka (w nowych okularach!), wraz z Mężem, celebrują Dzień Wejścia W Dorosłość znany także jako Dzień Nadejścia Piecyka
    Fun Fact: Nasze mieszkanko ma w czynsz wliczone wszelkie opłaty, co zważywszy jaką ilość prądu wydaje się pożerać nasz grzejnik (z nawilżaczem, regulowanym strumieniem powietrza oraz kosmiczną mocą!) okazało się nadzwyczaj dobrą inwestycją!

    poniedziałek, 10 stycznia 2011

    Piecyku mój, ogrzej mnie!



    czyli 'beggars can't be choosers... or can they?'

            Najszanowniejsi! Dziś wyjątkowo zgłaszam się do Was z budynku todajowej administracji, gdzie jak się dowiedziałam, stoją Maki wolnego dostępu dla wtajemniczonych, a Pani sekretarka ma miękkie serce, które łatwo rozczulić widokiem zmarzniętej, białej świni. Choć od razu zaznaczę: nie sprowadził mnie tu ani Mac, ani rzeczona Pani Sekretarka lecz MRÓZ!
            Ale od początku: wczoraj, wykoncypyujcie sobie, nie tylko znaleźliśmy z Mężem mieszkanie, ale wręcz od razu zdołaliśmy się do niego wprowadzić! Pośpiech nasz wynikał z entuzjazmu, związanego z kolei bezpośrednio z faktem, że polecone nam w agencji lokum po primo znajduje się w komunikacyjnym Wunderlandzie, a po secundo jest zlokalizowane w OPUSZCZONYM HOTELU. HOW AWESOME IS THAT? Wygląda na to, że ten akurat biznesowy hotel (o nazwie już zapomnianej przez historię i usuniętej z frontu budynku) na Komagome budowano, budowano, aż wreszcie zbudowano - wtedy zdarzył się kryzys ekonomiczny i hotelu nigdy nie otworzono. Zatem mamy mieszkanie na dziewiątym piętrze, z pięknym widokiem,  estetyką nieco hotelową oraz upiorną, porzuconą recepcją na parterze. BOSKO! Jedyny minus odkryliśmy niestety wieczorem, już po tym, jak przetaszczyliśmy z Mitaki 15 z 30 ton naszego dobytku. Piękna, biznesowa, wysokiej klasy klimatyzacja w naszej kawalerce owszem działa, ale gdy przestawić ją na tryb grzania to. UWAGA: POKRYWA SIĘ W ŚRODKU LODEM i odmawia podwyższania temperatury. AARGH!!! Tak więc wczorajszej nocy Miś spał w czapce, ja zaś rozważałam poważnie powrót do akademika po grzejnik, albo wręcz nocleg w wannie z gorącą wodą... Anyhows: po czymś, co na pewno przejdzie do histori jako NAJMROŹNIEJSZA NOC MOJEGO ŻYCIA perspektywa udania się dzisiaj na Todai i siedzenia tu w cieple do 17tej (w końcu mamy Straszny Wtorek) wydała mi się nagle miła. Zwłaszcza tu, w centrum studenckim, gdzie temperatura jest iście tropikalna! W domu zaś Miś, żywiciel rodziny walczy o odzyskanie przez nas ciepła!

    ***

    Aha: wczoraj obiecałam, że we wtorek napiszę o jednym z moich ulubionych japońskich świąt i zamieszczę obrazki. Niestety w związku z zimnem i szeroko zakrojoną przeprowadzką, cały ten wspaniały plan rozbił się o kant mego wielkiego, krągłego zadka. Lecz obiecuję: post na temat rzeczonego święta będzie jutro, najpewniej niestety zdobiony zdjęciami skradzionymi z innych zakątków internieta. Znaczy: będzie jeśli  naprawią nam klimatyzacje. Bo jeśli nie to zamarznę. I NIC JUŻ NIE BĘDZIE!

    Czytam: Nic nie czytam. Jestem partyzancko zadekowana na uczelnianym komputerze, co mam niby czytać?
    Słucham: Jak wyżej
    Dokonania: Odebrałam moje nowe pingle od Miki Ninagawy (znaczy 'pingle są jej designu' a nie 'odebrałam je od niej'). Hurra! Jeśli jej nie znacie: Mika jest stanowczo najsłynniejszą współczesna japońska fotografka. W jaki sposób kwalifikuje ją to do projektowania oprawek nie mam pojęcia. No ale od razu czuję się modniejsza :D
    Fun Fact:  W naszej agencji, wyspecjalizowanej w krótkoterminowym wynajmie (NIEOGRZEWANYCH) mieszkań obcokrajowcom można na przykład znaleźć mieszkania bez kibla. Albo pół-apartamenty bez prywatnego prysznica. Lecz loków bez dostępu do internetu nie ma. Co za czasy!

    niedziela, 9 stycznia 2011

    ... and we’re back!



    Na specjalne życzenie Małego Wolffa: od Nowego Roku Długa Noga z polskimi znakami!

              Kochani, jestem już z powrotem w tej dziwnej krainie, gdzie, wyobraźcie sobie, nie gra Wielka Orkiestra (nawet w ambasadzie!). Trochę się tu od mojego wyjazdu zmieniło: opadło sporo liści, temperatura zaś spadła do mroźnych 8 stopni. Przy drodze na mitacki dworzec pojawiło się kilka nowych budynków (kilka innych zostało zrównanych z ziemią.. japońskie tempo budowlane nadal mnie zadziwia!). Jeszcze wspominam sobie miłe chwile w doborowym galicyjskim/ stołecznym/ stanowskim towarzystwie (wielkie dzięki dla wszystkich, którzy mieli czas sie ze mną spotkać, przeprosiny dla tych, do których nie zdążyłam się odezwać..) ale nieubłaganie nadchodzi pora porzucić ciepłe, wygodne kapciochy nostalgii za domem i zabrać się za nowy (lepszy) rok! Zatem z entuzjazmem drodzy państwo!!! Miejmy nadzieje, że 2011 przyniesie nam odpowiedzi na wiele dręczacych pytań: zarówno japońskich (Czy mogę się wyprowadzić z akademika przed terminem? Jak przeprowadzić 30 ton dobytku za pomocą jednego różowego roweru?) ale także rodzimych (Czy Duży Wolff wyda wreszcie Zawieszonych? Czy Długą Nogę można czytać w krakowskiej siedzibie IBM?)
              Jako, że dla mnie i mego pobranego z ojczyzny Męża, 2011 to pierwszy rok emigracji, zatem spodziewamy się wielu przygód. Zaczęliśmy ostro, bo od lotu z Aeroflotem (bardzo zresztą miłego, współczynnik zagubionych przez Rosjan bagaży w naszej rodzinie spadł ze 100 do zaledwie 30 procent!). Zaraz po przylocie zaś przemyciłam Małżonka do akademika (gdzie za takie właśnie przemycanie grozi między innymi policja, deportacja oraz przypalanie żelazem). Na szczęście w sobotę, kiedy dotarliśmy do Mitaki w głównym budynku odbywała się jakaś bliżej niezidentyfikowana (ale oferująca darmowy pokarm, więc szczodrze odwiedzana) noworoczna impreza AIKOMowców. Zaabsorbowała ona akademikowego Pana Ciecia na tyle, że nie miał głowy patrzeć w kamery. Dlatego dopiero dziś przedstawiliśmy mu Misia, zyskując pozwolenie by przebywał (Miś) w zamknięciu w mym pokoju bez prawa błądzenia po korytarzach. Zatem za dnia mogę mieć ukochanego na podorędziu, na nocleg jednak musi udawać się na Asakusę do hostelu. Taki model living together apart, zachwalany m.in. przez państwa Bellucci-Cassel nie bardzo nam podchodzi, więc już od jutra rozpoczynamy Drogę Przez Mękę, czy też Drogę Do Własnego Mieszkania w Tokio. W poniedziałek lokalesi obchodzą też pewne bardzo szczególne święto, więc poza relacją z agencji nieruchomości spodziewajcie się też wielu jakże fantastycznych zdjęć. Tymczasem ściskam Was wszystkich jetlagowo!
    Czytam Naoki UrusawaYawara! t. 15. ALE zanim oskarżycie mnie o ostateczne komiksożerstwo usprawiedliwię się, że podczas pobytu w domu pilnie nadrabiałam literaturę ojczystą i naprawdę muszę się nieco po niej rozerwać...
    Dlaczego? No cóż:
    Nowy Głowacki nadal cuchnie bufonem, nie pisze o Kosińskim tylko o sobie a do tego zupełnie nie rozumie kobiet. Plus każdą psychologiczną sytuację musi ilustrować za pomocą tzw. kutasików, to jest niepotrzebnego seksu... Ale jednak przy tym wszystkim to nadal wspaniały pisarz: mistrz struktury i języka.
    Nowy Piątek moim zdaniem znalazł świetne miejsce między Twardochem a Littellem - cudowna historia, zupełnie nierealistyczna ale bardzo realna. Z serca życzę Paszportu Polityki!
    Nowy Dukaj mnie zmęczył. Ciągle ten sam bohater, ciągle te same pytania i, co już zupełnie niewybaczalne: ciągle te same na nie odpowiedzi. Po co nowe Solaris albo nowa Gra Endera?  Ale przede wszystkim: DRAMATYCZNY BRAK JAKIEJKOLWIEK REDAKCJI! (ja wiem, że w polsce redaktor tekstu to postać pogardzana, ale żądam przywrócenia jej szacunku, bo książkom takim jak ta mógłby niesamowicie pomóc). Jestem sfrustrowana: lubię Dukaja, ma talent, nie boi się ciężkiej pracy, ale na litość boską: kto wydaje w Polsce ‘zbiór powieści’?! Można się z takiej decyzji długo i gęsto tłumaczyć, ale i tak czytelnik przyjmie taki zlepek jako ‘zbiór pomysłów, które nie okazały sie dość dobre, żeby wydać je osobno’. Bo tak to właśnie wygląda.
    Nowy Rylski zbiera cięgi za wtórność i nieznośną gide’owatość. To moja pierwsza jego książka (wstyd!), więc wtórność mnie nie boli a gideowatość nadal rozczula (w końcum młoda). Na skrzydełku okładki napisano, że powieść jest ‘zwarta’ i to doskonałe określenie - daj bozia zdrowie jeśli ktoś znajdzie innego pisarza tak umiejącego oszczędzać słowa a mimo to budować psychologię i nastrój. Sto razy wolę Iwaszkiewicza według Rylskiego niż Kosińskiego według Głowackiego. 
    Amen. 

    (Hm... jak widzicie fajnie prowadzić małego bloga, chociażby dlatego, że można wypuszczać w internetosferę bezczelne sądy o tuzach literatury :D)
    Słucham: Trent Reznor i Atticus Ross - ścieżka dźwiękowa do filmu Social Network. W szale ekscytacji (genialną) muzyką Daft Punk do Trona (prawie) wszyscy zapomnieli, że inny muzyk alternatywny też popełnił był w tym roku świetny soundtrack.
    Dokonania: Jako, że w ramach pożegnania z Polską sąsiad rozjechał mi samochodem moje piękne, niepowtarzalne oprawki okularów, zamówiłam sobie dzisiaj nowe. Długo szukałam takich, które byłyby dziełem lokalnego designera i znalazłam! 50% New Years Sale for the win!
    Fun Fact: dzisiaj u Pierwszych Chrześcijan otowrzyłam na chybił-trafił śpiewnik i mieli tam japońską wersję Gdy sie Chrystus rodzi, opisaną poprawnie jako polska kolęda i nawet z przypisem wyjaśniającym co to ‘in excelsis deo’. Spóźniony, japoński cud świąteczny?
    PS.


    Mwahahaaaaa! I kto jeszcze śmie twierdzić, że to nie będzie wspaniały rok?